Jarosław Hebel

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Jarosław Hebel (ur. 1974) – polski politolog, publicysta i bloger lewicowo-liberalny.

Chciałbym umrzeć z miłości[edytuj]

  • Gdy jednak jedni są szczęśliwi, to drudzy często chętnie wdepczą cię w błoto, żeby przypadkiem nie powodziło ci się odrobinę lepiej.
  • Chodzili więc po plaży, a później Blanka zaproponowała chodzenie po skałach. Do końca życia zapamięta, jak biegała po skałach w Ustce i jak ślicznie wtedy wyglądała. Podobała mu się też, jak stała zamyślona na falochronie i patrzyła w głębię morza, jakby wypatrywała czegoś ważnego.
  • Gdyby ktoś mnie kiedyś zapytał, na czym polega wartość każdego człowieka, to nie miałbym wątpliwości z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Wiem bowiem, że każdy człowiek ma swoją ludzką godność i jeżeli do końca ją sponiewieramy, to naprawdę w niczym nie będziemy różnili się od zwyczajnych barbarzyńców. Ta godność łączy Europejczyka, rodowitego mieszkańca Afryki, Chińczyka, wyznawcę islamu, Jezusa Chrystusa, geja i heteroseksualistę. Najpierw bowiem jesteśmy ludźmi, a dopiero potem narodami.
  • Jak bumerang, co jakiś czas powraca dyskusja o chęci przywrócenia kary śmierci. Ja zawsze podkreślam, że mam duszę liberała i przyglądam się temu bardzo niechętnie. Kto nam bowiem dał prawo, żeby decydować o życiu innego człowieka? Takie prawo ma tylko Bóg, o ile istnieje…
  • Każdy chciałby usłyszeć, leżąc na łożu śmierci, że był dobrym i wspaniałym człowiekiem. Nie zawsze jednak i pewnie nie w każdym przypadku tak było, więc powstaje kolejny filozoficzny problem, czy rzeczywiście umierającemu człowiekowi powiedzieć prawdę, czy też ten ostatni raz uszanować jego ludzką godność? Wiadomo, że każdy chciałby umrzeć w poczuciu miłości, spełnienia i nadziei, że tam na górze czeka go lepsze życie. To już wiele, gdy umierający schodzi z pocałunkiem ukochanej osoby, która jest z nim w tym ostatnim momencie jego życia, trzymając go za rękę. Może bowiem zabrzmi to zbyt patetycznie, ale jednak zawiera się wielka prawda w twierdzeniu, że wielka siła miłości potrafi nawet zwyciężyć ze śmiercią.
  • Na pewno można by pytać, co tak naprawdę nadaje sens i treść naszemu życiu? Jestem przekonany, że jest to bardzo głębokie pytanie o podłożu filozoficznym i aksjologicznym. Nie zgadzam się jednak, że można zmarnować własne życie przez niezałożenie rodziny. Wcale nie trzeba być egoistą, żeby nie założyć rodziny i prowadzić swoje życie jednak w samotności. Wystarczy być człowiekiem, który posiada wartości i zasady nie z tej epoki, żeby znacznie bardziej kochać otaczający nas świat, niż samemu doznawać od niego miłości.
  • Nie wiem, w jakim stanie będzie moja pamięć za kilkadziesiąt lat. Być może będę miał już pierwsze symptomy choroby Alzheimera, gdy będę takim poczciwym staruszkiem, który lekko już przygarbiony będzie poruszał się o lasce. Wiem jednak, że ludzka pamięć tak naprawdę kształtuje poczucie tożsamości indywidualnie każdego człowieka. Pamiętając, tak naprawdę wiemy, jakie są nasze korzenie i kim jesteśmy w otaczającym nas dookoła świecie.
  • Warszawa jest najpiękniejszym miastem na świecie i nikt mnie nie przekona, że mogłoby być lub jest inaczej… Kocham moje miasto z jego przeraźliwie brudną Wisłą, tysiącami spalin, McDonaldem, Galerią Centrum, PeKiNem, smacznym tureckim kebabem z baraniny, najwspanialszym chyba w tym mieście Teatrem Powszechnym, bardzo uroczą Starówką i moją ukochaną Skarpą, z której widać nadwiślańską panoramę miasta. Kocham to moje miasto nad Wisłą, bo jest moje, tak po prostu… i ja to naprawdę czuję… W nim się urodziłem, wychowałem i teraz żyję jako dorosły już facet. Wierzę, że tutaj właśnie spełni się mój wielki sen o pięknej miłości.
  • Wcale nie uważam, że jestem gorszy od tych wszystkich nawiedzonych katolików, którzy kilka razy dziennie klepią po kątach pacierze i chętnie oddaliby ostatni grosz księdzu proboszczowi. Bardziej bowiem szanuję ludzi z natury dobrych, niż pełnych zawiści frustratów, którzy klepią w kościele pacierze, ale na ulicy obdarliby bliźniego żywcem ze skóry. Nie odpowiada mi chyba też taki nieco już folklorystyczny charakter polskiego katolicyzmu. Jestem przekonany, że polski katolicyzm nie ma nic wspólnego z prawdziwą i głęboką wiarą, często wynikając z przekazywanych z pokolenia na pokolenie bardzo powierzchownych rytuałów religijnych. Wiele osób chodzi więc do Kościoła i odprawia te powierzchowne rytuały dla tzw. świętego spokoju, żeby tylko nie mówili o nich źle na przykład ich sąsiedzi.
  • Wiem, że jestem człowiekiem bardzo zasadniczym, który posiada swoje wartości i chyba nie pasuję do tej epoki, w której żyję. Znacznie lepiej czułbym się w czasach pokolenia Kolumbów, w których żyli na przykład bohaterowie telewizyjnego serialu Czas honoru. Wtedy często ludzie żyli znacznie krócej, ale pełniej i bardziej głębiej kochali oraz cenili okazywane im uczucie miłości.
  • Widzę więc siebie, jak siedzę w niebie w cieniu drzewka przed Sądem Ostatecznym z piwem „Heineken” i słucham zmyślonych i prawdziwych opowieści Marka Hłaski. Widzę jak twardo, ale i romantycznie opowiada o Esther, w której potwornie zakochał się w Izraelu. W oczach ma wypisaną tęsknotę za krajem i wcale nie chce mówić o Soni Ziemann, która w końcu przez pewien okres nawet była jego żoną. O czym jednak ja mógłbym mu opowiedzieć? Na pewno opowiedziałbym mu o B., jako o wielkiej i niespełnionej miłości. Z pewnością bym mu powiedział, że gdyby ktokolwiek ją znał i miał choćby cień nadziei, to warto na taką dziewczynę czekać nawet do końca życia, a później nawet i w niebie. W innym przypadku można je sobie zmarnować, gdyż życie bez niej ma taką wartość, jak wyrzucona w błoto największa świętość.

Jeszcze będzie pięknie[edytuj]

  • Chciałbym kiedyś pogadać z Kamilem (Kurantem), który skręcił w ulicę Foksal, zanosząc się typowym dla gruźlików suchym kaszlem. Przejeżdżający obok dorożkarz lekko odwrócił się i porozumiewawczo uśmiechnął do siedzącej z tyłu niezbyt młodej już kobiety, mocno siekając batem konia. Jadąca w dorożce panna Leopard pogardliwie spojrzała na niego, gdy zdjął z głowy kapelusz i przez lekkie skinienie głowy oddał jej należny honor jako damie, którą nie była… On zaś był coraz bardziej rozgorączkowany i gdyby nie spadały z nieba lodowate wręcz płatki śniegu, dawno by już spłonął i odszedł na wieki. Gdy myślę o Kamilu, zawsze zadaję pytanie, jak należy żyć, żeby nasze życie było coś warte i żeby nie trzeba było go żałować? Jakich dokonywać w nim wyborów i w oparciu o jakie wartości? A zresztą… czy jesteśmy w stanie przewidzieć wszystko, co zgotuje nam los?
  • – Co ja mam z tobą zrobić? – zapytał.
    – Kochaj mnie… – uśmiechnęła się do niego.
  • Czasami zastanawiam się nad tym, w jakich okolicznościach umrę i pożegnam się z tym światem. Przyjmijmy jednak wersję najbardziej łagodną, że umrę we śnie. Nie wiem, jaki będzie mój ostatni sen i co lub kogo będę w nim widział. Nie wiem, za czym będę tęsknił, o czym będę marzył i czy umrę z pocałunkiem ukochanej kobiety. Nie wiem, czy wygram, czy jednak przegram moje życie i umrę w wielkim bólu, niespełnieniu i tęsknocie za wzajemnym ludzkim ciepłem, które można określać bardzo różnymi przymiotnikami.
  • Jakim byłbym człowiekiem, gdybym żył w Warszawie w okresie okupacji hitlerowskiej i Powstania Warszawskiego (1944)? Nie jest przecież tajemnicą, że człowieka, jego wartości i wrażliwość w jakiejś mierze kształtują doznane przeżycia. Ktoś kiedyś powiedział, że wtedy ludzie żyli krótko, ale jakby pełniej chwytali to, co w życiu jest najważniejsze. Jeżeli już kochali, to nie tak byle jak, ale tak głęboko, aż do krwi i bólu kości. Czy dzisiaj można jeszcze znaleźć dla siebie kawałek takiego wspaniałego świata? Czy dzisiaj ktoś tak jeszcze umie kochać, żeby z powodu nieszczęśliwej miłości palnąć sobie w knajpie prosto w łeb przy Tej ostatniej niedzieli Fogga?
  • – No tak, stary… ty rzeczywiście jesteś pechowy i nie masz szczęścia do kobiet! – powiedział nachlany już Sebastian.
    Siedzieli wtedy po drugiej nad ranem w jednym z klubów go-go i wpatrywali się w taneczny występ urodziwej Mariki, która kusiła swoim pięknym półazjatyckim ciałem.
    – A ta ostatnia, jak ona, kur… miała na imię?
    – Natalia – odpowiedział.
    – No i… kurwa, co z nią?!
    – Okazała się kurwą, która szukała frajera, co by pomógł spłacać jej długi – odpowiedział z szyderczym uśmiechem.
    – A jak nazwiesz… te… tutaj… które świecą dupami za kasę w tańcu na rurce?
    – Uczciwymi kobietami! – uniósł się w kierunku Sebastiana i szeroko uśmiechnął, jakby chciał je wszystkie zabić tym swoim uśmiechem.
  • Wiele bym dał, żeby żyć w latach dwudziestych i trzydziestych minionego stulecia. Idąc w sobotnie popołudnie Nowym Światem w Warszawie, widziałbym zupełnie inny, taki chyba bardziej zaczarowany świat. Mijałyby mnie dorożki, przedwojenne samochody, babinka stojąca na ulicy sprzedawałaby kwiaty Piotrkowi Dołowemu, który spieszyłby na randkę ze swoją ukochaną Zosią z Jutro idziemy do kina. Przechodząc obok „Bliklego”, mijałbym Dołęgę-Mostowicza, który gnałby od wydawcy prosto przed siebie na skręcenie karku, mając pomysł na napisanie kolejnej niezwykle poczytnej i równie dochodowej powieści. Późnym wieczorem z „Ziemiańskiej” wychodziłby zaś pijany Wieniawa-Długoszowski, na całe gardło krzycząc: „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń!”.
  • Żyjemy w tak dziwnym kraju, w którym nazwanie kogoś liberałem uważane jest za najgorszą obelgę. Czasami przychodzi jednak taki czas w życiu, kiedy należy określić i zdefiniować swój własny światopogląd. Nie można jednak tego zrobić, jeżeli wcześniej nie określi się najważniejszych dla siebie wartości. Gdybym sam miał wskazać wartości, które w znaczącym stopniu (czytaj: w przeważającym) wpłynęły na ukształtowanie mojego światopoglądu, to poruszając się na największym poziomie ogólności, na pewno zaliczyłbym do nich wolność i godność. Uważam się więc za lewicowego liberała, dla którego granicę w przestrzeni jego wolności wyznacza naruszenie godności osoby ludzkiej.

Oni już nie wierzą…[edytuj]

  • – A gdzie ty żeś poznał swoją piętnastoletnią Asię? – zapytał Pablo.
    – Przez net, oczywiście – odpowiedział Baran.
    – Internet to jest taki burdel, w którym każdy z każdym pierdoli się na lewo i prawo – musiał to powiedzieć Koper.
    – Pierwszy raz nie skłamałeś – Baran powiedział do Kopra, który czuł się dumny, że udało mu się powiedzieć coś mądrego.
  • Ból pod wpływem alkoholu wydaje się być pieszczotą, za którą tęskni każdy nieszczęśnik sponiewierany przez życie.
  • Często złudzenia, które stają się dobrymi pragnieniami, mają nieporównywalnie większą wartość niż życie pozbawione wartości.
  • Gdy jednak człowiek ma dwadzieścia lat, jeszcze cały czas wierzy, że w życiu może być pięknie. Dopiero później bezlitosne życie obedrze go z jego dobrych snów i pięknych marzeń, nie pozostawiając nawet złudzeń.
  • Gdy oglądam w telewizji wiadomości i widzę gęby polityków (od lewicy do prawicy!), to od razu zmieniam kanał. Rzygać mi się chce na naszych polityków, których jedyną umiejętnością jest robienie ludziom „wody z mózgu” i wyborców „nabijanie w butelkę”.
  • Nacjonalizm to g....! Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ślepe i bezkrytyczne wywyższanie własnego narodu, a przy tym lżenie innych ludzi z powodu na różnice narodowościowe, rasowe, religijne czy odmienne preferencje seksualne jest niedopuszczalne we współczesnym świecie. Po przerażających doświadczeniach Holocaustu, gdy już wiemy, w jak okrutny sposób byli mordowani ludzie w komorach gazowych w Auschwitz, nikt o zdrowych zmysłach nie powinien w demokratycznym państwie wspierać i popierać skrajnie nacjonalistycznej prawicy. Wyznawanie i propagowanie nacjonalistycznej ideologii, której trzonem jest nienawiść do mitycznego wroga (Żyda, geja, liberała, lewicowego demokraty, czarnoskórego imigranta), powinno być zakazane i surowo karane, jeżeli nie chcemy, żeby w Auschwitz za jedno lub dwa pokolenia znowu zaczęły dymić kominy.
  • Nigdy jednak nikogo nie znamy do końca, dopóki nie przekonamy się o jego zachowaniu w sytuacji ekstremalnej.
  • Od dawna nie chodzę już do kościoła, ale chyba jeszcze wierzę w Boga, tylko nie wiem, w którego… katolickiego, islamskiego czy buddyjskiego?
  • Padał deszcz i na zewnątrz panowała potworna szaruga, która też musiała niekorzystnie odciskać się w naszej podświadomości. Wyglądało na to, że Bóg, który wszystkich widzi z góry, bardzo pogniewał się na nas. Koper twierdził jednak inaczej:
    – Zobaczcie – odezwał się – nawet Bóg był z nami na imprezie, pochlał, teraz ma kaca i nie ma siły zmotywować słońca, żeby zechciało świecić. Wszystko się zjebało – stwierdził.
  • – Skoro już nie ma takich kobiet jak Oleńka Billewiczówna, to wszystkie kobiety w mniejszym lub większym stopniu są dziwkami – wyznałem.
  • Widzę siebie, jak patrzę zakochanym wzrokiem w oczy ślicznej panny z dobrego domu i nagle nadlatują hitlerowskie bombowce, które zaczynają zrzucać tony świszczących bomb. Gdy ludzie wpadają w przeraźliwą panikę, już pali się Zamek Królewski. Z radia włączonego w knajpie słychać przemówienie prezydenta Starzyńskiego, który wzywa do heroicznej obrony mojego ukochanego miasta.
    – Karolino, musimy uciekać! – krzyczę do panny, z którą umówiłem się w kawiarni na lody malinowe.
    – Ale gdzie…? – pyta zdezorientowana dziewczyna.
  • – Wciąż to samo… – przebąkiwał naćpany już Baran, który leżał półmartwy na brzegu Wisły. – Pierdolona wzniosłość… miłość… patrzenie sobie w oczy, czułe słówka, trzymanie za rączkę, a i tak zawsze okazuje się na końcu, że chodzi o kasę.
    – Świat składa się z samych dziwek i ich klientów. Do nas należy wybór, czy wpisujemy się w ten scenariusz pod osłoną fałszywej miłości, czy jednak w pełnej uczciwości z otaczającym nas światem korzystamy z życia – walnął Koper.
  • – Wiecie, jaka jest różnica między imprezą a libacją? – zapytał nas Baran. – Że na imprezie jest alkohol i są panienki chętne na seks, a na libacji sami kolesie, którzy spotykają się po to, żeby sobie pochlać – wytłumaczył nam.
  • Wychodząc z tej knajpy, Diabeł ciągnął jeszcze Krakersa na dziwki. Stali przed knajpą w mroźną grudniową noc i wzajemnie poklepywali się po ramieniu, wylewając swoje wszystkie żale, jakie mieli do otaczającego ich życia. Diabeł kilka razy spawiował po wyjściu z knajpy, co zostało zauważone przez parę wracających z wieczornego spaceru staruszków.
    – Patrz, kochanie, taki młody, a już… – powiedział starszy mężczyzna do żony.
    – Właśnie dlatego, że jestem młody – odpowiedział mu Diabeł, pomiędzy wydalaniem z siebie kolejnej sekwencji wymiocin. – Jak będę stary, to będę pierdolił młodym za uszami, tak jak ty to robisz… ch... stary! – jeszcze dodał.

Piórem o książkach. Zbiór recenzji z miesięcznika „Dziś” M.F. Rakowskiego[edytuj]

  • Hrabal doszukiwał się szczególnej bliskości z Franzem Kafką, który był dla niego jednym z ważniejszych pisarzy. Obydwaj zresztą większą część życia spędzili w Pradze, skończyli prawo, pracowali w ubezpieczeniach, a nawet łączyły ich podobne niepowodzenia miłosne we wczesnej młodości. Jak pisze Kaczorowski, to właśnie pod wpływem Kafki twórczość Hrabala zaczęła nabierać cech środkowoeuropejskiej tożsamości czeskiej kultury. Sam Hrabal zaś był jej niekwestionowanym wyrazicielem.
  • Jan Paweł II nie lęka się, że wraz z przystąpieniem do Unii Europejskiej, słowo „patriotyzm” przestanie być dla wielu Polaków tym pięknym pojęciem, które zostało wpisane w chlubną polską tradycję niepodległościową. Jak piszą autorzy, nie widzi na pewno miejsca dla nacjonalizmu i wyraźnie przestrzega przed jego zgubnymi i na ogół bolesnymi skutkami. Warto bowiem dokonać rozróżnienia, że patriotyzm jest postawą i uczuciem, podczas gdy nacjonalizm nierzadko posiada ostry wymiar światopoglądowy.
  • Nie mam wątpliwości, że Lwów i Kraków mogą i na pewno powinny stać się poważnymi ośrodkami kulturowymi i turystycznymi europejskiej Galicji. W obrębie wspólnego kulturowo-historycznego regionu działania tych miast – co postuluje Riabczuk – mogą nabrać nowej dynamiki i przenieść się w etnicznokulturowy i geopolityczny wymiar. Dzięki geograficznej i kulturowej bliskości Polski i Ukrainy, Lwów może bowiem stać się pewnego rodzaju „lokomotywą”, ciągnącą resztę Ukrainy w kierunku Zachodu i Unii Europejskiej.
  • To, co na pewno łączy twórczość Jerofiejewa (Wieniedikta), to często ostry i wulgarny język, mistrzowskie wręcz przedrzeźnianie znajdującego się w oparach absurdu radzieckiego porządku politycznego, a także alkoholizowanie się ponad miarę. Pisarz upatrywał bowiem w alkoholu ucieczki, ale ta ucieczka w konsekwencji na ogół okazywała się potworną złudą, istniejącą we śnie niebezpieczną fantasmagorią.

Wszyscy byli odwróceni[edytuj]

  • Czasami zastanawiam się nad tym, czy jest to możliwe, żeby istniało kilka równoległych do siebie światów? Sam nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie, więc trzeba by pytać mądrych ludzi. Wiem jednak, że chętnie przeniósłbym się do czasów XIX-wiecznej Warszawy, w której żyli bohaterowie najpiękniejszych i najbardziej wzruszających powieści. Sam na pewno mógłbym wtedy być spiskowcem, bojownikiem o niepodległość w szeregach PPS. Całkiem możliwe, że byłbym wtedy romantycznie zakochany w jakiejś pannie z dobrego domu, z którą spacerowałbym w niedzielne popołudnia po Krakowskim Przedmieściu przy melodii Fal Dunaju i przesiadywał z nią w cukierni u „Bliklego”.
  • Gdy myślę o idealnym wizerunku współczesnej kobiety, widzę ją jako piękną, mądrą i szlachetną istotę. Nie ukrywam jednak, że w tworzeniu jej wizerunku często odwołuję się do romantycznej powieści z XIX wieku. Chciałbym jednak też widzieć współczesną kobietę przez pryzmat obrazu panny Brynickiej z Wiernej rzeki, a w najgorszym przypadku pragnąłbym, żeby miała w sobie coś z wizerunku Marii Jolanty Wilczur. Być może w jakimś stopniu jestem romantycznym idealistą, ale nie jestem aż tak naiwnym człowiekiem, żeby mieć jeszcze jakiekolwiek złudzenia.
  • Gdy wychodzę z pobliskiej knajpy, stoję późnym wieczorem na Placu Bankowym i pada śnieg, to czuję się tak, jakbym był Wokulskim. Mam wrażenie, stojąc w śnieżny wieczór przed pałacem prezydenta m. st. Warszawy, jakbym był panem Stachem, który stał w śnieżycy przed pałacem arcyksięcia. Nie wszedł jednak na bal i nie zobaczył Łęckiej, którą kochał. Stojąc jednak przed tym pałacem, znalazł się w momencie kluczowym swojego życia, wystawiając sobie słony rachunek z miłosnego zaangażowania. Czy miałoby to jednak znaczyć, że nie warto kochać?
  • Nie wiem, kim tak naprawdę jestem pod względem wyznawanych przeze mnie wartości. Nie ufam politykom, ale pod względem światopoglądowym na pewno jest mi najbliżej do liberalnej lewicy, chociaż czasami lubię popadać sobie nawet w intelektualny anarchizm. Gdy widzę naszych polityków, od razu przypomina mi się utwór wykonywany przez Guernicę y Luno Skurwysyny z rządu. Z rozmarzeniem jednak patrzę na poziom kultury, gdy oglądam na TVP 2 mój ulubiony serial Czas honoru, który był obecny jeszcze w pokoleniu Kolumbów. Przede wszystkim jestem jednak człowiekiem z krwi i kości, który posiada jakieś zalety, ale nie jest też pozbawiony bardzo wielu wad. Od dawna nie chodzę już do Kościoła, ale bardzo lubię słuchać mądrych ludzi Kościoła, do których zaliczam abp. Józefa Życińskiego czy ks. Adama Bonieckiego z „Tygodnika Powszechnego”. Lubię bywać w teatrze i upajać się wspaniałymi spektaklami, z których wydobywam intelektualną głębię i jestem oczarowany ich artystyczną wielkością.

Żal[edytuj]

  • Mieszkam w bloku wybudowanym w czasach Gierka, chociaż w przerażająco szybkim tempie zmienia się pejzaż mojego osiedla. W jego okolicy powstają coraz nowsze i coraz bardziej okazałe budowle. Dzisiaj można by sobie zadawać pytanie, jak w tamtych czasach można było żyć bez trzech aptek w pobliżu, stacji benzynowej czy najlepszej na świecie piekarni? To jednak prawda, że ludzie potrafili żyć bez telefonów komórkowych i Internetu. Może dzięki temu więcej czytali, a na pewno częściej przebywali we własnym towarzystwie, a nie na "czatach" czy innych wirtualnych komunikatorach. Jeżeli się zakochiwali, to w prawdziwym człowieku, nigdy zaś w literkach piszącego w wirtualnej przestrzeni czy w minkach przesyłanych pismem obrazkowym. Pili też ze sobą - zawsze i wszędzie , i na potęgę... aby Polska nie zginęła! Nikt wtedy nie myślał, że kiedyś będzie można pić samotnie przed monitorem komputera, prowadząc rozmowę z "Niunią", "Barbie", "Nikitą", "Jamesem" lub z jakimś innym gościem, który ukrywa się pod jeszcze głupszym i bardziej beznadziejnym nickiem. W tamtych czasach nikt tego jeszcze nie wiedział... chociaż... co bardziej wrażliwi mogli przeczuwać, że ewolucja człowieka na polu kultury zmierza w kierunku bagna i zupełnej degrengolady.
  • Czasami przecież bywa tak, że emocje muszą przejść w stan refleksji, żebyśmy zaczęli mądrzej spoglądać na otaczający nas świat.
  • Już dawno wszystko diabli wzięli... zanim przyszliśmy na ten świat, na którym żyjemy. Już w trakcie narodzin człowieka Bóg zabiera mu z jego przestrzeni życiowej miłość oraz sprawiedliwość i myśli sobie: "Teraz męcz się człowieku na tej ziemi, jęcz, użalaj się nad sobą do swoich ostatnich dni. Pamiętaj jednak, że chuj mnie to obchodzi i tak mnie nie wzruszysz, zanim nie staniesz przed Sądem Ostatecznym.
  • Nic nie jest warte takie życie, gdy obok faceta nie ma jego kobiety, która w pewnym sensie jest dla niego życiowym azymutem. Zresztą każdy facet ma uciechę z tego, gdy jego kobieta, będąc obok niego, uśmiecha się, trzymając w swoich małych dłoniach otrzymaną od niego kiść bzu. Spowija go ogromne szczęście, gdy może przytulić się do jej słodkich policzków i gdy jego usta zetkną się z jej ustami, żeby mocno do siebie przywrzeć w namiętnym i głębokim pocałunku, w którym ich języki z dwóch połówek zaczynają tworzyć jednego człowieka.

Inne[edytuj]

  • Marek Hłasko (1934–1969) już za swojego życia był dość szczelnie okryty wielką legendą, do czego na pewno przyczynił się prowadzony przez niego styl życia. Nie można zaprzeczyć, że był obdarzony wielkim literackim talentem. Okrzyknięto go „polskim Jamesem Deanem” i sam pozował na twardego faceta, takiego „buntownika bez powodu”. Można by nawet odnieść wrażenie, że z wielkim uporem próbował upodobnić się do bohaterów swoich powieści i opowiadań. Leżąc ze złamaną nogą w gipsie, przeczytałem kolejny raz ponownie wydaną powieść Marka Hłaski Następny do raju (Agora S.A., Warszawa 2011). Uważam Marka za mojego „brata duchowego” i zawsze z wielką przyjemnością zagłębiam się w lekturę jego tekstów, chociaż od tej jego powieści wolę Pierwszy krok w chmurach, Pętlę, Sowę, córkę piekarza czy Pięknych dwudziestoletnich.
    • Źródło: „Nowa Gazeta Literacka” nr 4, Warszawa, maj-czerwiec 2012, ISSN 20802811.
    • Zobacz też: Marek Hłasko, James Dean