Przejdź do zawartości

Zofia Rysiówna

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Zofia Rysiówna (1977)

Zofia Rysiówna (1920–1996) – polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna.

  • Akcja, za którą byłam bezpośrednio odpowiedzialna i o którą byłam oskarżona miała związek z uprowadzeniem więźnia, który znajdował się w szpitalu. Podciął sobie żyły, by uniknąć przesłuchań. Był to kurier, szedł przez granicę w Szczawnicy i miał iść dalej na Węgry, ale wpadł z dokumentami, z filmem.
  • Czasem, patrząc na krematorium, myślałyśmy, że może coś innego tam jest, jakiś zakład, w którym coś się robi, coś się pali. Tak człowiek się broni, nie dowierza złu, myśli sobie, że może to jest nieprawda.
  • Grałam w Krakowie bardzo dużo. Pięć głównych ról tylko w pierwszym sezonie. Oprócz Balladyny, Schmidtową w Zamachu Dygata i Brezy, Marię Odrowąż w Portrecie Wirskiego, Gabby Maple w Skamieniałym lesie Sherwooda, zdjętym po pierwszym przedstawieniu, Helenę Kriwcową w Mieszczanach Gorkiego. Graliśmy wieczór za wieczorem, nie było przecież wolnych poniedziałków, graliśmy w soboty i niedziele i to dwa razy.
    • Źródło: „Teatr” 1996, nr 5
  • Mamo, wracam!.
  • Nie mam tajemnicy. Funkcjonuję wówczas jak człowiek, który rozwiązuje własne problemy. Zaczynam uczyć się roli i tekst staje się moją własnością. Życie postaci scenicznej zaczyna być moim życiem w pewnym sensie. Nieraz zdarza się tak, że życie koresponduje z wypadkami, które zapisane są w utworze dramatycznym. Wtedy ma się oczywiście – na ten temat – większą wrażliwość własną. Nie – wyobrażoną, lecz przeżytą.
    • Opis: o pracy nad rolami.
    • Źródło: „Teatr” 1996, nr 5
  • Pamiętam, kiedy pierwszy raz zapłonął ogień w krematorium. Niemcy postawili ten budynek w 1943 r. Widziałyśmy jak z komina bucha ten ogień. Patrzyłyśmy na to, dochodził do nas ten zapach, a jednak nie wierzyłyśmy w to, że giną tam ludzie.
  • Pamiętam takie okresy w obozie, kiedy mieliśmy śmiertelność bardzo wysoką. Codziennie rano przed bloki wyrzucano kilkadziesiąt zwłok i na drzwiach od klozetu wynosiło się te zwłoki, za baraki, za szpital.
  • Reżyser Władysław Woźnik życzył sobie, żeby główną rolę grała nie jakaś pełna czaru przedwojenna diwa, a zwyczajna dziewczyna. Więc jak mnie zobaczył z tymi moimi dwoma czarnymi warkoczami, to się mu spodobałam.
  • Role w takim repertuarze [tzw. klasycznym] są niezmierne trudne. Musi się spotkać w nich warsztat z jakąś biologią, chemią organizmu. Inaczej nie ma nic.
    • Źródło: „Teatr” 1996, nr 5
  • Zabrzmi to śmiesznie, ale ja w ogóle nie wiedziałam, że jestem w konspiracji. Przysięgę złożyłam mojemu bratu i nie wypytywałam go o żadne szczegóły, a on też mi się nie zwierzał z tego, co robi. Wszystko polegało na pewnych moich domysłach. Mój brat wychodził ze słusznego założenia, że jak ktoś nie wie, to nigdy tego nie powie.
  • Zetknęło nas umiłowanie poezji. Zosia była nad wyraz wrażliwą membraną. Jej uczucia, wrażenia, lęk i pewność wielkiego nieszczęścia nad nami wiszącego znajdował wyraz w jej wierszach. Dla mnie były czymś niezmiernie istotnym i ważnym. Uczyłam się ich na pamięć.
  • Został mi na ten temat taki jakiś cień. Profesor Jan Karski ten nigdy sam z siebie się do nas nie odezwał, nie nawiązał żadnego kontaktu. Władze Nowego Sącza zapraszały pana profesora, żeby się zjawił u nas i powiedział nam kilka dobrych słów. Nie udało się. Ja sama zresztą napisałam do niego list z prośbą, żeby wtedy, kiedy odbiera swoje doktoraty i liczne zaszczyty, zaprosił kogoś z nas na taką uroczystość. Otrzymałam takie zaproszenie i spotkałam się z profesorem, ale nie mieliśmy ani przez chwilę autentycznej szczerości. Coś stanęło między nami.

O Zofii Rysiównie

[edytuj]
  • Ale Rysiówna pokazała w tym przedstawieniu także pewną umiejętność najzupełniej w aktorstwie naszym wyjątkową: umiejętność ukazania takiego charakteru ludzkiego, który nie potrzebuje żadnej motywacji zewnętrznej: wystarcza sam sobie, bo jest namiętnością. Właśnie dlatego Agrypina Zofii Rysiówny jest postacią prawdziwie klasyczną i tragiczną, postacią wprawdzie z wyobraźni poetyckiej Racine’a, lecz z rzeczywistości naszej, ludzkiej, nieszczęśliwej.
  • Miała kwiat, chyba czerwony, chyba różę. Była poruszona, mówiła bez przerwy. Niech no ta świnia przyjdzie, już ja tej świni wygarnę. 50 lat! Przez 50 lat się nie odezwał! Nawet kartki na imieniny, nic! A ja go z więzienia wyciągnęłam! – mówiła o Karskim. Przyszedł. Wstaliśmy. Witał się ze wszystkimi, z Rysiówną. Przytrzymała jego rękę. – Poznajesz mnie? Przyglądał się, nie poznawał. – Więzienie, szpital, zakonnica. – Ach tak – zrozumiał. Wpatrywał się w jej twarz. – Ładna byłaś – powiedział. – Taka byłaś ładna… – Ty też się trochę zmieniłeś – powiedziała Rysiówna. – Nie odzywałem się, bo wiedziałem, że nie wolno mi wiedzieć. Jak nie wolno, to nie wiem, nie pamiętam. – Jasne! Nikt cię z tego nie zwolnił. – Właśnie! – ucieszył się, że zrozumiała i poszedł dalej.
  • Moja fascynacja Rysiówną zaczęła się od pojedynków słownych. Myślę zresztą, że ona zwróciła na mnie uwagę, bo poza wszystkim byłem jedynym mężczyzną, z którym miała trudności z wygrywaniem tych pojedynków. Zawdzięczam jej bardzo wiele. Choćby to, że nauczyła mnie słuchać rozmówcy i artykułować precyzyjnie swoje myśli. Niemal przez cały czas naszego związku stale mnie strofowała, mówiła: „bełkoczesz”. Ja nigdy się nie obrażałem, tylko intensywniej pracowałem nad sobą.
  • Nade wszystko była w interpretacji Rysiówny poezja Słowackiego, której tyle złego potrafił wyrządzić już teatr polski. Ani deklamacja, ani konwersacja z partnerem, lecz właśnie ów ton szczególny, który musi odnaleźć teatr i aktor, aby przenieść przez rampę wiersz Słowackiego. Rysiówna odnalazła ten ton dla Słowackiego i dla swojej roli. Dała wielką lamentację, którą przyrównać można tylko do słynnej lamentacji Monique Chaumette w sztuce Eliota Mord w katedrze. Fascynowała sobą i fascynowała poezją; jej śpiewność nie była tylko muzyką, nie zacierała znaczeń, lecz je wydobywała. Dla swojej dykcji znalazła Rysiówna gest poetycki, zwolniony, podporządkowany słowu, a nie działaniu i przez to antynaturalistyczny. Znalazła też maskę tragiczną, nie ilustrująca przeżyć, lecz zaznaczającą ich napięcie. Była piękna nie dlatego, że taką chciała się wydawać, lecz dlatego, że potrafiła stać się medium dla poezji Słowackiego.

Zobacz też

[edytuj]