Pacyfikacja Aleksandrowa

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Pomnik upamiętniający ofiary pacyfikacji i mordów niemieckich w Aleksandrowie w czasie II wojny światowej.

Pacyfikacja Aleksandrowa – pięciokrotne niemieckie pacyfikacje Aleksandrowa na Zamojszczyźnie, mające miejsce w sierpniu 1942, w lutym, czerwcu, lipcu 1943 oraz w lipcu 1944. Miejscowość częściowo spalono a 2500 jej mieszkańców wywieziono do obozów niemieckich, głównie do KL Majdanek.

  • 15 lipca 1943 r. w lesie za Margolami (Lipiny). Niemcy weszli na śpiących tam ludzi. Zginęli tam: Jan Rataj s. Józefa, Józef Rataj s. Jana, Józef Psiuk s. Michała, Katarzyna Pintal żona Franciszka, ranny został Franciszek Paluch, uszedł z życiem Józef Psiuk s. Jana, który udzielał pomocy rannemu Franciszkowi Paluchowi. Tego samego dnia nieco w innym miejscu, w lesie (Ostrów koło Grubej Jodły) zostali zabici przez Niemców (tych samych z Lipin) Antoni Bździuch i jego syn Tadeusz (lat 12), paśli krowy na tzw. krągłej łączce. Wszyscy zabici zostali tymczasowo pochowani na miejscu, gdzie zginęli. Nieco później za kilka tygodni zostali ekshumowani i przeniesieni na cmentarz parafialny. Ekshumacji dokonali partyzanci m.in. Szkałuba ps. „Szczerbaty”, Jan Bździuch ps. „Balonik”, Jan Bździuch ps. „Kałuziak” – szwagier mojego ojca.
  • 25 czerwca zostaliśmy zabrani przez Niemców z Aleksandrowa i zaprowadzeni pieszo do stacji Krasnobród, skąd załadowano nas do zatłoczonych wagonów towarowych i zawieziono do Zamościa. Tam, w obozie przejściowym przebywaliśmy dwa tygodnie w zamkniętych barakach. Panował tam głód, bo posiłki były nędzne i w małych ilościach. Z Zamościa również pociągiem towarowym w ciasnocie zostaliśmy wywiezieni do Majdanka. Tam również przebywaliśmy w ciasnych barakach. Panował głód, rozpowszechniały się choroby oraz różne infekcje. Codziennie rano i wieczorem był apel, gdzie wszyscy obowiązkowo musieli się stawić.
  • Aleksandrów palił się podczas drugiej akcji. Było to mniej więcej tydzień po pierwszej. Spalono wówczas prawie wszystkie gospodarstwa od kościoła do remizy strażackiej. Ocalały może trzy budynki: Szabata, Saweczki (za ośrodkiem) i stodoła u Momota.
  • Chwilę później słychać było strzały. Na polu Paluchowym była wieża i tam siedział Niemiec z karabinem. Jak ojciec uciekał przez łąkę ten Niemiec zaczął strzelać. U Tarnowskiego rosły cztery olchy, które przeszkodziły mu i nie trafił ojca. Ojciec uciekł w pszenicę i tam w pszenicy siedział. Gdy mama usłyszała strzały powiedziała do mnie: poszedłbyś w pole i tam byś go poszukał. Ja poszedłem a Niemiec znowu zaczął strzelać. Zaczołgałem się do pszenicy. Leżałem w bruździe a ojciec widział to wszystko i przyszedł zobaczyć czy mnie nie zabito. Ojciec mówi, ty idź zbożem i powiedz matce niech szybko przychodzi. Gdy wróciłem do domu mama już była spakowana i zbożami dotarliśmy do ojca. Następnie chcieliśmy dotrzeć do lasu, ale przy końcu pola zobaczyliśmy, że przy lesie było już niemieckie wojsko. Ukryliśmy się w Ostaszowym życie. W tym czasie dziadek i brat siedzieli w dole koło tych olch. Tam przeleżeli i ich nie złapali. W tym czasie, gdy siedzieliśmy w tym Ostaszowym życie moja trzyletnia siostra trzymała w ręce krzyżyk.
  • Ja później wróciłem do domu i byłem z ojcem do następnej akcji. Mniej więcej po tygodniu, gdy paśliśmy krowy z moim bratem stryjecznym widzieliśmy jak od rana nad nami latał niemiecki samolot. Po pewnym czasie przyszedł ojciec mówiąc: puszczajcie krowy i chowamy się bo druga akcja nadchodzi. Weszliśmy w żyto, w bruzdę. Ojciec pierwszy później ja a Tadek ostatni. Leżeliśmy w tej bruździe do wieczora. Wieczorem ojciec czasami wstawał i podnosił głowę rozglądając się wokoło. W pewnym momencie gdy wydawało się, że jest już spokojnie podniósł się i nagle ponownie schylił się. Pobliską drogą szedł Niemiec. Na szczęście Niemiec ten zainteresował się grochem, który rósł po drugiej stronie. Zaczął go rwać i ojca nie zauważył. Później uciekliśmy do lasu. W trakcie naszego pobytu w lesie nie mieliśmy nic do jedzenia. Gdy szliśmy lasem zobaczyłem ogromnego prawdziwka. Ojciec miał zapałki, rozpalił ogień i upiekł tego grzyba. Następnie dał nam po kawałku. To był pierwszy od kilku dni posiłek. Nigdy w życiu nie jadłem tak dobrego grzyba.
  • Jest 23 czerwca 1943 roku. Ogromna ilość Niemców zjechała do Aleksandrowa. Chodzili od domu do domu i kazali zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy a następnie wychodzić na drogę. Mężczyźni uciekali, kryli się gdzie kto mógł. Moja mama i siostra pakowały rzeczy do worków, chleb i wszystko co się dało, bo nikt nie wiedział jak długo to potrwa. W mojej pamięci utkwiło mi najbardziej to, jak staliśmy przy figurze koło Komana. Wtedy tam była łąka rozciągająca się od Komana Antoniego do Swachy. Na tę łąkę Niemcy spędzili ludzi i pilnowali, żeby nikt nie uciekł. Rozmawiając ze sobą sądziliśmy, że nas wszystkich rozstrzelają. Ludzie się modlili i płakali. Młodsi próbowali uciekać. Niektórym udało się dobiec do zboża i doczołgać do lasu. Jak długo staliśmy nie potrafię sobie przypomnieć. Pamiętam, że byliśmy potem w kościele, a noc spędziliśmy na dworze. Rano załadowali nas na wozy i zawieźli do pociągu. Jak długo jechaliśmy też nie pamiętam. Wiem tylko, że szliśmy bardzo długo, bo mnie bolały nogi. Byłam boso i miałam pokaleczone nogi. Potem pamiętam łaźnię – ale czy to było w Zamościu czy już na Majdanku – tego nie wiem. Ludzie podchodzili i podawali nam przez siatkę bułki. Niemcy część ludzi zostawili na Majdanku, a innych wywieźli do Niemiec.
  • Podczas pierwszej i drugiej akcji wysiedleńczej uniknęliśmy wysiedlenia. Mama w domu uciekała z nami na strych i za sobą wciągała drabinę. Żaden Niemiec nawet nie pomyślał, że na strych można wejść, gdy nie ma schodów. Siedzieliśmy tam w piątkę: mama (Stefania Hascewicz z d. Barańska), moje siostry: Barbara i Beata, no i ja. Było z nami również dziecko żydowskie, które rodzice ukrywali w naszym domu. Przetrwaliśmy w ten sposób dwie akcje, dopiero w trakcie kolejnej nas odkryli. Zostaliśmy przewiezieni najpierw do Zwierzyńca, potem do Zamościa a następnie do obozu na Majdanku.
  • Pozostawiono około 50 młodych dziewcząt rzekomo do zaopiekowania się inwentarzem żywym. Dziewczęta te gwałcono, lub podstępnie uwodzono za obietnicę wolności. W tym okresie dla żołnierzy niemieckich była też okazja do rabunku inwentarza żywego (koni, bydła, świń) oraz rzeczy osobistych mieszkańców.
  • W 1943 r. byliśmy w schronach. Mieliśmy schron w studni. Jedną akcję tam przesiedzieliśmy. Potem dowiedzieliśmy się, że u Buczków również był schron w studni i tam ich znaleźli, my ze swego schronu już nie korzystaliśmy. W czasie drugiej akcji poszliśmy w pole. Tam nas znaleźli. Przygnali nas do drogi i chcieli nas tu wystrzelać. Nadjechał jakiś oficer niemiecki samochodem i kazał nas zaprowadzić do kościoła. Było nas sześciu. Pod kościołem przyszedł do nas żołnierz, który mówił po polsku. Jana Ostasza wziął, zaprowadził go za kościół, na Psiukowe i tam go zabił. Potem przyszedł i nas oglądał. Patrzył, którego wybrać. Ale w tym czasie u Pintala coś w studni zauważyli i zawołali go. Gdy wrócił z powrotem stamtąd zabrał Jana Konia, którego również zastrzelił na polu Psiukowym. Tam też zabił Maciochę z Lipowca. Wtedy zaczęli palić Aleksandrów: od Psiuka do remizy. Potem przyleciał samolotem Niemiec i nadawał przez radio, że nie może być tu bandytów bo jest za dużo bydła i koni.
  • W czasie obławy wraz z rodzicami byłem w polu. Pasłem krowy, a rodzice plewili ziemniaki. Niemcy przyszli od strony lasu, kazali mi krowy odwiązać z powrozów. Wraz z rodzicami prowadzili nas drogą pod lasem do Aleksandrowa I. Tą samą drogą prowadzili wszystkich ludzi zebranych w polu. Na miejscu zbiórki było już bardzo dużo ludzi. Stąd samochodami ciężarowymi przewieźli nas, jeszcze tego samego dnia, do Długiego Kątu na stację PKP. Tutaj przenocowaliśmy i na drugi dzień pociągiem towarowym przewieźli nas do Zamościa. Tam byliśmy dwa tygodnie. Mieszkaliśmy w barakach w bardzo trudnych warunkach. Po tym czasie znowu pociągiem towarowym przewieźli nas do Lublina. W Lublinie Niemcy wszystkich wysadzili z pociągu na polu i pieszo doprowadzono nas do Majdanku. Przy wejściu do obozu rozebrali nas do naga i kazali kąpać się w łaźni, gdzie lała się raz zimna, raz gorąca woda. Zabrano nam nasze ubrania, a dano tzw. „pasiaki”. Następnie przeprowadzono nas do baraków na polu 5, a potem przenieśli nas na pole 3. Dzieci z matkami umieszczano w tych samych barakach, natomiast ojców w innych.
  • Żyło nam się ciężko, często musieliśmy uciekać do lasu w obawie przed wojskiem niemieckim. W tym niedostatku i strachu żyliśmy aż do momentu wysiedlenia. W czasie obławy wraz ze swoją mamą i dwiema siostrami oraz babcią byłyśmy w polu na południowej stronie przy pieleniu ogrodów. Z pola Niemcy zabrali nas i razem z innymi ludźmi, przyprowadzili do kościoła w Aleksandrowie. Tutaj było już zgromadzonych bardzo dużo ludzi: małe dzieci, młodzież i dorośli. Wszystkich zamknięto w kościele na całą noc. Nikt nie dawał im jeść ani pić. Pamiętam, że bardzo płakały małe dzieci, które nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji. Dorośli z przerażeniem myśleli co będzie dalej. Rano wszystkich nas umieszczono na wozach i przewieziono do Długiego Kątu na stację PKP. Stąd pociągiem towarowym przewieziono nas do Zamościa. W Zamościu byliśmy dwa tygodnie. Mieszkaliśmy w barakach. Po tym czasie znowu pociągiem towarowym przewieziono nas do Lublina. W Lublinie Niemcy wysadzili nas z pociągu na polu i pieszo doprowadzili do obozu na Majdanku.

Zobacz też: