Opium w rosole

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Małgorzata Musierowicz

Opium w rosole – piąta część Jeżycjady autorstwa Małgorzaty Musierowicz, powstała w roku 1986. Cytaty za wyd. Akapit Press, Poznań 2000.

Wypowiedzi postaci[edytuj]

Profesor Dmuchawiec[edytuj]

Information icon.svg  Poniżej znajdują się wybrane cytaty, więcej znajdziesz w osobnym haśle Profesor Dmuchawiec.
  • Do ludzi trzeba wyciągać rękę. Trzeba. Możemy się nie doczekać odzewu. Ale jeśli nie wyciągniemy ręki, to odzewu nie doczekamy się z całą pewnością.
    • Źródło: s. 106
  • Nie można podobać się wszystkim, trudno. A przecież chciałoby się…
    • Źródło: s. 184

Aurelia Jedwabińska vel Genowefa[edytuj]

Information icon.svg  Poniżej znajdują się wybrane cytaty, więcej znajdziesz w osobnym haśle Aurelia Jedwabińska.
  • A sama skoczyła jeszcze po…(…) Ojejusiu, o mało się nie wygadałam, że skoczyła po kwiaty!!!
    • Źródło: s. 95
  • Ja się nie znam jeszcze na zegarku (…). Ale chyba już jest ta pora obiadowa, bo mi się chce jeść obiad.
    • Źródło: s. 95

Ewa Jedwabińska[edytuj]

  • Bunt i ucieczka są zawsze rezultatami wzmożonej presji. Nie można narzucać dziecku niczego siłą, przez przymus. Bo choćby pani robiła to dla dobra dziecka – takie łamanie osobowości, taka przemoc musi wywołać bunt i odrzucenie posłuszeństwa.
  • Człowiek nigdy nie powinien być traktowany instrumentalnie. W wychowaniu także. Dziecko ma też godność (…) i to trzeba umieć uszanować, tak jak jego swoisty charakter, upodobania i osobliwości.
    • Źródło: s. 120
  • (…) człowiek (…), który jest autorytetem, jest nim sposób naturalny i wcale nie musi starać się o to. Każdy go szanuje.
  • Stosunek do rodziców jest niezwykle ważnym elementem struktury psychicznej człowieka (…).
    • Źródło: s. 90
    • Zobacz też: rodzice

Janina Krechowicz (Kreska)[edytuj]

Information icon.svg  Poniżej znajdują się wybrane cytaty, więcej znajdziesz w osobnym haśle Janina Krechowicz.
  • (…) może zbyt często lubimy wszytko zwalać na jakąś, no, siłę wyższą, która nam uniemożliwia to czy owo… podczas gdy wiele rzeczy, a już na pewno to, jacy jesteśmy, zależy głównie od nas samych.
    • Źródło: s. 115
  • Nikt nie ma prawa do nienawiści.
    • Źródło: s. 149

Jacek Lelujka[edytuj]

  • Chandry stąd się właśnie biorą, że człowiekowi brak tlenu i witamin.
    • Źródło: s. 175
    • Zobacz też: chandra
  • Ewcia Sopel.
    • Opis: przezwisko Ewy Jedwabińskiej, aluzja do jej chłodnego stylu bycia.
    • Źródło: s. 115
  • Takie mam zamiary, że nigdy jej nie opuszczę (…), że zawsze będę przy niej, a jak mnie odpędzi – to będę w okolicy, w zasięgu głosu, żeby zawsze mogła zawołać mnie na pomoc.
    • Opis: w myślach o Kresce.
    • Źródło: s. 152

Piotr Ogorzałka[edytuj]

  • Czaszka rzecz nieważna. Jak wiadomo, wszystko i tak zależy od zawartości…
    • Źródło: s. 74
  • Płeć żeńską (…) można podzielić z grubsza na: baby, babsztyle, babusy, babki, kobietki, kobieciątka oraz chłopczyce. Najmniej w tym gronie jest kobiet (…) Kobiet – bo Kobieta – to brzmi dumnie.
    • Źródło: s. 166
  • Strzeż się kobiet, które cię chwalą (…). Kobiety (…) myślą, że nie ma na mężczyznę lepszego sposobu niż pochlebstwa. Co gorsza, wydaje mi się, że mają rację. Dlatego na twoim miejscu ceniłbym sobie słowa zdrowej krytyki, bo te przynajmniej dowodzą szczerości.

Gabriela Pyziak (z d. Borejko)[edytuj]

Information icon.svg  Poniżej znajdują się wybrane cytaty, więcej znajdziesz w osobnym haśle Gabriela Borejko.
  • Każdy jest doświadczony przez życie. (…) Ale to nie może automatycznie oznaczać pesymizmu.
    • Źródło: s. 215
    • Zobacz też: pesymizm
  • To, co dają za darmo, na ogół nic nie jest warte.

Inne postacie[edytuj]

  • Dziecko zdrowe i szczęśliwe zawsze ma apetyt.
    • Postać: Marta Lewandowska
    • Źródło: s. 205
  • Z bliska widać najgorzej. Czasem trzeba oddalenia, żeby kogoś zobaczyć naprawdę. A czasem własne nieszczęście zasłania widok na bliskiego człowieka.

Dialogi[edytuj]

  • – A! Jedwabińska. No, a gdzież twoje warkocze?
    – Obcięłam je. Dawno. Nie wypada… w pracy.
    • Opis: Ewa odwiedza profesora Dmuchawca.
    • Źródło: s. 102
  • – Ale… Janka! Co ty… przestań się wygłupiać!
    – Ja się wcale nie wygłupiam (…). Ja tylko nie chcę takiego (…) tombaku.
    Odwróciła się nagle i wpadła do swojej bramy, jakby ją kto gonił.
    Ale Maciek ani myślał ją gonić. Stał w miejscu, serce mu mocno biło, a w głowie kołatało się jedno zasadnicze pytanie: co to znowu jest tombak, do cholery?!
    • Źródło: s. 161
    • Zobacz też: tombak
  • – Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?…
    – Zwykły chudy rosołek.
    – Może… jakaś specjalna przyprawa?…
    Pani Borejko roześmiała się.
    – Może. Przyprawa pana Ogorzałki. Zresztą potem i Gabrysia, moja córka, przyprawiała, i ja. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią smakuje, nawet suche ziemniaki.
    – Maggi? – dopytywała się Ewa całkiem już natarczywie, po czym zreflektowała się i pokryła zmieszanie suchym śmieszkiem. – Albo może jakiś narkotyk?
    – Może to i narkotyk: trochę serca – śmiała się pani Borejko.
    • Źródło: s. 221
  • – Być może ma za mało dyscypliny…
    – O, nie – żywo zaprzeczyła pani Lelujkowa. – Dyscypliną to dostawał dość często, aż mi go było żal. Mąż mu dawał lanie za każdą dwóję…
    • Opis: Ewa Jedwabińska rozmawiała z matką Jacka o jego niestosownym zachowaniu.
    • Źródło: s. 119
    • Zobacz też: dyscyplina
  • – Chciałbym, żebyś była moją dziewczyną – wypowiedział Maciek w formie luźnej propozycji.
    Kreska odzyskała oddech mniej więcej po pięciu sekundach.
    – Wydaje mi się, że już masz swoją dziewczynę (…).
    – Z Matyldą koniec! – zakrzyknął Maciej. – Okazało się, że jest nikczemna! (…)
    – I od razu ujrzałeś mnie w innym świetle.
    – Janka, ty chyba źle to rozumiesz. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
    – Ma.
    – Nie ma!… Zwyczajnie, podobasz mi się. Lubię cię.
    Kreska zatrzymała się przed swoją bramą.
    – Ja też cię lubię (…). I szanuję cię (…). I dlatego postaram się zaraz zapomnieć o twoim nietakcie.
    – Nietakcie!… Słuchaj, no co ty… co ty mówisz?! Ja ci przecież tylko proponuję…
    – … Falsyfikat – wpadła mu Kreska w słowo.
    • Źródło: s. 160
  • – Co się martwisz, ja ciągle kaszlę – beztrosko rzuciła Genowefa. – To samo przejdzie.
    – To przejdzie w zapalenie płuc (…).
    • Źródło: s. 62
  • – (…) czy tobie też czasem wszystko się wydaje małe, brudne i brzydkie? (…)
    – Bywa, że tak (…). Ale nie, jednak nie wszystko, nie. Zawsze jednak pozostaje parę spraw wielkich, czystych i pięknych. I te nie podlegają żadnym zmianom. Są wieczne.
    • Źródło: s. 82
  • – Kryzys jak licho, wcale nie trzeba się stroić. O, patrz, tamta dziewczyna przyszła do opery w dżinsach i w golfie.
    – Tamta dziewczyna nie ma krzty wyczucia – oznajmiła Kreska z mocą. – Równie dobrze mogła przyjść w szlafroku, bo jest kryzys, albo przywlec kozę na sznurku.
  • – Dziewczyny się będę słuchał, też!…
    – Czasami można, a wręcz należy – lakonicznie odparł Piotr (…).
  • – Ja zawsze robię to, na co mam ochotę.
    – Ho, ho. Naprawdę?
    – Yhy. A co, ty nie robisz?
    Nie. Przecież nie podłożyłam Matyldzie nogi, prawda? – mruknęła Kreska. – ładnie by doprawdy ten świat wyglądał, gdyby wszyscy robili to, na co mają ochotę.
    – Tak – zgodziła się Genowefa. – Też myślę, że ładnie.
    • Opis: w operze Genowefa dotknęła głowy dyrygenta.
    • Źródło: s. 46
  • – Jak ty to robisz, że nie jesteś smutna?
    – Opowiadam sobie dowcipy – odrzekła Gabrysia (…).
    – Ty sobie dałaś radę ze wszystkim. Żadne nieszczęście cię nie złamie. (…) Jak można być radosnym na tym strasznym świecie?
    – Nie „można”, a „trzeba” – mruknęła Gabrysia (…). – Nikomu nic nie przyjdzie z tego, że ja się rozkleję.
    • Źródło: s. 56, 57
  • – Jakim cudem? – spytał profesor. – Jakim cudem umiesz czuć się szczęśliwa? Po tym wszystkim, po tej klęsce.
    Nic nie wiem o żadnej klęsce – oświadczyła Gabrysia (…). – Niczego w tym rodzaju nie przyjęłam do wiadomości. Ja tylko zapłaciłam swój rachunek za doświadczenie – i już je nabyłam. Już je mam. Jestem mądrzejsza. I silniejsza. Przecież sam pan nas uczył, że życie bez cierpienia jest jak jedzenie bez soli…
  • – (…) jestem tylko człowiekiem doświadczonym przez życie i dlatego – pesymistą.
    – Każdy jest doświadczony przez życie. Ja również – oświadczyła Gabriela. – Ale to nie może automatycznie oznaczać pesymizmu (…). Pesymizm jest (…) słabością ludzi małodusznych.
    • Źródło: s. 215
  • – Ma okropny charakter!
    – Lepszy okropny niż żaden (…).
  • – Masz dzieci?
    – Jedno. Aurelię (…).
    – Aha – rzekł profesor. – Aurelia. Jak się zdrabnia to imię?
    Ewa spojrzała na niego ze zdziwieniem.
    – Wcale się nie zdrabnia.
    – To pewnie ją nazywasz Pyzą albo Ciapusiem?
    – Proszę?! Nie, skąd.
    – To… zaraz… to jak się do niej zwracasz?
    – No, po prostu: Aurelio (…).
  • – Matylda…de La Mole…
    – Skąd – spojrzała ona ze zdziwieniem. – Stągiewka.
    – Proszę? (…) Nie, nie… ja… Stendhal…
    – Stągiewka – powtórzyła Matylda z naciskiem.
    • Źródło: s. 42
    • Zobacz też: Stendhal
  • – Nie ma ich w domu…(…)
    – E, to jeszcze nie tragedia – pan Ogorzałka potarmosił małą za ucho. – Nie płacz. Nie ma ich, ale przecież przyjdą – tu uśmiechnął się do małej krzepiąco (…).
    – Też tak myślę (…). Dobrze, więc pójdę na obiadek do ciebie.
    – Proszę? – wyrwało się zaskoczonemu Piotrowi.
    – Dziękuję – z godnością odrzekła dziewczynka i podniosła na niego wilgotne, lśniące oczy w kolorze jeżyn.
    • Źródło: s. 66, 67
  • – No, to dobranoc pani i dziękuję.
    – Nie ma za co – powiedziała przymilnie pani Lisiecka. – Nie ma za co.
    Przez krótką, pełną irytacji chwilę Ewa gotowa była przyznać jej rację.
    • Źródło: s. 178
  • – Piotr pisze kronikę.
    – Historię – sprostował starszy Ogorzałka. – Zrozumiałem któregoś dnia, że to, co przeżywamy dziś, już jutro stanie się części historii. Pamięć jest zawodna. Po latach ten mój zeszyt będzie bezcenny. Wszystko tu mam. Każdy dzień. Każdą zbrodnię. Każde kłamstwo.
    – Myślisz, że tylko z tego tworzy się historia? – obruszyła się Gabrysia (…).
    – Na ogół (…).
    – Ejże, a bohaterstwo? A idee? A…
    – Tak, tak, idee, te wszystkie piękne idee, które nieodmiennie nikczemnieją…
    • Źródło: s. 164
  • – Powiem wierszyk! – oznajmiła nagle, zdejmując botki i włażąc na krzesło.
    Odkaszlnęła leciutko, by skierować na siebie uwagę zebranych, złożyła wiotkie rączki wyuczonym ruchem, przybrała sztuczną minkę i sztucznym blaszanym głosikiem wyrecytowała, patrząc głęboko w oczy pana Lewandowskiego:
    – Stary jesteś, śmierć cię czeka.
    Garbarz po twą skórę pośle.
    Już niedługo twego życia.
    Mój ty stary, biedny ośle. (…)
    – Do diabła, zapomniałam, jak to dalej leci.
    – Całe szczęście – burknął Sławek. – Nie wiadomo, do czego by doszło.
    • Źródło: s. 14, 15
    • Zobacz też: wierszyk
  • – (…) świat zawsze był taki sam – pełen miłości i nienawiści zarazem, dobra i zła, kłamstwa i prawdy. To że nas przypadkiem zło dotyka, nie znaczy wcale, że jesteśmy szczególnie pokrzywdzeni. Trzeba to przyjąć jak jeszcze jedną próbę, którą nam los zadał – i spokojnie robić swoje.
    – Co niby? – spytała z rezygnacją Kreska. – Co w ogóle można robić w takich beznadziejnych czasach, z tak niepewną przyszłością w perspektywie?
    – Boże, no to samo, co w każdych innych: myśleć. Wybierać. Walczyć, Doskonalić się. Kochać…
  • – Światem rządzi kłamstwo, nienawiść i chciwość – skondensował się Piotr.
    – Coś takiego odkrywa się na ogół w wieku pokwitania! – wrzasnęła Gabriela (…).
  • – (…) tatuś nie jest pijusem. Jest tym…
    no, zapomniałam.
    – Narkomanem! – podsunął Sławek.
    – Nie. Na „i”.
    – Inwalidą? (…)
    – Inspektorem! (…)
    – Inkasentem!
    – Nieee… podobnie, ale nie tak…
    – Kasjerem!
    – Nie… takie długie słowo…(…) O, już wiem! – powiedziała z ulgą Genowefa. – Inte… lektualistą.
  • – To miejsce musi być wolne, wiesz? – wyjaśniła [Gabriela] (…). – Czekamy na kogoś.
    – Aha, on zaraz przyjdzie, tak? – domyślnie spytała Genowefa (…).
    – To jest Pyzunią? – chciała wiedzieć Genowefa, zaglądając do wózka.
    – Tak (…).
    – A kto jest jej tatusiem? – spytała Genowefa siorbiąc (…).
    Znów nie utrafiła z pytaniem. (…)
    – Tatą jest pewien człowiek niegodny tego miana – oświadczyła wreszcie pani Gabriela (…) – Obecnie znajduje się on w Australii (…), bo tam można zarobić dolary na samochód. A tu nie można.
    – Nic nie rozumiem – oświadczyła Genowefa (…). – To na niego czeka ten talerz? – pytała wytrwale. Znów cisza.
    – O, nie – powiedziała zajadle pani Gabrysia. – Nie na niego. Janusz Pyziak zresztą i tak tu nie wróci.
    Siwa pani usadziła dziecko na swoich kolanach i spojrzała na Genowefę błękitnymi oczami, które teraz były całkiem smutne.
    – Talerz czeka na mojego męża – wyjaśniła równym głosem. – Na ojca tych tu czterech panien.
    – On też jest na końcu świata? – spytała Genowefa z właściwym sobie taktem.
    – A, nie. Nie. On jest w Polsce. Jak zawsze – odparła siwa pani tak cicho, że ledwie ją było słychać.
    • Opis: ze względu na cenzurę (książka powstała w 1983 roku) autorka nie mogła wprost napisać, że Ignacy Borejko został internowany.
    • Źródło: 51, 52
    • Zobacz też: Pyzunia
  • – Zauważyłaś, że do niej [nienawiści] zmuszać się wcale nie trzeba? (…) Czy to by znaczyło, że nienawidzić jest łatwiej niż kochać i wybaczać?
    – No, jasne. Zło jest łatwiejsze.
    • Opis: rozmowa Jacka i Kreski.
    • Źródło: s. 149, 150
  • – Zostań, Eugeniuszu, bardzo cię proszę – z naciskiem powie działa Ewa. – Zostań w domu i czekaj na moje dziecko.
    – O, nie, chwileczkę – zaoponował pan Jedwabiński. – Idę z tobą. Ostatecznie, to także i moje dziecko.
    – Jakoś rzadko o tym pamiętasz! – wybuchnęła Ewa. – Zazwyczaj całkiem cię ona nie obchodzi! Biedna mała! Traktujesz ja jak zabawkę, jak… jak tresowaną małpkę! Potrzebna ci jest tylko po to, żeby deklamowała wierszyki, kiedy przyjdzie twój dyrektor!
    – A tobie nie jest potrzebna wcale! Nawet do wierszyków! – wrzasnął rozżalony małżonek. – Obcym ją oddajesz, bo ci przeszkadza! Całymi dniami nie ma jej w domu! Co to za dom zresztą! To nie dom, tylko wystawa mebli! Nic dziwnego, że dziecko wolało uciec! Ja też co dzień uciekam!
    • Źródło: s. 202, 203

Cytaty z narracji[edytuj]

  • Cała ona, ta pani Jedwabińska, była taka odprasowana i sztywna. Zdawało się, że porusza się, mówi i oddycha z trudem, skrępowana ciasnym szklanym pudełkiem, które ogranicza każdy jej bardziej swobodny gest.
    Dystans między nią a resztą świata był wprost nie do przebycia.
    Brak zaufania do niej – absolutnie nie do przełamania.
    • Opis: charakterystyka Ewy Jedwabińskiej.
    • Źródło: s. 87
  • Jak dotąd, nie udało mu się znaleźć klucza do jej upodobań. Podobał się Matyldzie zazwyczaj wtedy, kiedy robił to tylko, co mu kazała. Ale na to Maciek – młody, romantyczny idealista – jeszcze nie wpadł.
    • Źródło: s. 76
  • (…) jednoznaczne odpowiedzi są zazwyczaj o wiele mniej frapujące niż wieloznaczne milczenie, poparte nieznacznym uśmiechem i dwuznacznym spojrzeniem z ukosa. To tak jak z pomarańczami: pół pomarańczy smakuje o wiele lepiej niż cała pomarańcza, nie mówiąc już o dwóch.
  • Jeżeli by kto kiedykolwiek uważał, że jest sam na świecie – to dałby tym niewątpliwy dowód braku wyobraźni.
    Nikt z nas nie jest sam.
    Ludzie oddziałują na siebie nawzajem, jakby byli połączeni kręgami tajemniczej energii – a przez każdego z nas przechodzi przynajmniej kilka takich kręgów.
    Dzięki temu wszystko, co czynimy, każde nasze uzewnętrznione uczucie, a może i myśli – nawet te, którym nie dajemy wyrazu – zyskują nieskończony rezonans.
    Każdy z nas, nawet nieświadomie, wpływa na innych i staje się ogniwem łańcucha myśli, uczuć, reakcji i wydarzeń mogących zogromnieć wręcz do procesów historycznych.
    Tak więc nigdy nie wiesz, czy fakt, żeś dziś rano zachował się podle wobec kolegi (…), nie sprawi, iż w południe następnego dnia kto inny dostanie zawału, za tydzień dojdzie do poważnej scysji rodzinnej w miejscowości położonej na drugim krańcu Polski, a po roku jakiś mąż stanu wyda złą decyzję, mogącą zaważyć nawet na losach świata.
    Bodźce negatywne bowiem wykazują zdumiewającą żywotność, przypominając w tym wirusy gronkowca złocistego. Jednym złym czynem prowokujemy zło w innych ludziach, a ono – raz wyzwolone – mnoży się już bez końca.
    Całe szczęście, że z dobrem jest tak samo.
    Dobry czyn, dobre słowo czy myśl powodują pozytywną reakcję w coraz to nowych osobach i mogą przenosić swój ładunek dalej i dalej – rosnąć w postępie geometrycznym i pomnażać zasób Dobra we Wszechświecie.
    Wystarczy to sobie uprzytomnić, by poczuć ciężar tej odpowiedzialności.
    Bo przecież naprawdę nikt z nas nie jest sam.
  • Każdy chyba uczynił choć raz w życiu coś, czego się wstydzi i z powodu czego miewa wyrzuty sumienia. (…) wyrzuty te mogą stanowić męczarnię dla duszy lub też być słabym zaledwie świerzbieniem na powierzchni pamięci; zależy to od kalibru owego uczynku, od tego – czy miało miejsce grube świństwo, czy też zaledwie potknięcie towarzyskie. Zależy także od kalibru, stylu i klasy człowieka. Jeden skręca się ze wstydu przez długie lata, bo zdarzyło mu się plotkować o osobie, której obecności nie był świadomy. Kto inny (…) skrzywdzi lub poniży bliźniego, oszuka go, pobije lub zabije – i nie będzie miał z tego powodu żadnych niepokojów, prócz może jednego, czy się jednak na nim ktoś kiedyś nie zemści. Różnie bywa. (…) przykłady można by mnożyć. Wniosek z nich jednak zawsze ten sam: mało kto może sobie powiedzieć „jestem w porządku”.
    • Źródło: s. 29
    • Zobacz też: sumienie
  • Lekarze twierdzą podobno, że stan ducha zwany zakochaniem przypomina pewne formy obłędu. Jeżeli tak im się kojarzy stan zakochania z wzajemnością, to cóż powiedzieliby o miłości nieszczęśliwej, zawiedzionej i odepchniętej, pozbawionej nawet ociupinki nadziei?
    Nic człowieka nie cieszy. Nic. Każda myśl, od czego by nie wyszła, maniacko nawrócić musi do tego samego wciąż obiektu i tematu. Tragiczna, doprawdy, mania. Człowiek nią owładnięty godzien jest naprawdę głębokiego współczucia, tym głębszego, im mniej ma szans na uzyskanie jedynego potrzebnego mu lekarstwa, to jest – wzajemności.
    Idzie się, na przykład, ulicą i nagle gest przypadkowego przechodnia albo brzmienie czyjegoś głosu nawodzą na pamięć – jakżeby inaczej – tę jedną, jedyną osobę – i naprawdę można by umrzeć z tęsknoty wprost na zakurzonym chodniku.
    • Źródło: s. 55
  • Lubiła [Genowefa] zadawać pytania. Już dawno (…) odkryła, że ilekroć o coś spyta, otrzymuje jakąś odpowiedź. Uznała, że jest to bardzo sposób poznawania (…) świata.
    • Źródło: s. 51
  • Maciek zatrzymał się, postać ludzka też się zatrzymała i podniósłszy zaśnieżone rzęsy, ukazała w ich białej oprawie chłodne jak źródło, jasne oczy o przejrzystych tęczówkach i tajemniczym wejrzeniu. Oczy te lśniły w twarzy zaróżowionej od mrozu, dość nijakiej (…), ale harmonijnej. Natomiast położone poniżej usta były całkowicie niezwykłe. Mianowicie miały taki wyraz, jakby ich właścicielka bezustannie gotowała się do całowania.
    W Maćka jakby grom strzelił.
    (…) stał w miejscu i patrzał w przejrzyste oczy, a one sygnalizowały mu takie mnóstwo różności, że biedaczysko doznawał niemal zawrotu głowy. Po raz pierwszy bowiem oczy dziewczęce mówiły mu z tak bliska i tak bez ogródek, że jest przystojny, wspaniały i męski, i bardzo-bardzo interesujący, i że kto wie… kto wie…
    • Źródło: s. 20
  • Matylda dbała o to, by wciąż mieć na twarzy uśmiech Giocondy, co było bez wątpienia zajęciem absorbującym (…).
  • Miecznikowi nie dane było odśpiewać swą arię do końca. Ciągnąc wysoki ton, urwał niespodziewanie i nie wyjaśnił publiczności, co mianowicie trzeba oddać na skinienie – za to osłupiałym wzrokiem zapatrzył się w pierwszy rząd, jakby widział tam – on jeden – czające się, straszliwe niebezpieczeństwo.
    W rzeczy samej, coś się nagle zaszamotało, kwiknęło, z kanału dla orkiestry dobył się przerażający głos męski, ryczący: – Yy, y; – muzycy zgubili ton, a Miecznik na scenie dostał napadu śmiechu.
    Stało się bowiem to, co stać się musiało: Genowefa wywiesiła się za balustradę i kwicząc pomacała znienacka lodowatą rączką łysinę pana dyrygenta.
    • Źródło: s. 45
  • Mijały sekundy i zapał Maćka Ogorzałki wyraźnie słabł. Trzymał oto w ramionach tę niezwykłą dziewczynę – lecz ku własnemu zaskoczeniu nie odczuwał niczego niezwykłego. Złapał się nawet na błyskawicznej refleksji, że Matylda ma wyjątkowo głupią minę i że jej zachowanie jest wyraźnie sztuczne, jakby zważała tylko na to, jak się prezentuje w tej czułej okazji. Miał również przykre, lecz nasilające się wrażenie, że całuje własną ciotkę Leokadię Ogorzałkową z Pobiedzisk; chorowita ta osoba o silnych skłonnościach histerycznych też tak nadstawiała do pocałunków swą zimną twarz, przymykając przy tym męczeńsko oczy i pachnąc walerianą.
    Matylda pachniała, co prawda, frezjami, lecz skojarzenie z ciotką Leokadią ostatecznie zmroziło mu krew.
  • Na zastępstwo przyszedł młody i wesoły praktykant – student matematyki. Miał wąsa jak elektryk i bujną czuprynę (…).
    (…) dziewczyny z Ib gapiły się na niego pozorując zainteresowanie nauką, lecz on przez bitą godzinę opowiadał kawały o aktualnym wydźwięku. Co do matematyki nie napomykał o niej przesadnie często. Zadał tylko do domu parę potężnych ćwiczeń i uspokoiwszy w ten sposób sumienie, dołożył jeszcze kawał o ślepym i kulawym.
  • Pani Marta była jedną z tych osób, które nie potrafiłyby z pewnością napisać pracy naukowej, ani też poematu, ale które za to bez wahania przygarną bezdomnego kota, bez narzekań wychowają gromadę dzieci, bez zastanowienia zajrzą do chorego sąsiada i bez niczyjej namowy przynosić będą zakupy bezradnej staruszce. Należała do tego cichego i niemal niedostrzegalnego gatunku ludzi, bez którego życie każdego społeczeństwa zmieniłoby się w istną dżunglę.
    • Opis: charakterystyka Marty Lewandowskiej.
    • Źródło: s. 11
  • Pierwsze skojarzenie nie bez powodu tak interesuje psychiatrów. Pierwsze skojarzenie bowiem wypływa z podświadomości, a ta wiadomo co zawiera przede wszystkim: szczerą prawdę o poczuciu winy.
  • Po nieszczęściu, jakie spotkało Kreskę ubiegłej zimy, właśnie dom Borejków, dotknięty takim samym nieszczęściem, był tym miejscem na ziemi, gdzie rozumiano ją najlepiej.
    • Opis: kolejna aluzja do internowania Ignacego Borejki, internowani zostali też rodzice Kreski.
    • Źródło: s. 56
  • Pomyślał też [profesor Dmuchawiec], że przydział dni z wolna mu się kończy i że niedługo trzeba będzie odejść w nieznane zaświaty, niosąc ze sobą – zapewne – świadomość, że niczego już się nie zdąży naprawić i zmienić.
    • Źródło: s. 93
    • Zobacz też: śmierć
  • Podniósł się z uczuciem, że zamiast serca ma lodowatą wyrwę, a zamiast kości ogonowej – porcję jakiejś obolałej siekaniny.
    • Źródło: s. 23
  • Rozległ się ostry dzwonek, tramwaj odjechał, uwożąc Matyldę. Maćkowi się wydało, że razem z nią odjeżdżają wszystkie jego naiwne złudzenia, wiara w człowieka, ufność i dziecinne zarozumialstwo – cały kawałek jego życia, zwany potocznie młodością.
  • Rzuciła na niego urok osobisty. Bez wątpienia.
    • Źródło: s. 21
    • Zobacz też: urok
  • Tak widzisz, jaki jesteś (…).
    • Źródło: s. 86
  • (…) uspokajanie sumienia przy pomocy porównań, choćby skuteczne, bywa zwodnicze (gdyż prawdą może być tylko prawda, nic innego). Praktyka ta przypomina okrywanie słonia kołderką: prędzej czy później, mniej lub bardziej drastycznie, coś jednak spod niej wychynie.
    • Źródło: s. 30
  • (…) [Genowefa] uśmiechała się do Kreski, na przemian znacząco i abstrakcyjnie.
  • „W czasie przerwy pchnąłem koleżankę na gablotkę z gazetką. Zanalizuję motywy mego postępowania” – brzmiał temat ćwiczenia z autoanalizy, zadanego ostatnio uczniowi Lelujce. Niestety, klasa Ib nadal nie dorastała do stawianych jej wymagań. DALEKO POSUNIĘTY INFANTYLIZM – notowała pani Jedwabińska (…), zapisując też z niechęcią bliską zgrozy odpowiedź (…) ucznia (…): „Nic nie mam do gablotki, a już zwłaszcza do gazetki. Ale czemu ta Baśka tak kuprem rzuca?” Pamiętała do dziś ten ryk śmiechu, jaki wywołała w klasie, odczytując odpowiedź Lelujki. Pamiętała też swoje uczucie bezradnego zdumienia, bliskie szoku: spodziewała się po klasie całkowicie różnej reakcji – oburzenia, potępienia lub choćby zdystansowania się od Lelujki – a tu coś takiego!
    • Źródło: s. 88
  • W dzieciństwie Matylda była zgoła nieinteresującym, przejedzonym słodyczami grubasem o apatycznej twarzyczce i tkniętych próchnicą zębach. Koledzy w szkole z upodobaniem nękali ją przezwiskami, wśród których „Szczerbol” było zdecydowanie najelegantszym. Lata spędzone w uczelni stopnia podstawowego upłynęły Matyldzie na bezsilnym łkaniu w poduszkę (…). Teraz brała za to swój odwet. Wypracowana jej aparycja i nienaganne odzienie, skąpy uśmieszek i modulowany głos oraz usta ułożone w kuszący dziobek czyniły (…) piorunujące wrażenie nawet na niegdysiejszych prześladowcach. Matylda wykorzystywała to z rozmachem i bez większych skrupułów.
    • Źródło: s. 30
  • W osiemnastym roku życia Maciek wyrósł bujnie a nagle. Kiedy patrzał na swoje ręce, zdumiewało go, że są takie długie, a to samo dotyczyło nóg, które (…) były jeszcze dłuższe. Maciej Ogorzałka – romantyk o charakterze eksplozywnym i dość znacznie rozbudowanej ambicji – uważał, że niestety cholerny los skarał go tym wzrostem, że wygląda jak Alicja w krainie czarów po zjedzeniu wiadomego ciasteczka i że jest teraz, krótko mówiąc, dziwacznie nieproporcjonalny. Nie był. Sylwetkę miał, że daj Boże każdemu, a do tego twarz Kmicica, nos orli, uśmiech ujmujący, a wejrzenie uczciwe i śmiałe. Co zaś do jego sposobu bycia cechował się on nieco przesadną powagą i godnością, którymi Maciek starannie rekompensował swe wyimaginowane defekty.
    • Opis: charakterystyka Maćka.
    • Źródło: s. 7
  • Zaraz potem z ciężkiego nieba lunął cichy i ciepły deszcz, jakby natura właśnie odczuła potrzebę dokładnego umycia tego szarego i smutnego zakątka Polski.
    • Źródło: s. 62
    • Zobacz też: deszcz
  • Znów im [Kresce i Jackowi] się udało zbudować kawałeczek dobrego świata – jakieś pół metra sześciennego, tyle co odległość między nimi.

O powieści[edytuj]

Zobacz też[edytuj]