Przejdź do zawartości

Franz Kafka

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Franz Kafka (1923)

Franz Kafka (1883–1924) – austriacki pisarz.

Dzienniki[edytuj]

Karne zadanie (1910–1923)[edytuj]

  • Często człowiek, jeśli patrzy uważnie, poznaje siebie już po twarzy lokaja u drzwi.
  • Mieć uczucie, że się jest spętanym, a równocześnie inne uczucie, że po uwolnieniu z pęt byłoby jeszcze gorzej.
  • Najczęściej ten, którego się szuka, mieszka tuż obok.
  • Nigdy nie udało nam się rozstrzygnąć, czy są oni [paryżanie] uszczęśliwieni, kiedy robimy błędy we francuskim, czy też po prostu uważają, że błędy te są interesujące i warto ich posłuchać.
    • Źródło: wpis z września 1911, cyt. za: Stephen Clarke, 1000 lat wkurzania Francuzów, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012, s. 448, tłum. Stanisław Kroszczyński.
  • Osamotnienie niesie tylko kary.
  • Wszystko jawi mi się jako konstrukcja.

Proces[edytuj]

(tłum. Bruno Schulz, wyd. Club International del Libro S.A., Madryt 1999)

  • Jeżeli namaluję tu jednego przy drugim wszystkich sędziów i pan będzie się przed tym płótnem bronił, więcej pan wskóra przed nim niż przed prawdziwym sądem.
    • Źródło: s. 156–157.
  • Z kłamstwa robi się istotę porządku świata.
    • Źródło: s. 232.

List do ojca[edytuj]

(niem. Brief an den Vater; tłum. Janusz Sukiennicki)

  • Byłem lękliwym dzieckiem, mimo to bywałem z pewnością również krnąbrny, jak inni w mym wieku; z pewnością matka tez mnie rozpieszczała, ale nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do wychowania; nie mogę uwierzyć, że przyjaznym słowem, łagodnym ujęciem za rękę, dobrym spojrzeniem nie udałoby się skłonić mnie do zrobienia wszystkiego, czego by chciano.
  • Potrafisz tylko tak traktować dziecko, jak Ciebie traktowano: energicznie, hałaśliwie i porywczo, i w tym przypadku wydaje Ci się to nawet bardzo stosowne, ponieważ zamierzałeś wychować mnie na silnego, dziarskiego i odważnego młodzieńca.
  • Pewnego razu w nocy bez ustanku marudziłem o trochę wody, zapewne nie z pragnienia, ale prawdopodobnie po to, aby Cię nieco poirytować, po części zaś, aby się zabawić. Gdy nie pomogły surowe napomnienia, zabrałeś mnie z łóżka, zaniosłeś na długi, drewniany balkon i na chwilę zostawiłeś samego, w koszuli, pod zamkniętymi drzwiami. Nie chcę powiedzieć, że to było niewłaściwe, może wtedy naprawdę nie można było w inny sposób uzyskać spokoju w nocy, chcę jednak przez to scharakteryzować Twoje metody wychowawcze i ich oddziaływanie na mnie. Potem byłem już chyba posłuszny, ale pozostał mi z tego wewnętrzny uraz. Nigdy nie potrafiłem doszukać się właściwego związku pomiędzy tym zrozumiałym dla mnie, bezsensownym proszeniem o wodę, a niezwykłą ohydą wyniesienia mnie na balkon. Jeszcze po latach cierpiałem z powodu dręczącego wyobrażenia, że ogromny mężczyzna, mój Ojciec, najwyższa instancja, mógł przyjść i prawie bez powodu wynieść mnie w nocy z łóżka na balkon, i że ja tak zupełnie nic nie znaczyłem dla niego.
  • Ponieważ jako dziecko spotykałem się z Tobą głownie przy jedzeniu, Twoja nauka była po większej części nauką właściwego zachowywania się przy stole. To, co podawano na stół, musiało zostać zjedzone, jakości jedzenia nie wolno było krytykować – Ty zaś często znajdowałeś jedzenie niesmacznym, nazywałeś je „żarciem”; to „bydlę” (kucharka) zepsuło wszystko. Ponieważ odpowiednio do Twojego potężnego głodu i szczególnego zamiłowania jadłeś wszystko szybko, gorące i wielkimi kawałami, dziecko musiało się spieszyć, przy stole panowała ponura cisza przerywana upomnieniami: „najpierw zjedz, potem mów” albo „szybciej, szybciej, szybciej”, albo „widzisz, ja już dawno zjadłem”. Nie wolno było ogryzać kości, Tobie tak. Nie wolno było chłeptać octu, Tobie tak. Rzeczą najważniejszą było to, aby chleb był równo pokrojony, ale że robiłeś to nożem ociekającym od sosu, to było nieważne. Należało uważać, aby żadna okruszynka nie upadła na podłogę, a w końcu pod Tobą leżało ich najwięcej. Przy stole wolno było być zajętym tylko jedzeniem, ale Ty czyściłeś i obcinałeś sobie paznokcie, temperowałeś ołówki, wykałaczką przetykałeś uszy. Ojcze, proszę, zrozum mnie właściwie, same w sobie były to całkowicie nic nie znaczące drobnostki, przytłaczające stawały się dla mnie dopiero dlatego, że Ty, człowiek będący dla mnie wielkim wzorem, Ty sam nie trzymałeś się tych nakazów, które na mnie nakładałeś.
  • Na szczęście bywały również wyjątki, wtedy najczęściej, gdy cierpiałeś milcząc, a miłość i dobro pokonywały i obejmowały wszystko swoją siłą. Rzadko, co prawda, tak bywało, ale to było cudowne. Na przykład, gdy widywałem Cię niegdyś w sklepie, latem w skwarne popołudnie, zmęczonego i nieco sennego, z łokciami na ladzie; albo gdy w niedzielę wymęczony przyjeżdżałeś do nas na letnisko; albo gdy podczas ciężkiej choroby mamy dygocąc od płaczu uchwyciłeś się półki z książkami; albo podczas mojej ostatniej choroby cicho zaszedłeś do mnie do pokoju Ottli, zatrzymałeś się na progu, wetknąłeś tylko głowę, aby mnie zobaczyć w łóżku, i dla formy jedynie pozdrowiłeś ręką. W takich chwilach człowiek kładł się i płakał ze szczęścia, i płacze, kiedy to pisze.
  • To prawda, że matka była dla mnie bezgranicznie dobra, lecz wszystko pozostawało dla mnie w relacji do Ciebie, a więc nie była to dobra proporcja. Matka nieświadomie spełniała rolę naganiacza w polowaniu. Kiedy Twoje wychowanie w jakimś nieprawdopodobnym przypadku przez upór, niechęć lub nawet nienawiść stawiało mnie na własnych nogach, to matka odkręcała wszystko na nowo swoją dobrocią, rozsądnymi mowami i namowami (w zamęcie dzieciństwa była wzorem rozsądku), prośbami, i na powrót byłem wpędzany w Twoje sidła, z których może zresztą byłbym się i wyłamał z korzyścią dla mnie i dla Ciebie. Albo bywało tak, że nie dochodziło do żadnego istotnego pojednania i że matka chroniła mnie przed Tobą tylko w tajemnicy, coś mi po kryjomu dawała, na coś mi pozwalała, a potem byłem wobec Ciebie na nowo płochliwą istotą, kłamcą, winowajcą świadomym swej winy, który z powodu swej nicości musiał dochodzić krętą drogą nawet do tego, co uważał za swe prawo. Oczywiście, przyzwyczaiłem się potem szukać na tych drogach tego, do czego nie miałem prawa, nawet w moim przekonaniu. Znów zwiększało się poczucie winy.
  • Prawdą również jest, że rzeczywiście ani razu mnie nie uderzyłeś. Ale wrzask, Twoja czerwona twarz, pośpieszne odpinanie szelek i to, że wisiały gotowe na oparciu krzesła – było chyba dla mnie bardziej przykre. Jakby ktoś miał być powieszony. Gdyby go powieszono naprawdę, umarłby i na tym koniec. Jeżeli jednak najpierw musi przeżyć wszystkie przygotowania do egzekucji, a dopiero gdy mu stryczek zwisa przed twarzą, ma dowiedzieć się o ułaskawieniu, to może się przez całe życie z tego nie uleczyć. Poza tym z wielu takich przypadków, gdy według Twej jasno wyrażonej opinii zasłużyłem na lanie, z Twej łaski nie dostawałem go jednak jeszcze tym razem, zebrało się nowe wielkie poczucie winy. Ze wszech stron ciągle zaciągałem u Ciebie długi.
  • Następnym jawnym wynikiem tego całego wychowania było to, że uciekałem przed wszystkim, co tylko z dala przypominało Ciebie. Najpierw sklep. Sam w sobie, szczególnie w latach dzieciństwa, dopóki był to sklepik na bocznej uliczce, musiał mnie chyba bardzo cieszyć, taki był ożywiony i wieczorami oświetlony, tyle tam się widziało i słyszało, tu i ówdzie można było coś pomóc, zasłużyć się, ale przede wszystkim podziwiało się Ciebie i Twój nadzwyczajny talent kupiecki, jak sprzedawałeś, obsługiwałeś ludzi, dowcipkowałeś, byłeś niezmordowany, w przypadku wątpliwości natychmiast znajdowałeś rozstrzygnięcie, i tak dalej; jeszcze jak pakowałeś towar lub rozwiązywałeś paczkę, to też było nie lada przedstawieniem godnym obejrzenia, a wszystko razem nie najgorszą szkołą dla dzieci. Ale ponieważ stopniowo coraz bardziej napełniałeś mnie przerażeniem, a sklep i Ty zlewaliście się w jedno, sklep też przestał być dla mnie przyjemny.
  • Gdybym chciał przed Tobą uciec, to musiałbym uciec przed rodziną, nawet przed matką. Wprawdzie można było u niej zawsze znaleźć schronienie, ale jednakże tylko w związku z Tobą. Zbyt Cię kochała i za bardzo była Ci oddana, żeby w walce dziecka mogła stanowić samodzielną siłę duchową. Zresztą był to niezawodny instynkt dziecka, ponieważ latami matka coraz ściślej była z Tobą związana; podczas gdy w tym, co jej samej dotyczyło, zawsze broniła swej samodzielności w sposób elegancki i delikatny, nigdy przy tym zbytnio Ciebie nie urażając, to jednocześnie z biegiem lat coraz bardziej, raczej sercem niż rozumem, przejmowała Twoje sądy i wyroki względem dzieci, zwłaszcza w trudnym skądinąd przypadku Ottli. Niewątpliwie należy wciąż pamiętać, jak bardzo męczące i krańcowo konfliktowe było matczyne stanowisko w rodzinie. Tyrała w sklepie, w gospodarstwie, podwójnie cierpiała z powodu wszelkich chorób rodziny, ale ukoronowaniem wszystkiego było to, co wycierpiała zajmując polubowne stanowisko między Tobą a nami. Byłeś dla niej zawsze kochający i uważający, ale w tym względzie równie mało ją oszczędzałeś, jak my ją oszczędzaliśmy. Bez oglądania się na cokolwiek, uderzaliśmy w nią, Ty ze swojej strony, a my ze swojej. Było to parowanie ciosu, nie myślało się przecież nic złego, myślało się tylko o walce, którą Ty toczyłeś z nami, a my z Tobą, i odgrywaliśmy się na matce. Nie był to również dobry przykład wychowywania dzieci, gdy Ty – naturalnie, bez jakiejkolwiek Twojej winy – zadręczałeś ją z naszego powodu. Uzasadniało to nawet pozornie nasze, nie do usprawiedliwienia zresztą, zachowanie wobec niej. Ile ona wycierpiała od nas z Twego powodu, a od Ciebie z naszego powodu, całkiem nie licząc tych przypadków, gdy miałeś rację, ponieważ matka nas wypaczała, nawet jeśli samo „wypaczenie” mogło być niekiedy tylko cichą, nieświadomą demonstracją przeciw Twemu systemowi. Naturalnie, matka nie mogłaby znieść tego, gdyby nie czerpała siły do znoszenia wszystkiego z miłości do nas i ze szczęścia tej miłości.
  • Dla Ciebie sprawa była zawsze bardzo prosta, wtedy przynajmniej, kiedy rozmawiałeś o tym ze mną, a także, bez wyboru – z kim popadło. W Twoich oczach wyglądało to mniej więcej tak: całe swoje życie ciężko pracowałeś, poświęciłeś wszystko dzieciom, zwłaszcza mnie, i dlatego mogłem wieść żywot „huczny i buńczuczny”, miałem całkowitą swobodę w uczeniu się, nie troszczyłem się o wikt, zupełnie nie miałem powodów do trosk. Nie wymagałeś za to żadnej wdzięczności – Ty znasz „wdzięczność dzieci” – ale choćby jakiegoś zrozumienia, oznaki współczucia; zamiast tego od dawna zamykałem się w mym pokoju, uciekałem w świat książek, w szalone przyjaźnie, w ekscentryczne pomysły; otwarcie nigdy z Tobą nie rozmawiałem, nigdy nie przychodziłem do Ciebie do templu, nie odwiedzałem Cię nigdy we Franciszkowych Łaźniach, poza tym również nigdy nie miałem poczucia więzi rodzinnej, nie troszczyłem się o sklep i o Twoje interesy, pozostawiłem Tobie fabrykę, a potem Cię opuściłem, wspierałem Ottlę w jej uporze i podczas, gdy dla Ciebie nie kiwnąłem nawet palcem (ani razu nie przyniosłem Ci biletu do teatru), to dla przyjaciół robiłem wszystko.

Listy do Mileny[edytuj]

  • Miłością jest, że ty jesteś tym nożem, którym ja grzebię w sobie.
  • Jestem zmęczony, nie wiem nic i chciałbym tylko złożyć mą twarz na Twoich kolanach, czuć Twoją rękę na mojej głowie i trwać tak przez całą wieczność.
  • Czemu nie jestem na przykład szczęśliwą szafą w Twoim pokoju, szafą, która patrzy na Ciebie całą, kiedy siedzisz w fotelu czy przy biurku, albo gdy kładziesz się i śpisz.
  • Kiedy myślę o Tobie, zawsze tak samo jasno wyobrażam sobie, że leżysz w łóżku mniej więcej tak, jak leżałaś w Gmünd wieczorem na łące (tam gdzie opowiadałem Ci o moim przyjacielu, a Ty nie bardzo słuchałaś). I to nie jest bynajmniej dręczące wyobrażenie, tylko właściwie to coś najlepszego, o czym mogę teraz myśleć, że leżysz w łóżku, a ja Cię trochę pielęgnuję, przychodzę, kładę Ci rękę na czole, zatapiam się w Twoich oczach, gdy spoglądam na Ciebie, czuję Twój wzrok na sobie, gdy chodzę w kółko po pokoju, i wciąż z dumą, której poskromić wprost nie sposób, wiem, że żyję dla Ciebie, że mi to wolno, i dlatego zaczynam Ci dziękować, że raz, kiedyś, przystanęłaś przy mnie i podałaś mi rękę.
  • Albo świat jest tak maleńki, albo my tak olbrzymi, w każdym razie wypełniamy go całkowicie.
  • Całe życie opierałem się pragnieniu, aby je zakończyć.

Inne[edytuj]

  • Cała wiedza, suma wszystkich pytań i wszystkich odpowiedzi zawarta jest w psie.
  • Chrystus – to przepaść pełna światła… ten, kto w nią spojrzy, musi się w nią rzucić.
  • Człowiek nie może żyć bez nieustannej ufności w coś niezniszczalnego.
  • Człowiek przychodzi na ten świat z krwawiącą raną.
  • Ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w swoim łóżku, i ile nieszczęsnych snów się nią ogrzewa.
  • Istnieje cel, ale nie ma drogi: to, co nazywamy drogą, jest wahaniem.
  • Istnieją dwa grzechy główne, z których wywodzą się wszystkie inne: niecierpliwość i opieszałość. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju, przez opieszałość nie powracają tam.
  • Jedną z najbardziej skutecznych pokus zła jest wezwanie do walki.
  • Jedynie uciekając od świata, można się nim cieszyć.
  • Jeśli się raz wchłonęło zło, to ono już nie żąda, by mu wierzono.
  • Kat ma zawsze złą reputację.
  • Kłamie się możliwie mało, kiedy się kłamie możliwie mało, a nie kiedy ma się ku temu niewiele okazji.
  • Łaknienie śmierci jest pierwszą oznaką nadchodzącego zrozumienia.
    • Źródło: Aforyzmy z Zurau, opracowanie Roberto Calasso, Kraków 2007, s. 25.
    • Zobacz też: śmierć
  • Najwyższej koncentracji obcy jest wysiłek.
    • Źródło: Leksykon złotych myśli, wyboru dokonał Krzysztof Nowak, Warszawa 1998.
    • Zobacz też: wysiłek
  • Ofiary istnieją, bo istnieją kaci.
    • Źródło: Leksykon złotych myśli, op. cit.
  • Okazja do malutkiej rozpaczy.
  • Pewnym nie można być nawet starych znajomych.
  • Psy myśliwskie jeszcze igrają na dziedzińcu, ale zwierzyna im nie ujdzie, choć teraz tak szybko pędzi już przez lasy.
  • Różnica pomiędzy siłą narodu a jednostki jest tak ogromna, że wystarczy, by naród z bliska ogarnął ulubieńca swym ciepłem, co będzie dla niego dostateczną ochroną.
  • Słuszna droga idzie po linie, która nie jest rozpięta wysoko, ale tuż nad ziemią. Ludzie, zdaje się, więcej się o nią potykają, niż po niej chodzą.
  • Spałem, budziłem się, spałem, budziłem się, nędzne życie.
  • Świat jest zły i jeszcze mu się to ułatwia.
  • Twórczość jest zawsze tylko ekspedycją w kierunku prawdy.
  • Tylko nasze pojęcie czasu pozwala nam mówić o sądzie ostatecznym. W gruncie rzeczy jest to sąd doraźny.
  • W walce pomiędzy tobą a światem sekunduj światu.
  • Został na nas nałożony jedynie obowiązek negacji; to, co pozytywne, zostało nam już dane.
  • Zrozumieć szczęście, to jakby zrozumieć, że grunt, na którym stoisz, nie może być szerszy od dwóch stóp, które go pokrywają.
    • Das Glück begreifen, daß der Boden, auf dem Du stehst, nicht größer sein kann, als die zwei Füße ihn bedecken. (niem.)
    • Źródło: Betrachtungen über Sünde, Leid, Hoffnung und den wahren Weg (1917–19)
    • Zobacz też: szczęście
  • Zwierzenia byłyby najbardziej prawdziwe, gdyby się je potem odwoływało.

O Franzu Kafce[edytuj]

  • „Godot” nie powstał ani w „oparach egzystencjonalizmu” ani pod wpływem Kafki, jak utrzymują chętnie jego warszawscy recenzenci. Nie cała literatura pesymistyczna wywodzi się od Heideggera i Sartre'a, nie wszystkie sytuacje beznadziejne i absurdalne są pokrewne przygodom Józefa K., bohatera Procesu i Zamku, dwóch powieści gdzie Kafka wypowiedział się najpełniej, a które naznaczyły trwale piśmiennictwo europejskie lat ostatnich. „Kafkizm” był w powietrzu: Maurice Blanchot, zaliczający się do najciekawszych pisarzy francuskich, napisał przed dwudziestu laty jadną z najbardziej „Kafkowskich” powieści, jakie istnieją w literaturze, nie znając Kafki. Przykładów takich znalazłoby się więcej.