Krzysztof Niewrzęda

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Krzysztof Niewrzęda

Krzysztof Niewrzęda (ur. 1964) – polski prozaik, poeta i eseista.

Czas przeprowadzki[edytuj]

(wyd. FORMA, 2005)

  • Co jednak sprawia, że tak wielu z nas ulega manipulacji, wskutek której codzienność nasiąka atmosferą nieprzerwanego wyścigu? Co sprawia, że tak niewielu się temu sprzeciwia? Psychologia odpowiada: kultura ojcowska. To ona zaszczepiła nam poczucie konieczności posiadania pracy. Ostatecznie pozwoliliśmy więc wpoić sobie zasadę o upodmiotowieniu życia jedynie poprzez pracę, której istotą stał się dochód, a nie jakiś abstrakcyjny sens, czy samorealizacja.
    • Źródło: s. 132
  • Między drzewami, na wznoszącym się brzegu Wannsee, odszukałem samotny grób Heinricha von Kleista. Tam, gdzie niemiecki pisarz wraz z Henriettą Vogel popełnił samobójstwo. A właściwie tam, gdzie zabił Henriettę, a potem siebie. Upamiętniający owe wydarzenia kamień przyciąga gości Literarisches Colloquium. Pielgrzymują więc do niego pisarze uznani, znani i nieznani. Poszedłem zatem i ja, chociaż von Kleist, jako autor, nigdy nie zaznaczył się szczególnie wyraźnie w moich poszukiwaniach. Postrzegałem go raczej jak literackiego bohatera. Stworzony był bowiem jakby ku przestrodze dla kuszonych pychą i wiarą w nieprzeciętność. Histeryczny, egzaltowany, pretensjonalny. Irytujący. Nawet gdy postanowił się zabić, zadbał jeszcze o odpowiednią scenografię i o towarzystwo. No, bo to przecież on nakłonił Henriettę Vogel do samobójstwa, a nie ona jego. I nie była to śmierć dwojga kochanków, pragnących ostatecznie przypieczętować swoją miłość. Była to śmierć chorej na raka kobiety, towarzysząca śmierci pisarza, który utracił wiarę w sens życia po lekturze dzieł Kanta. Kant uświadomił bowiem Kleistowi, że za życia nie można zgromadzić wartości, dających się przenieść w zaświaty. Ta nad-interpretacja, czy raczej błędna interpretacja filozofii Kanta, stała się więc powodem śmierci Kleista.
  • Nazwa Pankow została nadana średniowiecznej miejscowości, która rozrosła się wokół stojącego tu do dzisiaj gotyckiego kościoła, wybudowanego przed 1230 rokiem. Kościół ten okazał się jednak dla mnie nie tylko atrakcją historyczną. Przekonałem się o tym podczas pobytu Józefa Skrzeka, którego gościłem u siebie po jego berlińskim występie. Było to z pewnością tworzącym się na bieżąco dalszym ciągiem mojej berlińskiej mitologii. No bo założyciel SBB, którego płyty kupowałem swego czasu właśnie w Berlinie, siedział obok mnie, w moim berlińskim mieszkaniu i spinał swoją obecnością całą tę historię w przypowieść. A po długiej nocnej rozmowie, przy późnym śniadaniu zapytał: – Czy jest tu w pobliżu jakiś dzwon? Najpierw nie bardzo wiedziałem, o co mu właściwie chodzi. Dzwon? – pomyślałem. Okazało się jednak, że miał na myśli kościół. – Kościół jest, ale ewangelicki – powiedziałem. – Ja przecież nie jestem szowinistą – zaśmiał się. – A dzisiaj niedziela, dlatego chciałbym zajrzeć pod jakiś dzwon. Poszliśmy więc do tego kościoła – małego, ascetycznego, surowego wręcz i tak innego od katolickich. W środku było jedynie kilka osób, pastorem zaś okazała się kobieta, która wygłaszała właśnie kazanie. To co mówiła odbijało się echem od ścian i sklepienia, i trudno było zrozumieć jej berliński zaśpiew. Ale po pewnym czasie zaczęły docierać do mnie poszczególne słowa, które starałem się poskładać w zdania. Tym bardziej gdy usłyszałem: „Johann Sebastian Bach” wypowiedziane bezpośrednio obok słowa: „Gott”. Po chwili rozumiałem już, że pastor mówiła o kontaktowaniu się z Bogiem poprzez muzykę. Skrzek spojrzał na mnie, ja na niego i pomyślałem, że chyba nie wypada nazywać tego przypadkiem.
  • W chwili całkowitej kompromitacji modelu socjalistycznego, zachodni wzorzec pracy stał się jedynym. Tym samym pozbawiony był jakiejkolwiek konkurencji. Zaczęto więc eliminować z niego to, co sprawiało, iż wcześniej miał on w miarę sympatyczny charakter. Dlatego na Wschodzie i Zachodzie wszyscy dowiedzieli się dość szybko czym jest mobilność, dyspozycyjność i konieczność dopasowania się do grupy, występującej już jednak jako „team”. I mało kto zauważył, że określenia te w rzeczywistości oznaczają współczesne niewolnictwo i że właśnie dzięki nim możliwe jest podtrzymywanie przy życiu społecznej masy, w coraz większym stopniu odmawiającej jednostce prawa do zachowania indywidualnego charakteru.
    • Źródło: s. 131
  • W styczniu 1942 roku w Wannsee odbyła się konferencja, podczas której ustalono, jak powinno przebiegać „Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Inicjatorem i przewodniczącym tej konferencji był Reinhard Heydrich. To jemu podlegały wszystkie instytucje nazistowskiej represji – od gestapo począwszy. Ten Heydrich znany był ze swojej zoologicznej nienawiści do Żydów. Kiedy popił, strzelał z pistoletu do swojego odbicia w lustrze, krzycząc: „Paskudny Żyd!”. A wszystko to z powodu drugiego męża swojej babki. Nie był on właściwie dziadkiem Heydricha, ale odgrywał tę rolę w rodzinie. No i był Żydem. Dlatego w dzieciństwie Heydrich nie raz został za żydostwo pobity przez swoich kolegów na podwórku. I nawet w szczytowym okresie swojej kariery uchodził za „spokrewnionego z żydowską rasą” – jak ujmowała to nazistowska nomenklatura. Nie mógł więc swojej babce wybaczyć tego drugiego małżeństwa. Nie mógł pewnie również wybaczyć sobie. Tego, że kiedyś przytulał się do swojego dziadka nie-dziadka. On – szef RSHA, który chciał wymordować wszystkich Żydów i chciał żeby wszyscy widzieli w nim super-nordyka i nadczłowieka.

Poszukiwanie całości[edytuj]

(wyd. II poprawione, FORMA, 2009)

  • Jesień bardziej kojarzy się z końcem niż początkiem. Ale zacznę od jesieni. Mglista wilgoć wżera się w ciało. Próchnieją kości nóg i rąk. W stawach rechoczą żaby reumatyzmu. Najbliższy staje się kaloryfer. Do niego można się przytulić, jak kiedyś do pieca, który zmarł – „tam” – razem z babką i dzieciństwem.
    • Źródło: s. 58
  • Pełnokrwiści autochtoni starają się bowiem śledzić każdy krok przyjezdnych. Pilnują praworządnego zachowania obcych w ich kraju i informują odpowiednie władze o każdym, najdrobniejszym nawet, wykroczeniu. Wszystko po to, by umocnić poczucie własnej lojalności, by móc nazywać się obywatelem. Trudno się zatem dziwić, iż u obcokrajowców wywołuje to niechęć do wychodzenia z mieszkań. Jest ona tym większa, im łatwiejsze do zauważenia są różnice między obcymi i tubylcami. Dlatego właśnie ludzie o innym kolorze skóry wychodzą na zewnątrz tylko wtedy, gdy jest to rzeczywiście niezbędne. Inni, póki nie da się im możliwości stałego „tu” przebywania, póki nie zgłębią tajemnic panującego „tu” porządku, przez całe lata zachowują się podobnie. Mają jednak tę przewagę, że ich obcość można stwierdzić dopiero, gdy się odezwą. Na pierwszy rzut oka nikt im jej nie jest w stanie zarzucić. W centrum miast spotyka się więc całe zastępy niemych mężczyzn, kobiet i dzieci. Milcząc, przeciskają się w tramwajach i sklepach. Milcząc, ustawiają się w kolejkach. Na postawione im pytania odpowiadają najchętniej ruchami ramion lub głowy. I tylko w ostateczności wypowiadają najprostsze zwroty – tak długo ćwiczone, żeby brzmiały jak najbardziej swojsko dla tutejszych.
    • Źródło: s. 59
  • Oprócz wystawania przed barakami ważnym elementem towarzyskiego życia było wzajemne zarażanie się niepewnością. Służyły temu najlepiej historie opowiadane w stołówkowych kolejkach. Powoli, krok za krokiem, wychodząc z kokonów cudzych relacji, rodziły się bowiem wtedy obawy lgnące do wszystkich. Nawet mimowolni słuchacze ulegali ich wpływom i przygarniali wywołujące wątpliwości lęki. Wbrew sobie każdy, do którego docierały choćby tylko strzępy zainfekowanych opowieści, nagle zaczynał odczuwać niepokój.
    • Źródło: s. 26
  • Ściśnięte, dwupiętrowe kamienice pochylały się nad wejściem do sklepu, zamykając nad nim niebo swoją bladą elewacją. Bez względu na porę roku, przepuszczały jedynie lekko sine, wilgotne światło zdominowane tutejszym deszczowym charakterem. Bo „tu” deszcz wydaje się być dodatkową porą roku. O tyle specyficzną, że w odróżnieniu od pozostałych powtarzającą się, między styczniem i grudniem, kilkakrotnie. O tyle dziwną, iż nigdy nie wiadomo jak długą. Raz trwającą kilka miesięcy – jak w Macondo – innym zaś razem tylko kilkunastodniową.
    • Źródło: s. 106
    • Zobacz też: Macondo
  • Większość moich klientów mówiła o nich przyciszonym głosem i prawie wszyscy powtarzali: „Widzi pan. Wszystko przychodzi z powrotem”. W taki sposób jakby od dawna na tych chłopców czekali. Jakby byli dumni, że oni nadeszli. Jakby był to dowód tego, iż w imię wyższych wartości trzeba się zgodzić na wyrzeczenia. Starsi ludzie mieli nawet łzy wzruszenia w oczach. Marzyli o tym, by przypisać siedzącym na schodach chłopcom winę za wszelkie niegodziwości, w zamian za choćby tylko chwilę ponownej wielkości całego narodu. Chłopcy nie wykazywali jednak najmniejszej inicjatywy. Siedzieli tylko i popijali piwo. Nieumundurowani i zgodni z konstytucją. Ale ich ogolone głowy wskazywały na to, że gotowi są do bohaterskich czynów.
    • Źródło: s. 119
  • W moim sklepie można było również nabyć piwo i małe buteleczki wysokoprocentowych alkoholi. No i oczywiście całą masę potwornie słodkich batonów, różniących się od siebie jedynie nazwą i ceną. Kupowali je zarówno dorośli mężczyźni, jak i dzieci, młode dziewczyny oraz stare kobiety. Często, zaraz po włożeniu do kieszeni czy portmonetki wydanej im reszty, drżąc z podniecenia, zrywali kolorowe opakowanie i szybkim ruchem wtykali do ust mieszaninę czekolady, cukru i środków konserwujących. Miałem wrażenie, że bez natychmiastowego zażycia swojej dawki już by nie wytrzymali. Nie próbowali bowiem iść do domu, bądź innego miejsca, w którym spokojnie mogliby zjeść baton. Nie. Przede mną obnażali swoje zaspokojenie. W ogóle nie zależało im na intymności. Stojąc na środku sklepu, ekstatycznie rozchylali wargi, ukazując rozlewający się po zębach i dziąsłach brąz. Zaklejając się lepką masą, spływającą brunatnymi potokami w zwoje jelit, pomlaskiwali z zadowoleniem. Czasem mruczeli, jak wygrzewające się koty. Odginali do tyłu karki i wysysali z języka resztki zniewalającego ich smaku.
    • Źródło: s. 111
  • (…) „tam” nigdy nie można było nauczyć się sztuki bezpretensjonalnego picia whisky. No ale „tam” tylko wódka nie kojarzyła się ze złym smakiem. Choć prawie wszyscy po niej się krzywili. Picie wódki uznawano „tam” jednak za przejaw metafizycznego niepokoju i niegodzenia się z losem. Było więc ono szlachetne – przepełnione bólem, żalem. W trakcie takiego picia można było płakać, planować bohaterskie czyny, przebaczać wrogom. Każde inne przywodziło na myśl wyłącznie konsumpcję. Niczego zatem nie można było odnaleźć w piciu whisky. Nawet alkoholizm przez jej pryzmat nie był „tam” postrzegany poważnie.
    • Źródło: s. 92

Second life[edytuj]

(wyd. FORMA, 2010)

  • Bezmiar intencji zaczął szeleścić.Dech w nim zaszumiał oraz wilgoć powstała. I była to para doskonała. Przeogromne dominium spłodziła i jego sklepienie, w którym niebotyczna zawierała się siła. Ona to właśnie zrodziła blask rozświetlający dni, a po nim wroga wszystkiego i wszystkich przyjaciela, który się objawiał w rozlicznych wcieleniach.
    • Źródło: s. 34
  • I byt przy bycie zniknęły razem za horyzontem zdarzeń. Bo, przenikając przez półprzepuszczalną błonę, rychło się przedostały na drugą stronę. Powrót z takiej wycieczki uniemożliwiała im całkowicie prędkość ucieczki – zawsze zbyt mała, by jakakolwiek treść się stamtąd wydostała. Gdyż nawet światło z tego obszaru nie może się wydobyć mimo swego żaru. Ale ponieważ moment przejścia przez horyzont zdarzeń nie był nigdy odczuwalny, wszystko rozegrało się niczym w sferze marzeń. Wybór jednak – na podobieństwo czynu – stał się w pełni realny, mimo iż, z drugiej strony, prowadził wyłącznie w czas urojony i w czasie rzeczywistym był wyłącznie wspomnieniem mglistym. Jego historia cała nieodwołalnie w osobliwości się sfinalizowała. Na trwałe bowiem zagościł, w tym punkcie czasoprzestrzeni, w którym krzywizna jest nieskończona. I nic już tego nie mogło zmienić. Żadnych nie mogło wyzwolić dokonań. Lecz w czasie urojonym, z powodu implikacji, wciąż był powodem kontynuacji. Wpadł zatem w wir informacji, tkwiących za półprzepuszczalną błoną, która dla nich była ochroną. Ze względu na to, iż nie pozwalała, by jakakolwiek wieść się przedostała do tego świata, w którym mogłaby ją spotkać dezaprobata. Informacje pozostawały więc wciąż za ową błoną i tworzyły tam substancję złożoną, która wszechświaty niemowlęce generowała. A choć każdy z nich jawił się jako cząstka mała, zawierał tyle treści, ile mogłoby się w ogromie jedynie zmieścić. Każdy z nich też treścią emanował. Natomiast treści przybierać zaczęły kształt opowieści.
  • Klatka piersiowa starej kamienicy rytmicznie rzęziła, chybocząc skrzelami okiennic. Matowe światło spływało z nabrzmiałego pęcherza żarówki na oślizgłe żebra poręczy i spierzchnięte ściany. W cuchnącym oddechu szeleściły płatki łuszczącej się farby. Drżały mięśnie schodów. Raz za razem mlaskał lepki nabłonek krwistej podłogi. Zza pękniętych drzwi dochodził skwar i śmiechy. Stargane grzmiały bebechy. W ich wnętrzu pisarze się bawili. Gadali, palili i wódkę pili.
    • Źródło: s. 37
  • Na następnym kanale wszyscy się czują doskonale. W kuchennych oparach gotują kilka potraw naraz. Rozprawiają o ingrediencjach, wypowiadając przy tym zaklęcia, i mieszając w garnkach, nie muszą na nic sarkać. Ślina aż zbiera się w ustach, gdy homar w śmietanie chlusta. Lecz tam, gdzie była kapusta, tkwią zabite noworodki. Ich rodzice wiedli żywot słodki. Zauważasz to, przełączając telewizor. Producenci są bowiem nieugięci i pokazują widzom małżeństwo, które chowało niemowlaki w beczce po kiszonej kapuście, żeby bez przeszkód oddawać się rozpuście.
    • Źródło: s. 53
  • Zdania się krystalizowały, przemierzając śniegu zwały, żeby dotrzeć w niedostępne rejony i nazwać to, co nienazwane było do tej pory. Niepewne swojego znaczenia utykały wszakże, na granicy urojenia i starały się przyjąć formy odpowiednie. Nie takie jednak, by się nimi napawać w swym sednie. Tylko takie, które były podporządkowane ich celowi bezwiednie i stanowiły środek wyrazu migotliwej treści przekazu. Same dla siebie zatem zdania były właściwie nie do rozpoznania. Za każdym razem inaczej się interpretowały i w zależności od sąsiedztwa swój sens zmieniały, odkrywając przy tym utajone powinowactwa, opisywały je jak bogactwa. I zagłębiały się w tej obfitości, odbiegając całkiem od rzeczywistości. Szadzią się pokrywały. W zaspach grzęzły. Na polach firnowych ślizgały. I w końcu z zimna zdrętwiały. Stopniowały już tylko ziąb jedynie, nawarstwiając zamiecie i kurniawy na zmarzlinie. Bo pod oblekającym je szronem, stawały się coraz bardziej usztywnione. Nawet te, które dopiero zaczęły się wyłaniać. Wszystkie więc popękały z powodu drgania, w jakie je wicher wprowadzał. I wnet zanikła meritum władza. Zdania nie miały już bowiem zdolności przekonywania, gdyż niczym sople się połamały, uderzając o grunt stwardniały i utraciły idee, które je spajały.
    • Źródło: s. 28
  • Zegar chodził, lecz potykając się co sekundę, rozsiewał zwątpienie. Bo co sekundę przystawał jakby. Na chwilę. Niewielką. Prawie niezauważalną. Wystarczająco jednak długą, by uznać, że stanął na zawsze; że nigdy już nie poruszy choćby jedną ze swoich wskazówek. Każda z takich chwil budziła więc niepokój. Groziła bowiem utrudnioną orientacją w czasie. Lub wręcz utratą tej orientacji. Niczym w stanie odurzenia, kiedy to wnioski wysnuwane z przesłanek podporządkowane są omamom. Kiedy radości mylą się z zachwytami, a smutki z tragediami. Kiedy faktyczne intencje zanikają we wszechogarniającym przejaskrawieniu. Straszyła dezorientacją i niespójnością. A także nadmierną kondensacją treści – mnożeniem się jej utajonych elementów wynikającym z tego, iż jakikolwiek detal w każdym momencie mógł zostać zaakcentowany w dowolny sposób. Zatrważała koniecznością przekładania każdego przedmiotu, działania lub pojęcia i każdej postaci na idee i znaczenia. W jednej z takich chwil gwałtowny powiew myśli porwał materię, która pomknęła przez przestrzeń, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.
    • Źródło: s. 6

Wariant do sprawdzenia[edytuj]

(wyd. FORMA, 2007)

  • Czułem się jak bohater powieści, którą autor przestał nagle pisać. Bez pomysłu na ciąg dalszy zaciskałem w dłoni kawałek rozbitego lustra. Spływająca po nim krew plamiła podłogę, a ja tkwiłem w tej scenie, nie mogąc się z niej wyrwać. Zaskoczony przez sytuację, w której się znalazłem, nie potrafiłem podjąć jakiejkolwiek decyzji, a świadomość tego, że jestem zdany wyłącznie na siebie, pogrążała mnie jeszcze bardziej. Nie byłem nawet w stanie przewidzieć, co się wydarzy. Pozostawało mi zatem czekać na powrót autora.
    • Źródło: s. 105
  • Leżąc w gorącej, obmywającej mnie ciszy, słuchałem szumu własnego wnętrza. Na jego tle, rozpychające głowę dudnienie puchło w rytmicznych powtórzeniach. Odszukałem na szyi jego echo. Drgało tym samym rytmem pod palcami. Wbiłem w to miejsce żyletkę. Jej ukąszenie okazało się bardzo delikatne. Wynurzyłem twarz, by zaczerpnąć powietrza i zatrzymałem ją na wysokości wpływającej do ust wody. Oddychałem powoli, a woda łaskotała mnie wokół warg. Puchnące dudnienie coraz słabiej rozpychało głowę. Głęboko wciągnąłem wymieszane z parą powietrze, by jak najwięcej zabrać go ze sobą i opadłem na dno. I nagle zacząłem kręcić się w wirze nad odpływem, z którego ktoś wyciągnął korek.
    • Źródło: s. 116
  • Oni. Cały czas tylko oni. Kochali się, całowali, przytulali, rozmawiali, opowiadali sobie codzienne zdarzenia, przeżycia z pracy i to, co usłyszeli w radiu. Wykorzystywali każdą okazję do demonstrowania miłości. Zatracali się w liczbie mnogiej. Żadne z nich nie mówiło: „ja”. „Ja” dla nich nie istniało. Wszystko podporządkowane było „my” – im. To oni musieli być zadowoleni, szczęśliwi, a nie ona albo on. I byli.
    • Źródło: s. 96
  • Ostatnio czytałem, że szansę na przetrwanie mają tylko ci, którzy będą pracowali twórczo – mówił Sage. – Innych zastąpią maszyny. No, to trzeba postawić na sztukę albo na zajęcia pozalekcyjne. Chyba, żeby zostać psychiatrą. To może być niezła fucha – śmiał się. – Jak ludziska zaczną się nawalać z własnymi myślami, z powodu nadmiaru wolnego czasu, to trzeba ich będzie jakoś poskromić.
    • Źródło: s. 27
  • Tkwiłem zatem w tej scenie i nawet nie próbowałem się z niej wyrwać. Ale wierzyłem, że zmiana wciąż jest możliwa. Wierzyłem, że autor wróci i wyzwoli mnie od obciążającej teraźniejszości. Lecz wiara ta zaczynała stawać się niewyraźna – mglista. Musiałem więc skoncentrować się na walce ze zwątpieniem. Bo tak jak wcześniej strach odebrał mi pewność, tak zwątpienie starało się pozbawić mnie wiary. Mimo wzmagającej się rezygnacji, usiłowałem ją jednak utrzymać. Tylko że zwątpienie niezmiennie się rozrastało i na wiarę pozostawało coraz mniej miejsca. Kurczyła się, a jej gęstość powodowała jeszcze większą mglistość i wszystko, co do tej pory pozwalało mi mieć nadzieję, stało się jeszcze bardziej niewyraźne.
    • Źródło: s. 107

Zamęt[edytuj]

(wyd. Forma, 2013)

  • A kto tak naprawdę jest pracodawcą. Przecież nie ci, którzy korzystają z pracy ludzi, tylko ci, którzy tę pracę wykonują. To oni dają wykonywaną przez siebie pracę tym, którzy powinni za nią godziwie zapłacić. Wszystko wywrócone jest do góry nogami. Po to, żeby pracownikom wbić do głowy, że są zależni od tych, którzy ich wykorzystują. I po to, żebyśmy godzili się na takie zarobki, jakie nam się wyznaczy.
    • Źródło: s. 184
  • Ból jest objawem buntu wobec tego, czego się doświadcza.
    • Źródło: s. 76
  • Dla społecznej galarety niewiele już zostaje. Wielu zwyklaków otrzymuje jednak jakąś zanętę. Ze ściemą w pakiecie. Taką, która dobrze wchodzi. Jakąś religijną, mocarstwową, patriotyczną albo proeuropejską lub ekologiczną. I to im styka. Każdego dnia więc święcą plebana Babilonu i farmią ogarki, na jakąś nagrodę pocieszenia, albo nawet wczasy w ciepłych krajach. Chociaż obojętnie gdzie pojadą, to i tak mogą se pacnąć tylko pamiątkę z Chin, bo na więcej ich nie stać.
    • Źródło: s. 58
  • Długość łańcucha ograniczającego ludzką wolność jest niezmierzona.
    • Źródło: s. 76
  • (…) myślenie o przyszłości jest tak samo zgubne, jak rozważanie tego, co się stało kiedyś, przyszłość identycznie jak przeszłość jest urojona, myślisz, że obie są ważne, że jednej zawdzięczasz tożsamość, a druga przyniesie ci jakieś spełnienie, ale obie nie istnieją, powodują tylko niechęć do tego, żeby oddać się teraźniejszości, która jest jedyną realną płaszczyzną odniesienia, bo istnieje tu i teraz
    • Źródło: s. 97
  • (…) nie myśl o tym, że los cię skrzywdził, nie myśl o przeszłości, ona wypacza obraz teraźniejszości, jej jedyną zaletą jest to, że minęła, nie przywołuj jej zatem, oddaj się chwili obecnej, jeśli nią będziesz żyć, to będziesz szczęśliwa również w przyszłości
    • Źródło: s. 81
  • Przecież dziś panuje taki zamęt, że nie wiadomo nawet do czego się odwołać. No bo to, co w jakiejś gazecie albo stacji telewizyjnej uznawane jest za czarne, w innej przedstawiane jest jako białe. To zaś, co mówi jeden ekspert, podważane jest zaraz przez drugiego eksperta. Niczego nie można być zatem pewnym. Nie można bowiem właściwie już stwierdzić, co jest prawdą, a co kłamstwem. Można tylko zaufać którejś ze stron. Niewątpliwie z wszelkimi tego konsekwencjami. Ale nic innego nie pozostaje w sytuacji, w której można kierować się już wyłącznie przeczuciami. A przeczucia? Wiadomo. W pierwszym rzędzie są dyspozycyjne wobec miłości do samego siebie.
    • Źródło: s. 66
  • Przestajemy być jednostką postrzeganą jako byt zamknięty w sobie samym za sprawą siły własnego rozumu. Ale tym samym odrzucamy prymat ego. A zatem także wynikające z nawyku odgrywanie roli na scenie własnej wyobraźni. Może więc realnie przyczyniamy się podświadomie do tworzenia społeczeństwa kolektywnego?
    • Źródło: s. 42
  • (…) to, co nazywasz ciałem, nie jest rzeczywiste, bo nierzeczywista jest materia, ona jest przecież tylko falą, co udowodnili już nawet fizycy zajmujący się mechaniką kwantową, dlatego również twoje ciało nie jest tobą, jest tylko hologramem twojej wewnętrznej istoty, która nie może ani umrzeć, ani się narodzić i ta istota zawsze jest związana z wiecznym istnieniem, nie można więc odejść do krainy wiecznego istnienia, gdyż w niej jest się zawsze
    • Źródło: s. 81
  • (…) umysł i czas są potrzebne do funkcjonowania w świecie takim, jaki jest, ale nie warto im się podporządkować, ten wymyślony czas przesłania bowiem faktyczne możliwość istnienia nierozerwalnie związanego z chwilą, w której toczy się życie, a więc z teraźniejszością, poza tym ten tak zwany czas jest kluczem do społecznego zniewolenia, umysł, gromadząc produkty czasu, napawa bowiem z jednej strony strachem przed przyszłością a z drugiej żalem wywodzącym się z przeszłości i jest to wykorzystywane do manipulowania ludźmi, którzy z powodu strachu lub żalu, godzą się na wchodzenie w role społeczne, na wyzysk, na uległość, a nawet na prześladowania oraz wojny
    • Źródło: s. 98
  • W pełni ogarniasz temat. Ale z kim masz robić hałas? Wszak taki ptak, że nie ma z kim zacnej pikiety nawet ustawić. A jak czasem coś się ziści, to moderatorzy zdarzeń i tak to całkiem przemilczą, albo zrobią z tego blue screen. Chodzi bowiem o to, żeby zbiedzić wszystko, co nie pasi finansjerze, która tuczy gabronów i oczekuje, że w podzięce każdy z nich przywali wazeliną. I oni walą. Począwszy od władzuchny.
    • Źródło: s. 13
  • (…) wszystko byłoby zbędne, gdyby na pazerność mieli licencję tylko bonzowie. Jakoś dałoby się wtedy spacyfikować pasibrzuchów i, mimo że Luter zapewnił im wsparcie chrześcijańskiego Boga, można by ich było złoić. Ale chciwość stała się systemowa. Zakręt na pozbawienie innych dostępu do wszystkiego, co można pogonić, mają bowiem również firmy, instytucje finansowe i korporacje. Przede wszystkim te, których dochody przekraczają budżety większości państw.
    • Źródło: s. 53
  • (…) wszystko jest wytworzone tylko po to, żeby nas czymś zająć, żebyśmy myśleli, że to jest prawdziwy świat. Choć on w takiej formie w ogóle nie istnieje. Słowa go tylko stwarzają i obrazy. Otrzymujemy więc kłamliwe przekazy i wierzymy w nie, jeśli nasz sposób pojmowania i system wartości do tego pasuje. Mało tego. Wierzymy nawet, że ktoś chce nam utrudnić, albo uniemożliwić dotarcie do treści, które uznajemy za ważne. Że ktoś chce nam ograniczyć wolność. Dostęp do informacji. Bo mówią one o tym, o czym rzekomo nie powinniśmy wiedzieć. A system jest prosty. Kłamstwo nakrywa się kolejnym kłamstwem i tyle.
    • Źródło: s. 175

Inne[edytuj]

  • Artykulacja anektująca dla sztuki wysokiej elementy kultury masowej tylko potwierdza rolę sztuki jako translacji rzeczywistości.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • Berlińczycy mają dodatkowo to szczęście, że mogą mieć codzienny kontakt z kulturą. Sztuka jest tu obecna na co dzień. I to nie tylko ta zinstytucjonalizowana. Również alternatywna. A może nawet alternatywna przede wszystkim. Jest to z pewnością ewenementem w tak pragmatycznych czasach. Ale w wielu wypadkach te alternatywne działania wydają się być jedynie modnym opakowaniem, pod którym tak naprawdę nic się nie kryje.
    • Źródło: Piszę tylko o tym, co mnie interesuje – rozmowa Krzysztofa Niewrzędy z Bertem Papenfußem – „Pogranicza” Nr 3/2002
  • Bez względu na ilość wyszehradzkich kątów, samo miejsce, w którym je wykreślono, wydaje się mieć nie najlepsze dla naszego kraju konotacje. Stąd też można się dziwić, dlaczego polscy dyplomaci nie zechcieli przekonać swoich partnerów do uprawiania grupowych praktyk pod innym szyldem. No bo skoro w Wyszehradzie Jan Luksemburski wyłudził 400 tysięcy srebrnych groszy za rezygnację z roszczeń wobec tronu polskiego, a władcy Węgier i Czech wydali tam niekorzystne dla nas wyroki w naszym sporze z Krzyżakami i tam też Kazimierz Wielki zrzekł się tronu na rzecz Andegawenów, co zapoczątkowało degradację Piastów, aż do ich całkowitego zniknięcia, to chyba nie jest to najlepszy punkt wyjściowy dla jakiejkolwiek wspólnoty z naszym udziałem.
  • Brema może uchodzić za wzorzec niemieckości. I to przekonanie z roku na rok się u mnie nasila. W Bremie nie ma tej elastyczności, swobody, która jest w Berlinie. Mimo że i Brema i Berlin są miastami o lewicowym charakterze i od dziesięcioleci rządzi w obu SPD. Ale lewicowość Bremy, co może wydawać się zadziwiające, jest konserwatywna. I to niebywale konserwatywna. Wszystko ma tam swój ustalony z góry porządek i styl. Nawet sposób ubierania się. Berlin natomiast jest całkowicie inny. Właściwie jest tak inny, iż można powiedzieć, że jest kolejnym niemieckojęzycznym państwem. Tworzy społeczność, która jest nie do podrobienia.
  • Bycie emigrantem nie zależy od powodów przebywania poza krajem rodzinnym, tylko od samego faktu opuszczenia swojego kraju. Inną zaś sprawą jest to, czy twórczość pisarzy emigracyjnych jest emigracyjną literaturą.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • (…) cały czas miałem wokół siebie znajomych i przyjaciół, którzy również zastanawiali się nad tym jak się z PRL-u wyrwać. Z niektórymi z nich planowałem wyjazd do RPA. Z innymi do Berlina Zachodniego. Z jeszcze innymi do Norwegii. Podobnie jak ja, oni nie tylko nie widzieli dla siebie żadnej przyszłości w kraju, w którym szansa na własne mieszkanie mogła się zrealizować dopiero po dwudziestu lub trzydziestu latach. Bo takie wtedy były realia. Mieliśmy też dość wszechobecnego serwilizmu.
  • Co ja, jako poeta, uważam w poezji za najważniejsze? Przede wszystkim to zagęszczenie, którego nigdzie indziej nie można osiągnąć. Z niego wynika przecież niemieckie określenie: Dichter oznaczające poetę. Dichten znaczy bowiem nie tylko pisać wiersze, ale również zagęszczać (od dicht – gęsty). Bo jeśli chce się dotrzeć do granicy niewypowiedzianego, trzeba bardzo oszczędnie operować słowem.
    • Źródło: Mniej oświetlona strona parnasu – „AKANT” Nr 6/2002
  • Czerpiąc z popularnych fascynacji, artystyczna wypowiedź staje się bliższa codzienności i nabiera bardziej uniwersalnego charakteru, niż miało to miejsce w epokach hołdujących dawnym przyzwyczajeniom estetycznym.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • Dlaczego miałbym się obrażać na mechanizmy rynku literackiego. Przecież większość z nas, nie zgadzając się na komunizm, opowiedziała się za kapitalizmem, konsumpcją, prostszym życiem – a więc za dominacją prostej literatury. Nie ma co się zatem łudzić, że literatura bardziej skomplikowana stanie się pokupna.
    • Źródło: Emigrant więcej zyskuje niż traci – rozmowa Alana Sasinowskiego – „Kurier Szczeciński” 30. 11. 2009
  • Dzisiaj poeci częściej wrażliwość wykorzystują niż wykazują. I to wykorzystują haniebnie. Rodzą się więc z tego jedynie niepotrzebne, kiczowate wiersze. Choćby takie, które napisano w związku z zamachem na nowojorski World Trade Center w 2001 roku.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
    • Zobacz też: Zamach na World Trade Center i Pentagon
  • Erich Fromm napisał: „Dzień, w którym my, Niemcy, zapomnimy o okropieństwach i szaleństwie III Rzeszy, o naszym zbiorowym tchórzostwie, o naszej zbiorowej winie, będzie pierwszym, w którym światu zacznie obnażać kły IV Rzesza”. Ja nie mam więc w tym temacie nic do dodania.
    • Źródło: rozmowa Izabeli Drozdowskiej-Broering – „Topographien der Begegnung” (Lang, 2013)
    • Zobacz też: Erich Fromm, III Rzesza
  • Graham Greene, jeśli zbyt mocno odczuwał ból istnienia, to szedł do dentysty i kazał wyrwać sobie ząb. Jakikolwiek. Oczywiście bez znieczulenia. No bo chciał, żeby go coś bolało tak normalnie, po prostu, z jakiejś przyczyny. Ale nigdy nie wpadł na to, żeby pisać o tym wiersze, jak się zdarza polskim poetom współczesnym.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
    • Zobacz też: Graham Greene
  • Grałem, w latach osiemdziesiątych, w kilku szczecińskich zespołach, z których z największym sentymentem wspominam Brunatne Sklepienie i Casus. Byłem perkusistą i autorem tekstów, do kilku piosenek. Tylko do kilku ponieważ większość utworów w naszym repertuarze stanowiły kompozycje instrumentalne. Zacząłem od kapeli hard-rockowej, a potem był najdłuższy okres w grupie Casus, której muzyka była bliska King Crimson i SBB.
    • Źródło: Platon był jak Rudolf Hess – rozmowa Wojtka Filipowiaka – „Oddech” Nr 1/2003
    • Zobacz też: King Crimson, SBB
  • Język „wielkiej” sztuki nie musi wyrastać z obszarów rozpościerających się ponad możliwościami percepcji potencjalnego odbiorcy.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • Już w 1951 roku w Szczecinie doszło do pierwszych w kraju rozruchów i wystąpień antyradzieckich. I nie obyło się przy tym bez ofiar. A potem miało jeszcze miejsce zajęcie radzieckiego konsulatu w 1956 roku, no i grudzień 1970 roku. Czołgi na ulicach, barykady, poprzewracane tramwaje, podpalone samochody, aresztowania, strzelanie do ludzi, ranni i zabici, i jawna walka z władzą, prowadząca do zniszczenia i spalenia siedziby Komitetu Wojewódzkiego PZPR, co było ewenementem na skalę ogólnopolską. W dziesięć lat później Szczecin był świadomy własnej wartości. Jego mieszkańcy dobrze wiedzieli, że reżimowa władza musi się z nimi liczyć. I ona liczyła się. Liczyła się z nimi także, a przede wszystkim na nich – opozycja. Tym bardziej, im częściej dochodziło do ulicznych bitew szczecinian z zomowcami, które na stałe wpisały się w krajobraz miasta tamtego okresu. Niestety, z czasem całą legendę Solidarności zawłaszczył Gdańsk.
    • Źródło: W centrum czy na peryferiach kontynentu? Miasto w poszukiwaniu własnej tożsamości – „Szczecin. Odrodzenie miasta” (Deutsches Kulturforum östliches Europa, 2017)
    • Zobacz też: Grudzień 1970, Szczeciński Sierpień 1980
  • Każdy prawdziwy twórca, powinien być asystemowy i nieczuły na to, czy uda mu się odnieść sukces finansowy i medialny. Co nie znaczy, że nie ma prawa zabiegać o swoje dzieło – o to, żeby było ono zauważane i mogło przetrwać. To należy wręcz do jego obowiązków.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński” 04.08. 2008
  • Kiedy chce się dotrzeć do granicy niewypowiedzianego trzeba bardzo oszczędnie operować słowem, gdyż w sąsiedztwie tego co znajduje się poza językiem, słowo staje się zawodne. Nie należy nim epatować. Ono jest jedynie elementem powierzchni, pod którą kryje się ta prawda, którą chce się przekazać. Im więcej słów, tym większe niebezpieczeństwo, że powierzchnia ta stanie się nieprzejrzysta i że niemożliwe będzie ezoteryczne odczytywanie zapisu. Pozostanie jedynie czytanie tego co napisano. Ale to nie będzie już chyba poezją.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000.
  • Leonardo da Vinci przeprowadzał badania tak dociekliwie, iż najmniejsze, nieznane do tamtych czasów, elementy ludzkiego ciała zostały przez niego odkryte i skatalogowane. Wyrysował bowiem cały układ kostny i dołączył do niego nerwy, muskuły i ścięgna. Wykonał rysunki obrazujące umieszczenie mózgu w czaszce i ułożenie płodu podczas ciąży, a także przekroje dróg oddechowych i narządów płciowych oznaczając wszystkie części podpisami. Co ciekawe, zostały one napisane w taki sposób (od prawej do lewej strony), że można je przeczytać dopiero za pomocą lustra.
    • Źródło: Spotkanie z geniuszem – „Kurier” (Hamburg) Nr 18/2001.
    • Zobacz też: Leonardo da Vinci
  • Literatura powinna dawać czytelnikowi możliwość zauważenia tego, co jest wartością, a co nią nie jest. Szczególnie teraz, gdy na naszych oczach giną uniwersalne zasady.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński”, 4 sierpnia 2008.
  • Mało kto zwraca dziś uwagę na innych, na własne otoczenie i na wynikającą z tego wszechogarniająca obojętność, która powoduje, iż nasza rzeczywistość zaczyna cierpieć na deficyt uczuć. Myślę, że wielu ludzi tego doświadcza. Nie znajdują oni jednak ani siły na to, żeby ów deficyt uzupełnić, ani też wsparcia, ze względu na postępującą atomizację społeczeństwa.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński” 4 sierpnia 2008.
  • Może należałoby zrewidować poglądy i uznać, że rolą człowieka jest nie tylko praca zarobkowa, ale również działania społeczne, wychowywanie dzieci, czy zajmowanie się niezależną kulturą i w związku z tym powinno to być jakoś finansowane.
    • Źródło: Berlin po polsku – rozmowa Anny Dziewit i Agnieszki Drotkiewicz – „Lampa” Nr 11 (20) 2005
  • Mówiąc o cierpieniu towarzyszącym poecie warto powołać się na „Notatkę o klęsce” Mariana Stali, w której można przeczytać, że: „wybierając literaturę ryzykujemy trzy spotkania z klęską. Najpierw jest ryzyko artystycznego niespełnienia (i niedocenienia przez odbiorców), potem – ryzyko cierpienia, jakie towarzyszy kreacji, wreszcie ryzyko zetknięcia się ze złem i bólem tkwiącym w świecie”. I taka jest odpowiedź na pytanie: czy cierpienie zawsze towarzyszy poecie?
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
    • Zobacz też: Marian Stala
  • Muzyka SBB wciąż wydaje się niezwykle świeża w porównaniu z propozycjami ogromnej większości grających obecnie zespołów. Także fani Ścianki, uznawanej dzisiaj za jedną z najbardziej progresywnych grup na polskiej scenie rockowej, z pewnością nie poczują się więc zawiedzeni. A może zrozumieją nawet na czym wzoruje się ich ulubiony zespół, słuchając utworów SBB. Przede wszystkim tych z lat 1973–1975, w których Skrzek grał jeszcze na sfuzzowanej gitarze basowej i wyczyniał na niej takie cuda, iż magazyn „Melody Maker” ogłosił go jednym z najlepszych gitarzystów basowych w Europie. W tamtym czasie muzyka SBB była połączeniem bluesa z radykalną awangardą – ujawniającą się w improwizacjach. Dawało to niewyobrażalne wręcz efekty.
  • Na początku minionej dekady Hannes Stöhr nakręcił film „Berlin Is in Germany”, z którego wynika, że wizerunek Berlina się zmienia. Że dawna swoboda berlińska jest tłamszona przez biurokrację i drobnomieszczańskość przywleczoną z Bonn, które jeszcze po zjednoczeniu Niemiec było przez kilka lat stolicą. Ale po latach okazało się, że Berlina nie można tak łatwo ujarzmić. Że film Stöhra opowiada w istocie tylko o krótkim momencie w historii tego miasta. Takim, w którym obyczaje filistrów z Bonn stały się elementami dominującymi tylko na chwilę. Nadal więc Berlin daje poczucie swobody. Jest otwarty i tolerancyjny. Także dla obcokrajowców.
  • Najwybitniejszym przedstawicielem kiczu w polsko-niemieckim pojednaniu był z pewnością Andrzej Szczypiorski, który uprawiał dziwną politykę, działając jakoby na rzecz pojednania. Te jego wywiady i nieustannie publikowane artykuły, na przykład na temat bohaterstwa Stauffenberga – z niedopowiedzeniem tego, kim naprawdę Stauffenberg był i co chciał osiągnąć – były nie do zniesienia. Bo jedną rzeczą jest to, że Stauffenberg działał w ugrupowaniu, które próbowało odsunąć Hitlera od władzy, a nawet fizycznie go unicestwić… Ale nie można zapominać, że w najbardziej liberalnych planach współpracownicy Stauffenberga proponowali Polsce jedynie autonomię, ze szkolnictwem zaledwie na poziomie zawodowym. Nie wydaje mi się więc, że taką postać powinno się kreować na europejskiego bohatera. A Szczypiorski robił to z bardzo dużym zaangażowaniem. Wywiady, jakich udzielał w niemieckiej oraz polskiej telewizji i prasie, wskazywały na całkowity brak równowagi w tym temacie. A właśnie w braku równowagi ten kicz się objawia.
  • Nie potrafiłem żyć w tamtej rzeczywistości. To był chory świat. Byłem zmęczony wyszukiwaniem sposobów na to, żeby jakoś funkcjonować. Nie pomagało w tym obrzucanie ZOMO-wców kamieniami i wypijanie dużych ilości alkoholu. W społeczeństwie wypaliła się wola walki. Ludzie nie potrzebowali już nawet ubeków, zaszczuwali się sami. Cieszyli się gdy ponownie zaczęto im sprzedawać masło bez kartek.
    • Źródło: Poza rzędem – rozmowa Józefa Plessa – „Samo Życie” Nr 2/1999
    • Zobacz też: ZOMO, ubecy
  • Nie potrafię obojętnie „patrzeć w oko smoka i wzruszać ramionami”. Wbrew obowiązującym tendencjom bliska jest mi teoria prezentowana przez Edgara Morin, w której ten wybitny francuski intelektualista opowiada się za przywróceniem poezji roli społecznej.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
    • Zobacz też: Edgar Morin
  • Niemiecki brak solidarności przejawia się, między innymi, w namiętności do składania donosów. Towarzysząc naszym sąsiadom od czasów kiedy stało się to tylko możliwe – a zatem od narodzin biurokracji w Cesarstwie Wilhelma – namiętność ta nie opuszczała ich ani w Republice Weimarskiej, ani w Trzeciej Rzeszy, ani też w obu powojennych państwach niemieckich, czy w zjednoczonej Republice Federalnej. Funkcjonuje ona w tym narodzie do dzisiaj pod przykrywką swoistej formy lojalności wobec politycznego systemu, jako wynik rozpadu indywidualizacji. W latach Trzeciej Rzeszy był on tak duży, iż nie istniała potrzeba utrzymywania rozbudowanego aparatu inwigilacji. Donosicielstwo w wystarczający sposób wypełniało zapotrzebowanie koncentracyjnych obozów. Aż 80% wyroków wydano w tym czasie na podstawie donosów. W latach 1974–1985 na terenie RFN dwie trzecie przestępstw politycznych wykryto dzięki denuncjacji. O NRD nie trzeba nawet wspominać. Politolog Falco Werkentin uważa wręcz, iż donosicielstwo sprawia, po prostu, Niemcom radość.
  • Nikt nie ma prawa sam decydować, w jaki sposób należałoby uzdrowić rzeczywistość. Poza tym byłoby to jedynie leczeniem skutków a nie przyczyn. No bo ta rzeczywistość nie wzięła się przecież znikąd. „Ludzie ludziom zgotowali ten los” – można powtórzyć za Nałkowską. Należałoby zatem uzdrowić przede wszystkim ludzką naturę. A to już zadanie przekraczające możliwości jednostki.
  • Niemcy często bawią się w najlepsze w tych momentach, gdy nam chce się płakać lub jesteśmy zniesmaczeni.
    • Źródło: Nikt się o nas nie upomina – rozmowa Marii Kalczyńskiej – „Odra” Nr 2/2002
  • Nieprzypadkowo najwięcej samobójstw wśród artystów popełniają poeci. Poezja może więc mieć ogromny wpływ na tych, którzy ją piszą i w tym sensie można powiedzieć, że tworzy człowieka. Tylko że ten człowiek bardzo często ulega destrukcji. Tak jak Edward Stachura, który zresztą doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wielokrotnie powtarzał, że „pisanie wierszy zżera jak rak, i że lepiej nie zajmować się poezją, o ile można się nią nie zajmować”. Z czasem zauważył jednak, iż od poezji nie sposób się uwolnić i powiedział wtedy: „Zrozumiałem, że poezja to jest sposób bycia, a nie pisanie wierszy; że poezja jest demonem i jeśli raz kimś zawładnie, to już nigdy go nie opuści”.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
    • Zobacz też: Edward Stachura
  • O tym, że miasto wymknęło się spod kontroli jego mieszkańców wiadomo nie od dzisiaj. Trudno sobie wyobrazić jego ponowne kształtowanie, tak, jak trudno zakładać możliwość budowania miast od podstaw – z niczego. To co nam zatem pozostaje, to rozszerzanie miejskich granic albo modyfikowanie poszczególnych fragmentów miasta. Proces ten może wyrażać się poprzez wyburzanie istniejących obiektów i zastępowanie ich obiektami nowymi bądź przeobrażanie obiektów istniejących. W takim zestawieniu o wiele bardziej interesującym wydaje się być nadawanie nowej funkcji budynkom osadzonym w pamięci mieszkańców miasta, niż zastępowanie ich nowymi. Przede wszystkim ze względu na możliwość zachowania historycznej ciągłości. Nie przerywając jej możemy sobie pozwolić na stwarzanie nowego przy użyciu dawnego, a zatem – na płynne przejście z przeszłości w przyszłość.
    • Źródło: Architectura pictura – „Pogranicza” Nr 3/2000
  • Ostatnią niezachwianą normą pozostaje osobiste przekonanie. Ale ono w pierwszym rzędzie dyspozycyjne jest wobec miłości do siebie. Poza tym zaangażowane jest przede wszystkim w walkę o pozycję jednostki w społeczeństwie. I trudno się temu dziwić w czasach permanentnej rywalizacji.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński” 04.08. 2008
  • Pisanie poezji pozwala na kontakt z czymś, czego tak naprawdę w ogóle nie można nazwać. Towarzyszy temu ponadto dosyć szczególny stan psychiczny, od którego można się wręcz uzależnić. Jest to rodzaj jakiegoś wewnętrznego napięcia wynikającego z jednoczesnego odczuwania chęci zbliżenia się do tego czegoś czego nie można nazwać i lęku przed zbezczeszczeniem tego. Jest więc to odczucie podobne do sięgania po zakazany owoc, ale pozostające wyłącznie tym rozciągającym się w czasie sięganiem. No bo przecież, choć czasem udaje się sięgnąć aż do granicy niewypowiedzianego, to jednak w tym wypadku, jest to sięganie tylko do tej granicy. Owoc wciąż jest więc nie skonsumowany. Wciąż jest pożądany. A im częściej i dłużej pożąda się czegoś tym łatwiej od tego czegoś się uzależnić. Dochodzi bowiem wtedy do powtarzającej się i wzmagającej się produkcji dopaminy i serotoniny, które działają jak narkotyki.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
    • Zobacz też: dopamina, serotonina
  • Pisarz powinien czytelnika uwrażliwiać, lecz nie powinien mu niczego narzucać. O ile chce oczywiście żeby to, co tworzy było literaturą, a nie publicystyką.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński” 04.08. 2008
  • Pisarz to swego rodzaju medium, przez które przemawiają języki.
    • Źródło: Emigrant więcej zyskuje niż traci – rozmowa Alana Sasinowskiego – „Kurier Szczeciński” 30. 11. 2009
  • Polacy wcale aż tak bardzo nie garną się do siebie na obczyźnie. Ale trochę się garną, to fakt. W ten sposób w pewnej mierze chcą przywołać Polskę. Po to zakładają organizacje polonijne. Po to też, między innymi, powstał z pewnością Klub Polskich Nieudaczników. Żeby poczuć się przez moment jak w Polsce. I to często takiej, o której się marzy, niekoniecznie zaś takiej, z której się wyjechało, lub takiej, do której można wrócić. Czasem idzie to w stronę artystycznej awangardy, swobody obyczajowej, a czasem w stronę tradycji narodowej. Także w Berlinie
  • Polscy publicyści mają skłonność do przesady przy ocenianiu Niemców. A ci nie są ani wcieleniem dobra, ani zła. Są za to w dłuższej perspektywie nieprzewidywalni, mimo iż hołdują swoim nawykom i potrafią długo znosić niewygodne dla nich sytuacje. Bo kiedy jest to już ponad ich siły – buntują się bardzo gwałtownie. I nigdy nie wiadomo, co ten wybuch przyniesie – czy coś pozytywnego, czy skrajnie negatywnego
    • Źródło: Emigrant więcej zyskuje niż traci – rozmowa Alana Sasinowskiego – „Kurier Szczeciński” 30. 11. 2009
  • Przywiązanie pisarza, przebywającego poza krajem urodzenia, do ojczystego języka można wytłumaczyć poprzez to, co w „Traktacie poetyckim” napisał Czesław Miłosz. A mianowicie, że „mowa jest ojczyną”. Zresztą nie odnosi się to wyłącznie do pisarzy. Dla tych, którzy znaleźli się na emigracji, zazwyczaj właśnie język jest bowiem najważniejszym elementem zapewniającym nieprzerwaną więź z tym, co decyduje o ich tożsamości. Bez względu na narodowość. Co nie znaczy, że język ojczysty powinien być jaskinią, do której należy się chować, żeby uniknąć zalewu obcą mową.
    • Źródło: Dlaczego nie piszę po niemiecku? – „Tygiel Kultury” Nr 7–12/2015
    • Zobacz też: Czesław Miłosz
  • Rację ma Jean-Paul Gaultier mówiąc: „Nigdy nie pytajcie mnie, co jest w modzie. Coś takiego, jak moda przestało istnieć. Modne jest to, co komu pasuje”.
    • Źródło: Negowanie stanu obecnego – rozmowa Krzysztofa Niewrzędy z Maciejem Siemieniuchem – „Kurier” (Hamburg) Nr 24/2000
    • Zobacz też: Jean-Paul Gaultier
  • Ranicki uwielbia powtarzać, że polska literatura jest prowincjonalna, siermiężna i zbyt polska, by ktokolwiek (poza Polakami) mógł ją rozumieć. Myślę, że to niewiarygodny krytyk, z jakimś kompleksem i nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego co mówi o współczesnej literaturze. Za to niezły z niego showmann. Dużo lepszy niż literaturoznawca.
    • Źródło: Nikt się o nas nie upomina – rozmowa Marii Kalczyńskiej – „Odra” Nr 2/2002
    • Zobacz też: Marcel Reich-Ranicki
  • Robert Korcz był człowiekiem, którego denerwowała rzeczywistość, często więc przeciwko niej występował, protestował. W PRL-u odmówił odbycia służby wojskowej, za co trafił zresztą do więzienia. Nie chciał zostać wciśnięty w społeczną szufladę. Walczył o swoją niezależność. I nie zrezygnował z tego, gdy w Polsce upadł komunizm. Nie zachłysnął się tą tak zwaną wolnością. Nadal buntował się przeciwko bezwzględności systemu i nadal urządzał akcje protestacyjne. Ale zabrnął w ślepą uliczkę. Jego ostatnią akcją było zajęcie polskiego konsulatu, w Hamburgu. Na znak protestu przeciwko społecznej niesprawiedliwości, chciał podpalić budynek, wysadzając się przy tym w powietrze. Wcześniej wypuścił oczywiście wszystkich, którzy się tam znajdowali. Niemiecka policja nawet z nim zbyt długo nie pertraktowała. A jak zaczęli strzelać do niego to tak, żeby go zabić. Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Korczu. Później poznałem pracowników hamburskiego konsulatu, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń. No i zacząłem szukać czegoś więcej. Dowiedziałem się, że był gorzowianinem i że całe jego życie prowadziło go do coraz większego buntu. To była postać tragiczna. Ktoś taki, jak dawni bohaterowie romantyczni. Właśnie dlatego poświęciłem mu wiersz, w którym znalazły się cytaty z „Dziadów” Mickiewicza.
    • Źródło: Platon był jak Rudolf Hess – rozmowa Wojtka Filipowiaka – „Oddech” Nr1/2003
    • Zobacz też: Robert Korcz
  • Ryszard Kapuściński powiedział kiedyś, że „Berlin jest jak soczewka: można przezeń zobaczyć wiele aktualnych problemów Niemiec, Europy i świata”. Myślę więc, że nad wieloma problemami widocznymi przez tę berlińską soczewkę należałoby się zacząć zastanawiać także w Polsce.
    • Źródło: Berlin po polsku – rozmowa Anny Dziewit i Agnieszki Drotkiewicz – „Lampa” Nr 11 (20) 2005
    • Zobacz też: Ryszard Kapuściński
  • Siegfried Lenz w „Muzeum ziemi ojczystej” określa naszą inność jako „szczególną zdolność Polaków do słyszenia niebiańskiej muzyki”, a więc kompletnie niepraktyczną właściwość. A jednak jedna z bohaterek jego powieści powiada: „Ździebko polskiej lekkomyślności wcale by nam nie zaszkodziło,...”. Tak jak nam nie zaszkodzi nieco więcej pragmatyzmu.
    • Źródło: Między nami – „Kurier” (Hamburg) Nr 23/1996
    • Zobacz też: Siegfried Lenz
  • Skłonność do psychologizowania i medytacji, cechująca polską literaturę powoduje, iż nie jest ona bliska przeciętnemu czytelnikowi niemieckiemu – pozbawionemu rozterek, pragmatycznemu legaliście.
    • Źródło: Nikt się o nas nie upomina – rozmowa Marii Kalczyńskiej – „Odra” Nr 2/2002
  • Skrótowość czy przywoływanie otaczającego nas kiczu, lub drastycznych scen pozwala na taki opis rzeczywistości i generowanych przez nią refleksji, który umożliwia unicestwienie realności bez popadania w wielosłowie.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • Staram się, by poeta Krzysztof Niewrzęda istniał tylko w wierszach. I staram się nie utożsamiać z nim na co dzień. Próbuję żyć bez niego i być zwyczajnym człowiekiem. Wiem bowiem bardzo dobrze, jakie zagrożenia stwarza on dla mnie. I nie myślę tu jedynie o śmieszności przejawiającej się w ekstrawagancjach, egzaltacjach, czy mitomanii, rozwojowi których sprzyja przecież pisanie wierszy. Myślę raczej o straszliwych efektach długoletniego oddziaływania na psychikę tych wszystkich ekstrawagancji, egzaltacji i mitomanii.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
  • Szczecin jest miastem najbardziej zróżnicowanym kulturowo. Jego mieszkańcy wywodzą się ze wszystkich regionów przedwojennej Polski i ze wszystkich jej grup mniejszościowych. W mieście tym nie było nawet jakiejś szczególnie dominującej grupy, tak jak na przykład w Gdańsku, gdzie skupiła się inteligencja wileńska, czy we Wrocławiu, do którego przeniesiono tradycję lwowską. W Szczecinie nikt nikomu nigdy nie mógł narzucić własnej tradycji bądź spuścizny kulturowej. Jedyną płaszczyzną porozumienia okazał się zatem polski język literacki. Trudno jednak spodziewać się, aby pozbawiony regionalizmów język mógł być elementem integrującym.
    • Źródło: W centrum czy na peryferiach kontynentu? Miasto w poszukiwaniu własnej tożsamości – „Szczecin. Odrodzenie miasta” (Deutsches Kulturforum östliches Europa, 2017)
  • Tak zwane autorytety okazują się coraz częściej donosicielami, oszustami, krętaczami lub, co najmniej, kunktatorami. A nowi bohaterowie to zazwyczaj jacyś wytatuowani piłkarze, telewizyjne pajace, żenujący politycy. Ci wszyscy, którzy robią kariery dzięki mediom manipulującym faktami, do tego stopnia, że trudno stwierdzić, co jest prawdą, a co kłamstwem.
    • Źródło: Stopień pokrewieństwa – rozmowa Sławomira Iwasiowa – „Kurier Szczeciński” 04.08. 2008
  • (…) to, co wymyka się z narodowego charakteru, ma większą szansę, żeby nie być hermetyczne. Co innego zajmować się tym w swoim ojczystym kraju, a co innego, poza nim, przed publicznością złożoną w głównej mierze z obcokrajowców. Malarzom, czy muzykom przychodzi to z łatwością. Forma ich przekazu jest bowiem o wiele bardziej abstrakcyjna i uniwersalna, niż w przypadku pisarzy. I to nie tylko ze względu na język. Przede wszystkim ze względu na codzienność, która domaga się opisania.
  • Trudno się dziwić, że w czasach permanentnej rywalizacji, mało kto chce uchodzić za osobę, odczuwającą współczucie z powodu niepowodzeń, czy nieszczęść dotykających innych ludzi.
    • Źródło: Najwięcej miejsca trzeba zostawić dla ciszy – rozmowa Marleny Cieślik w „Poezja światłem i mrokiem w rozgrywkach o życie” (UŚ, 2005)
  • Tworzenie poezji jest procesem nieprzewidywalnym i zawsze „coś” odkrywającym. A poza tym, daje możliwość bardzo intensywnego i szybkiego spełnienia, wynikającego z zagęszczania określających ją wrażeń i emocji.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • Tworzenie poezji pozwala mi na kontakt z tym „czymś” czego nie można nazwać. Rejestracja faktów – umożliwiająca stwarzanie między nimi poetyckiego nastroju i rejestracja wrażeń – podlegająca metaforycznemu sposobowi rozumienia świata, pozwala na przeniesienie się, z miejsca pozostającego w centrum obrazu, „tam”. Wystarczy tylko dać językowi szansę na to by mógł poprowadzić, by wydobył z realności to, co ulotne i pozostawić, jak najwięcej miejsca ciszy.
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000
  • „Tysiąc lat przeminie, zanim zatarta zostanie ta wina Niemiec” – powiedział Hans Frank podczas procesu w Norymberdze. A warto pamiętać, że był to generalny gubernator okupowanych ziem polskich i jeden z największych zbrodniarzy wojennych. Więc wiedział o czym mówi.
  • Umieramy tylko dla innych. Nigdy dla siebie samego. Dla każdego z nas własna śmierć jest przecież zawsze przyszłością, która z osobistego punktu widzenia nigdy nie będzie mogła się dokonać. Nigdy nie uda się przecież powiedzieć: umarłem. O wiele trudniejsze do zaakceptowania jest więc chyba to, że zimne usta ciemnej, wielgachnej, oceanicznej ryby dotykają naszych bliskich.
    • Źródło: Jestem głuchy na pozaziemskie tam-tamy – rozmowa Krzysztofa Niewrzędy z Januszem Rudnickim – „Pogranicza” Nr 5/2002
  • W dzisiejszych czasach autorytetem może być wyłącznie narrator.
    • Źródło: Nie w rzędzie – „eleWator” nr 4 (2/2013)
  • Ważne jest tylko to, żeby pisarz nie dał się zdeprawować przez medialne i rynkowe reguły.
    • Źródło: Emigrant więcej zyskuje niż traci – rozmowa Alana Sasinowskiego – „Kurier Szczeciński” 30. 11. 2009
  • W odróżnieniu od Platona nigdy nie chciałem decydować o innych. Po doświadczeniach dwudziestego wieku fascynowanie się spuścizną Platona – jeśli nie powinno być karalne, to przynajmniej powinno być publicznie wyśmiewane. To, co proponował w „Państwie” było przeżarte ekstremalnym totalitaryzmem i szowinizmem. Choćby odbieranie dzieci matkom po to, żeby wychować je zgodnie z obowiązującym duchem. On zoologicznie nienawidził demokracji. Imponowały mu takie systemy, jak system spartański. A Sparta znana była między innymi z tego, że osoby chore i niedołężne były tam uśmiercane. W wojnie Sparty z Atenami, które były przecież jego ojczyzną, Platon życzył zwycięstwa Sparcie. Jego postawę można porównać z zachowaniami komunistów, stawiających sowiecki internacjonalizm ponad niepodległość. Z tą oczywiście różnicą, że Platon nawet nie udawał, iż jest za społeczną równością i jawnie chwalił system kastowy oraz głosił, że jednostka musi być bezwzględnie podporządkowana interesom państwa. Swoje skrajne metody rządzenia próbował nawet wprowadzić w życie. Ale na szczęście dla jego podwładnych dość szybko się na nich poznano. Choć i tak ten „wielki” filozof zdążył rozpętać wojnę i sam ledwo uszedł z życiem. I to tylko dlatego, że z niewoli wykupiła go jakaś grupka przyjaciół. Mimo to nie zmienił swoich poglądów.Platon był jak Rudolf Hess, który, mimo iż przesiedział kilkadziesiąt lat w więzieniu, do końca sławił nazizm.
  • W pereelowskiej Polsce nie darzono zbyt wielką sympatią ani NRD, ani jej mieszkańców. Najczęściej przypisywano im prusko-hitlerowsko-bolszewicką mentalność i określano mianem czerwonych Prusaków. Naprawdę jednak nic, albo niewiele, o nich wiedziano. Nie przeszkadzało to oczywiście w krytykowaniu i ośmieszaniu „enerdówka” i „enerdowców”, postrzeganych przez pryzmat wschodnioniemieckiego produkcyjniaka telewizyjnego noszącego tytuł „Telefon 110”. (…) Za najbardziej znanego, enerdowskiego, muzyka jazzowego uchodził Zbigniew Namysłowski, a za najbardziej popularną, enerdowską piosenkarkę – Maryla Rodowicz. Nikt prawie nie słyszał u nas, o takich grupach jak Silly czy Pankow, których teksty wywoływały wściekłość enerdowskich cenzorów i entuzjazm wschodnioniemieckich, punk-rockowych kontestatorów. Mało kto znał też w Polsce nazwiska takich malarzy, jak Georg Baselitz, czy Gerhard Richter. A jeśli znał, to najczęściej nie podejrzewał nawet, że są to artyści pochodzący z NRD i że któryś z nich mógł swego czasu być członkiem FDJ, co przydarzyło się Richterowi. FDJ była bowiem, nawet przez polskich komunistów, uważana za organizację żałosną.
  • W sąsiedztwie tego, co jest poza językiem, słowo staje się zawodne. Nie należy zatem nim epatować, o ile ma się zamiar dotrzeć do granicy niewypowiedzianego.
    • Źródło: Mniej oświetlona strona parnasu – „AKANT” Nr 6/2002
  • W Szczecinie jeszcze w latach 80. minionego stulecia wyczuwało się atmosferę życia na walizkach. Powszechne były przecież opowieści lokatorów przedwojennych kamienic o odwiedzających ich Niemcach, którzy doglądali swoich dawnych własności i zostawiali pieniądze na remonty i inwestycje. Mimo przywiązania do Polski, szczecinianie byli więc właściwie zdziwieni, że ich miasto wciąż jeszcze w Polsce pozostaje. Tym bardziej że władza centralna raz za razem kompromitowała się, podejmując decyzje dotyczące stolicy Pomorza Zachodniego.
    • Źródło: W centrum czy na peryferiach kontynentu? Miasto w poszukiwaniu własnej tożsamości – „Szczecin. Odrodzenie miasta” (Deutsches Kulturforum östliches Europa, 2017)
  • W Szczecinie miejsce abstrakcyjnego internacjonalizmu, lansowanego w poprzedniej epoce, w sposób całkowicie naturalny zajął autentyczny kontakt z sąsiadem. Z pewnością zadecydowało o tym położenie miasta, lecz częściowo także jego charakter. Bo jako miasto portowe, stolica Pomorza Zachodniego zawsze dawała swoim mieszkańcom poczucie kontaktu ze światem. (…) Co prawda, tamto poczucie kontaktu ze światem było dosyć złudne, ale i tak nie wynikało z większej niż gdzie indziej, ilości zachodnich towarów. Wynikało przede wszystkim z możliwości kontaktowania się z tymi, którzy przedostawali się za żelazną kurtynę. W co drugiej szczecińskiej rodzinie był przecież jakiś rybak lub marynarz. Poza tym, w szczecińskich knajpach i dyskotekach często siedziało się przy jednym stole z Duńczykami, Niemcami bądź Szwedami. Nie owocowało to, co prawda, kontaktami z dziedziny kultury wysokiej, ale z pewnością wzmagało potrzebę życia w normalnym europejskim kraju. I nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, iż to właśnie uczyniło ze Szczecina jedno z najbardziej zbuntowanych miast wobec komunistycznego reżimu.
    • Źródło: W centrum czy na peryferiach kontynentu? Miasto w poszukiwaniu własnej tożsamości – „Szczecin. Odrodzenie miasta” (Deutsches Kulturforum östliches Europa, 2017)
  • W warstwie językowej „teorie spiskowe” są doskonałym określeniem umożliwiającym dyskredytowanie sposobu myślenia tych, którzy poddają pod dyskusje oficjalne oceny bądź relacje uwiarygodnione w procesie masowej publikacji. Każdego bowiem, kto uznaje je za wątpliwe wystarczy naznaczyć piętnem „zwolennika teorii spiskowych” by wyłączyć go z publicznego dyskursu lub – co najmniej – pozbawić wiarygodności.
  • Wtedy, gdy opuszczałem Polskę normalnym było pytanie: dlaczego nie wyjechać? Był to, chyba, najgorszy okres w dziejach PRL-u. Ta właśnie końcówka, pokazała, jak bardzo komunizm zniszczył indywidualność. Homo sovieticus otrzymywał ostateczny szlif. ** Źródło: Tytuł nie jest potrzebny – rozmowa Marii Kalczyńskiej – „Kurier” (Hamburg) Nr 10/1999
  • Wydobycie się z wiru wydarzeń tworzących wspólnotową świadomość pozwala widzieć więcej. Dzięki temu nabieramy dystansu, przekonujemy się, że życie jest wielowymiarowe.
    • Źródło: Emigrant więcej zyskuje niż traci – rozmowa Alana Sasinowskiego – „Kurier Szczeciński” 30. 11. 2009
  • Za to, że Kain zabił swego brata, zazdroszcząc mu boskiej przychylności, Bóg nie ukarał go śmiercią, tylko wygnaniem z ziemi ornej. Tym samym zmusił go do poszukiwania innego sposobu na życie. Tak więc, po początkowej włóczędze, Kain założył pierwsze miasto. Odtąd zaczęło stanowić ono środek świata. Wokół niego wszystko zaczęło się obracać. Wszystko zaczynało jemu służyć. Zrodzone z bratobójstwa i gwałtu wywartego na naturze – począwszy od odłamania pierwszej gałęzi, służącej za ochronę przed deszczem i wiatrem – powstało by zakończyć historię naturalną i ustanowić symbol ludzkiej wiedzy.
    • Źródło: Architectura pictura – „Pogranicza” Nr 3/2000
    • Zobacz też: Kain i Abel
  • (…) znam Polaków, którzy w pełni zaakceptowali swoją nową rzeczywistość. Przyzwyczaili się do niemieckich zwyczajów i rytuałów i zaczęli je traktować jak własną narodową tradycję. Większość jednak nie może się przyzwyczaić. Większość – mieszkając w Niemczech, żyje w Polsce. I na zawsze pozostaje w takim właśnie rozkroku. Ale to umożliwia spojrzenie z dystansu zarówno na to, co jest tu, jak i na to co jest tam. Pozwala zobaczyć więcej i przekonać się, że życie jest wielowymiarowe.
  • Znów więc ten Chopin, od którego uciekałem pod koniec lat osiemdziesiątych, który wypełnił całą dekadę swoją muzyką. Począwszy od strajków w Gdańsku i Szczecinie, od zakładania Solidarności – był wciąż w tle. Patriotyczny podmuch muzyczny. Wykorzystywali go organizatorzy mszy za ojczyznę i opozycyjnych wieczornic, twórcy anty-reżimowych filmów i władza – na wszystkich poziomach przekazu. Muzyka Chopina współbrzmiała z powtarzanym w kółko wystąpieniem towarzysza generała, ogłaszającego wprowadzenie stanu wojennego. Była wręcz jedyną muzyką, jaką można było usłyszeć w radiu w pierwszych dniach tego stanu. A potem rozbrzmiewała na rozpoczęcie i na zakończenie programów telewizyjnych i radiowych, przed przemówieniami i po przemówieniach. Rozbrzmiewała – jeśli nic innego nie można było zaproponować – jako wypełniacz lub jako ważny punkt programu. Słychać ją było, gdy na budynkach pojawiły się hasła: „Wrona skona” i „Zima wasza, wiosna nasza”, gdy czołgi jeździły po ulicach i żołnierze grzali dłonie przy koksownikach, gdy opozycjoniści ośmieszali esbeków i gdy esbecy zabijali opozycjonistów, gdy milicjanci pałowali krnąbrne społeczeństwo i gdy społeczeństwo rzucało w nich kamieniami lub zapalało świece w oknach. Preludia, mazurki, walce nadawał Głos Ameryki, Radio Wolna Europa i następcy Macieja Szczepańskiego. Wszyscy przymilali się do Chopina, wszyscy go puszczali i wszyscy słuchali – stojąc w kolejkach za papierosami i wołowiną z kością, w czasie przesłuchań i akademii, idąc ze strachu na wybory i czytając wydane w podziemiu wiersze Miłosza, ciesząc się, gdy Lechowi Wałęsie przyznano Pokojową Nagrodę Nobla i gdy zniesiono kartki na masło, oglądając w telewizji parodię procesu Piotrowskiego i jego kolegów, i chowając księdza Popiełuszkę. Słuchaliśmy tej naszej muzyki z coraz większym znudzeniem, z coraz większą dezaprobatą.
  • Zwyczajni Europejczycy mają szansę wyłącznie na poplątanie. Ale i ono ma swoje dobre strony. Trudno spodziewać się bowiem, by komukolwiek udało się taki chaos uporządkować na miarę systemów, które panowały w wieku dwudziestym. Zachodzi jednak pytanie, czy będzie to wystarczającym powodem do utrzymywania wspólnoty przy życiu?
    • Źródło: Nie w rzędzie czyli „w poprzek” – rozmowa Józefa Plessa – „AKANT” Nr 4/2000

O Krzysztofie Niewrzędzie[edytuj]

  • Autora cenię za głębokie przekonanie, że poezja nie jest tylko sprawą osobistą, tym mniej sprawą formalną. Niewrzędzie o coś chodzi, coś go gniewa, coś zastanawia. Być może oszczędna forma wiersza zwiedzie czytelników, pod nią tkwi nieoszczędne wadzenie się i z własną biografią, i ze światem.
    • Autorka: Inga Iwasiów, Dramaty popołudnia, „Pogranicza” Nr 5/2006.
  • Będąc tu Niewrzęda czuje się jak u siebie, będą tam też czuje się jak u siebie. Do ciągłych zmian adresu (…) zmusza go życie, jakie sobie wybrał. Życie gna go przed siebie.
    • Autor: Janusz Drzewucki, NIEWRZĘDA: BEZCEREMONIALNOŚĆ, „Twórczość” Nr 1/2000.
  • Berliński pisarz po raz kolejny udowadnia, jak bardzo różni się od przeważającej większości autorów-rówieśników z Polski i Niemiec, którzy, zagrzebani we własne trzewia, nie mają współczesnemu światu nic do powiedzenia.
    • Autor: Dariusz Muszer, Prywatna historia Niemiec, „Dialog” Nr 74–75/2006.
  • Co to jednak znaczy afirmować? Znaczy to przyjmować rzeczy w całej ich grozie – ale jednak przyjmować. Może nie pomylę się, jeśli powiem, że czymś takim jest dla Niewrzędy literatura. Jeśli tak, to przyszedł on na świat jako prozaik od razu dojrzały – ale przy tym jednak młodzieńczy.
    • Autor: Andrzej Skrendo, Próba całości – posłowie w powieści w „Poszukiwanie całości”, Krzysztof Niewrzęda: „Poszukiwanie całości” (Forma, 2009)
  • Europejczyk, a więc zarówno Krzysztof Niewrzęda – pisarz, jak i bohater jego tekstów, wszędzie jest u siebie, ale jednak czuje się znacznie lepiej, gdy ma zapewnioną drogę powrotną do domu.
    • Autor: Sławomir Iwasiów, Reprezentacje Europy w prozie polskiej XXI wieku (PPH Zapol, 2011)
  • Europejskość w twórczości Niewrzędy została wyrażona wielością miejsc, podróżowaniem po obszarach pamięci, wierceniem się w miejscu, poszukiwaniem czegoś nowego w tym, co jest podobne do tego, co dobrze znane.
    • Autor: Sławomir Iwasiów, Reprezentacje Europy w prozie polskiej XXI wieku (PPH Zapol, 2011)
  • FORMA już w 2007 roku wydała książkę odpowiadającą założeniom bizarro fiction. Była to powieść „Wariant do sprawdzenia” Krzysztofa Niewrzędy, która ukazała się w serii KWADRAT. I można powiedzieć, że jest to pierwsza książka w tym gatunku, jaką opublikowano w Polsce. Jej autor natomiast jest z pewnością pierwszym polskim pisarzem, który zaczął stosować tę konwencję. Chociaż jest ona tak otwarta, że właściwie nie jest konwencją. Tak czy inaczej, już w 2000 roku Niewrzęda publikował w pismach literackich fragmenty „Wariantu do sprawdzenia”.
  • Gra semantycznymi napięciami zdaje się być prawdziwym żywiołem Niewrzędy.
    • Autor: Artur Szlosarek, Ślepy świat. O „Wariancie do sprawdzenia” Krzysztofa Niewrzędy w formie niekontrolowanego posłowia, Krzysztof Niewrzęda: „Wariant do sprawdzenia” (FORMA, 2007)
  • Jest bowiem Niewrzęda bardzo, aż po granice formy, literacki i zanurzony głęboko w artystyczne poszukiwania, a zarazem, by tak rzecz ująć, estradowy i masowy. Wsłuchany w ulicę, głos mediów, szum cywilizacji.
  • Język polski stał się berlińską wyspą pisarza-emigranta, a mimo to jego niemalże całe dzieło fikcjonalne dąży tylko do jednego: pokazania uniwersalizmu egzystencji ludzkiej w zglobalizowanej wiosce, którą wszędzie można znaleźć, na każdym kontynencie. „Zamęt”, ostatnia powieść Krzysztofa Niewrzędy, jest właśnie takim tańcem języka, świata i człowieka zawieszonego w uniwersalnej czasoprzestrzeni globalizacji.
  • Krzysztof Niewrzęda ma wszelkie dane ku temu, aby współcześnie dorównać autorowi „Lutni po Bekwarku”.
  • Krzysztof Niewrzęda oddycha i rozkoszuje się miejską przestrzenią i jej urządzeniami. Pod jego piórem najzupełniej swojska to przestrzeń.
    • Autor: Dariusz Nowacki, Dyptyk berliński, „FA-art.” 2-3 (60–61) 2005.
  • Krzysztof Niewrzęda sukcesywnie zagospodarowuje otaczającą go miejską przestrzeń, rewaloryzuje to, co jego zdaniem pomijane, odrestaurowuje poszarzałe i spowszedniałe. Postępuje jak architekt dokonujący retrowersji.
  • Mogę śmiało stwierdzić, że jeśli Dorota Masłowska w swojej „Wojnie...” chciała wprowadzić nas w język i świat młodych, to Krzysztof Niewrzęda w „Zamęcie” wrzucił swoich czytelników w świat slangu obfitującego w wulgaryzmy i wzajemną niechęć bardzo brutalnie, by zmusić do myślenia, a nie delektowania się sytuacją prostych opisów fizjologii poalkoholowej powszechnej u Masłowskiej. Jest to jedna z bardziej zaskakujących książek jakie czytałam.
  • Nawet jeśli literackie podróże Niewrzędy wydają się czasem niezbyt odległe, to

właśnie dzięki mniejszej skali celnie wyrażają przemiany współczesności.

    • Autor: Sławomir Iwasiów, Reprezentacje Europy w prozie polskiej XXI wieku, PPH Zapol, 2011.
  • Niechaj ci, co obskakują tysiące kont na fejsie, lajkują miliony postów, przedzierają się przez setki maili w pracy i wykonujący dziesiątki telefonów w pustkę, spróbują przebić się przez „Zamęt” Krzysztofa Niewrzędy! Niech będą dzielni i powalczą nieco z jego slangiem, dzikim strumieniem świadomości, z jego fabułą nie o teorii spisków, ale o spisku wszelakich możliwych teorii. Niech przeczytają do końca i zrozumieją, jak i w czym żyją.
  • Niewrzęda jawi się jako romantyczny pesymista, zaś to jak postrzega on i przedstawia relacje społeczne zdaje się to potwierdzać.
    • Autor: Artur Szlosarek, Ślepy świat. O „Wariancie do sprawdzenia” Krzysztofa Niewrzędy w formie niekontrolowanego posłowia, Krzysztof Niewrzęda: „Wariant do sprawdzenia”, FORMA, 2007.
  • Niewrzęda jest jak James Joyce w „Finnegans Wake”, a jako autor może sobie dopisać do nazwiska Jabberwocky.
    • Autor: Dariusz Bitner, Z noty na okładce „Second life”, Krzysztof Niewrzęda: „Second life” (FORMA, 2010)
  • Niewrzęda jest nade wszystko prozaikiem wrażliwym na topografię miast i ich kulturową różnorodność, dodatkowo obdarzonym zmysłem analizowania zależności społecznych. Chciałoby się rzec, że to po prostu pisarz wszechstronny, wielowymiarowy, poszukujący nowych form wyrazu – dlatego lektura jego książek wymaga wysiłku, a interpretacje poszczególnych tekstów mogą czasami wykraczać poza zarysowany wstępnie krąg zainteresowań.
    • Autor: Sławomir Iwasiów, Reprezentacje Europy w prozie polskiej XXI wieku (PPH Zapol, 2011)
  • Niewrzęda jest niespokojnym duchem i szuka niezwykłości świata w najbliższym otoczeniu, w „sąsiedzkich migracjach”, w obserwacji rzeczywistości, z którą styka się na co dzień.
    • Autor: Sławomir Iwasiów, Reprezentacje Europy w prozie polskiej XXI wieku (PPH Zapol, 2011)
  • Niewrzęda jest także poetą, autorem wielu tomów wierszy. Trzyma się jednej zasady: poezja musi być czystą heroiną ze słów. Bierze więc on niemieckie Dichtung (w języku niemieckim to: poetyckie dzieło i … uszczelka) – a więc dosłownie – wiersz musi być sam w sobie ścieśniony aż do bólu; tak, że nie można między słowa włożyć nawet igiełki. W pewnym sensie dotyczy ta hermetyczna metoda pisania też prozy Niewrzędy.
  • Niewrzęda dostrzega rozkład więzi między ludźmi, ich pozorną szczęśliwość, konsumeryzm, rozszerzanie się cywilizacyjnego śmietnika. Nie znajduje żadnej wartości porządkującej rzeczywistość. Rozsypały się mity, wyobrażenia, tęsknoty, które mogłyby nadać istnieniu sensowny i pozytywny kierunek.
  • Niewrzęda ma zdolność komponowania świata literackiego bez przywoływania czasoprzestrzeni własnego bytowania.
  • Niewrzęda mówi o doświadczeniach uniwersalnych, a nie partykularnych, czyli – na przykład – raczej o metafizycznym wygnaniu i wyobcowaniu, niż o społecznej emigracji i alienacji.
    • Autor: Andrzej Skrendo, Próba całości – posłowie w powieści w „Poszukiwanie całości”, Krzysztof Niewrzęda: „Poszukiwanie całości” (Forma, 2009)
  • Niewrzęda, poeta rasowy, wie, że związek z poezją w skrajnych przypadkach kończy się atrofią osobowości, jeszcze częściej rodzi uczucie bezsiły lub zupełnego wyczerpania. Stąd dla bezpieczeństwa i higieny twórczej pracy proponuje utrzymywanie zdrowego, (auto) ironicznego dystansu. Zaleca trzymanie się „tu” i „teraz”, dla ochrony przed popadaniem w fałszywe pozy. Młodsi poeci mogą czytać poniektóre jego wiersze jako swoisty instruktaż, przykład dobrej praktyki.
  • Niewrzęda nawiązuje do uniwersalnych mitów, jakie obowiązują pod każdą szerokością i długością na kuli ziemskiej.
    • Autor: Marian Warecki, Krzysztof Niewrzęda: POSZUKIWANIE CAŁOŚCI, „Suplement” Nr 2/3 2000.
  • Niewrzęda nie rozpamiętuje swojego nieszczęsnego, emigracyjnego losu, nie stara się wzbudzić naszego współczucia. Bez większych emocji opisuje życie na obczyźnie, tylko tyle, że życie na obczyźnie to jednak nie jest życie w Madrycie. Jeżeli zatem w sposób bezceremonialny opisuje swoją sytuację egzystencjalną, to dlatego, że w sposób zdecydowanie bezceremonialny został potraktowany przez życie i świat.
    • Autor: Janusz Drzewucki, NIEWRZĘDA: BEZCEREMONIALNOŚĆ, „Twórczość” Nr 1/2000.
  • Niewrzęda posługuje się poetyką opartą na ironii i graniczącą z satyrą, często posiłkuje się wulgaryzmem, brzydotą. Doceniam lingwistyczny nerw poety, zamiłowanie do tworzenia językowych niespodzianek.
  • Niewrzęda proponuje nam literaturę, która wymyka się wszelkim zróżnicowaniom rodzajowym, czy gatunkowym.
  • Niewrzęda przy całej swojej czułości dla języka, jego niespodzianek i zapadni, wnikliwie opisuje emigrację nie tylko na obcą ziemię, ale i w obcą mowę.
  • Niewrzęda to mocny facet, rzekłbym – o stalowych nerwach, piszący krótką oszczędną frazą.
  • Niewrzęda, uciekając od wielkiej literatury, zwraca uwagę na porzucone niedopałki, wyzbyte wzniosłości śmierci i życiorysy, a także tandetę, która je wypełnia. Jest to jedyna chyba adekwatna poezja w świecie, gdzie złote rybki nie spełniają życzeń.
  • Niewrzęda wie bez wątpliwości, że płacz nad sobą (w życiu i w poezji) bywa nader często śmieszny i zamiast współczucia wywołuje ledwo wzruszenie ramion lub niewypowiedzianą wzgardę.
  • Niewrzęda wszelkie uznane niegdyś nadprzyrodzone zdolności i role przypisywane poezji i sztuce opatruje cudzysłowem ironicznym.
  • Niewrzęda z rzadko spotykaną swobodą zmienia perspektywy narracyjne (zwłaszcza 1 i 3 osoba), formy podawcze (dialog, monolog, opowiadanie, opis), bawi się rytmem i tempem swej opowieści (zwraca uwagę „filmowy” montaż całostek, które składają się na poszczególne rozdziały), żongluje różnymi kategoriami estetycznymi (od tragizmu do groteski), przekracza granice między wierszem a prozą albo po prostu przeplata jedno z drugim.
    • Autor: Andrzej Skrendo, Próba całości – posłowie w powieści w „Poszukiwanie całości”, Krzysztof Niewrzęda: „Poszukiwanie całości” (Forma, 2009)
  • Niewrzędzie patronują – przynajmniej na poziomie formalno-stylistycznym – dwie wielkie postacie naszej rodzimej literatury. Po pierwsze, mistrz ironii i krzywych spojrzeń – Gombrowicz oraz Kapuściński ze swym reportersko-literackim stylem pisania. Chociaż na określenie stylu Niewrzędy, to i tak za mało.
  • O jego twórczości poetyckiej można niezmiennie powiedzieć, że odnosi się do najlepszych wzorców i osobowości literackich w literaturze polskiej. Dość wymienić Herberta czy Różewicza. Niewrzęda jednakże walczy o własne, w pełni autonomiczne wierszowanie, czyli o to, co pozwoli wyodrębnić z magmy poetyckiej jego właśnie jako poetę, na którym mogliby wzorować się inni.
  • Pisarską domenę Krzysztofa Niewrzędy najpewniej zdają się określać takie tworzące sens potencje, które pozostają bezwzględnie uzależnione od warunków dyktowanych im przez tryb przypuszczający – i to nawet w takich przypadkach, kiedy jego proza opowiada najprostsze historie, w porządku gramatycznym nie przekraczające granic oznajmienia. Przy czym – najważniejsze są dla niego raczej kategorie istnienia, niż niebytu.
    • Autor: Artur Szlosarek, Ślepy świat. O „Wariancie do sprawdzenia” Krzysztofa Niewrzędy w formie niekontrolowanego posłowia, Krzysztof Niewrzęda: „Wariant do sprawdzenia”, FORMA, 2007.
  • Szczytem bizarro fiction, na który nikt się już chyba nie wdrapie, jest powieść poetycka „Second life”, którą napisał Niewrzęda, a FORMA wydała w 2010 roku. Przez wielu krytyków literackich została ona wręcz uznana za książkę genialną, która nie ma odpowiednika w polskiej literaturze. Twórczość tego pisarza w zdecydowany sposób wyrasta więc ponad gatunek, o którym tu mówimy.
  • Tak jak twórcy brytyjskiego kina społecznego, Niewrzęda potrafi być konkretny. Nie chodzi o zaangażowanie polityczne, lecz o bystre oko, które dostrzega odbicia neonów w karoserii samochodu i specyfikę picia już nie do lustra, ale do video. Udaje mu się wyczuć pewne głębokie zależności, rozbłyskujące analogie, dziwne, a jednak zupełnie prawdziwe pokrewieństwa.(...) Jego atutami są szczerość i „czystość” w oddawaniu prawdy miasta, ukazywaniu samotności i wykorzenienia.
  • Ten autor żongluje kategoriami estetycznymi, bawi się tempem, inkrustuje prozę wierszami. Tym samym udowadnia, jak zręcznym jest pisarzem, jak wiele potrafi – jednocześnie jednak żaden z tych fragmentów nie sprawia wrażenia pustego warsztatowego popisu, każdy jest funkcjonalny.
    • Autor: Alan Sasinowski
    • Źródło: Bez sentymentów i nostalgii, „Kurier Szczeciński”, 3 listopada 2009.
  • To poeta, który nie cierpi za miliony, traktuje jednakowo bezceremonialnie siebie i otaczającą rzeczywistość używając do tego równie bezceremonialnego języka.
    • Autor: Janusz Drzewucki, NIEWRZĘDA: BEZCEREMONIALNOŚĆ, „Twórczość” Nr 1/2000.
  • W podążaniu Niewrzędy ku tajemnicy odsłania się dzikość bytu, nieodwracalność zdarzeń, ból nieprzygotowanej na odejście w nicość świadomości.
  • Wiersze Krzysztofa Niewrzędy przywołują na myśl niezwykle szydercze, niezapomniane dzieła Witolda Wojtkiewicza, secesyjnego symbolisty.
  • Zmierzam w kierunku stacji Pankow, rozmyślając po drodze o stylu pisarstwa Niewrzędy, który tak trudno zdefiniować, bo z każdą nową publikacją autor zmienia się niczym kameleon. To, co go wyróżnia i pozostaje niezmienne, to niesłychana dbałość o język, ogromna finezja w kreowaniu nowych terminów, melodyka. Choć szuka się podobieństw między nim a Gombrowiczem, czy Kapuścińskim, to Niewrzęda znakomicie zdaje sobie sprawę z własnej oryginalności na tyle, by nie szczędzić trudów na poszukiwanie własnego wizerunku. Jego oryginalność przejawia się także w odwadze demontowania istniejących rodzajów i gatunków literackich, w których mu po prostu za ciasno i tworzeniu nowych, skrojonych na własną miarę. Przesiąknięty na wskroś problemami globalnej cywilizacji i najbliższego mikrokosmosu lepi potem z tego niewiarygodne historie. A tym z kolei nie brak wiarygodności, bo gwarantuje ją ktoś, kto osobiście podróżuje wnikliwie po wielu ludzkich wnętrzach.
    • Autorka: Dorota Hoffmann, Z pięciu minut wielki zamęt, „Wyspa” nr 2/2014.
  • Żeby zrozumieć, co mówią postaci Niewrzędy, trzeba za każdym razem pytać, kto, do kogo, w jaki sposób i w jakiej sytuacji mówi – każdą wypowiedź należy zatem odnosić do warunków jej wypowiedzenia. Innymi słowy, zachodzi pewna odpowiedniość między strukturą narracji a strukturą fabuły, która nie jest – mimo pozorów – podawana w swym chronologicznym rozwoju, lecz raczej w postaci wariantywnej i wielorakiej.
    • Autor: Andrzej Skrendo, Próba całości – posłowie w powieści w „Poszukiwanie całości”, Krzysztof Niewrzęda: „Poszukiwanie całości”, Forma, 2009.