Dzień świra

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacja, szukaj
Marek Kondrat, odtwórca głównej roli

Dzień świra – polski film fabularny z 2002 roku w reżyserii Marka Koterskiego i z jego scenariuszem.

Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.

Wypowiedzi postaci[edytuj]

Adam Miauczyński[edytuj]

  • Albo też wcale nie płuczą ust po myciu zębów. To co oni robią z tą pastą, jedzą ją? Połykają, do kurwy nędzy, co z nią robią? Ja nawet gardło płuczę po myciu zębów. Opłukiwam.
  • Ale ja właściwie nie mam czasu ani miejsca na kobietę życia w moim życiu. Marzę o niej ale... nie mam miejsca ani czasu.
  • Boję się nocy. Raczej nie to, nie mogę położyć się spać. Mimo, że jestem zmęczony i senny, jakiś niepokój ściskający serce, że jak to, to już koniec dnia? Już się nic dzisiaj nie zdarzy?
  • Bo już w nic nie wierzę... Jak mogę wierzyć, skoro nawet największy mój wysiłek przecieka im – wam – przez palce? Możecie już wszystko mówić, obiecywać, przyrzekać...
  • Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy, ze strachu przed świtem, zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem. No nie mogę. (O, kurwa! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego). Mam niby jakieś obowiązki, a przecież – pustka, jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę, czy zrobię coś, czy nie zrobię (ja pierdolę), higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen. (Ja pierdolę, kurwa).
  • Boli mnie, gdy wyrzucam dodatki z gazety, widząc oczami myśli padające lasy. „Dom” wyrzucam – dąb pada. „Turystykę” – lipa. „Komunikaty” – świerki jak zimowe kwiaty. „Auto-moto” – jak maszty upadają sosny. „Supermarket” – to modrzew, klon – „Nieruchomości”. „Mój Komputer” – i buk się korzeniem nakrywa. A z każdym precz dodatkiem ich żywicą krwawię.
  • Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?
  • Czekam na psa jak na wykonanie wyroku, bo on już zapadł tam, na peronie.
  • Czy nie można tego zbierać po swoich ulubieńcach? Przecież to zaraza. Czym się różni gówność gówna psiego od gówna ludzkiego? A jak ja bym tak zaczął walić kupy po trawnikach, w piaskownicach i podcieniach, arkadach, sadzać stolce na betonach, chodnikach, srać na skwerach? Muszę kupić wiatrówkę!
  • Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!
  • Dobra dupka. W gruszkę. Nie ma nic gorszego jak facetka z dupką w jabłko. Albo w śliwkę.
    • Opis: o pasażerce w pociągu.
    • Zobacz też: pośladki
  • Dżisus, kurwa, ja pierdolę!
  • Gdy szykuje śniadanie, zwykle se o korkach słucham, jak tkwią te chuje w tych jebanych autach.
  • Ileż to razy w myślach osiągałem wszystko. Udało mi się tylko nie być komunistą.
  • I nie piknikowy nastrój, tylko piknikowy nastrój! I nie w całej Polsce, tylko w całej Polsce, kurwa, ja pierdolę!
  • Ja tu ginę, mamo!
  • Jestem skrajnie wyczerpany, a przecież jest rano...
  • Kurwa! Nie pocałowałem stópki Jezuska przecież mojego przed wyjściem!
  • Kurwa, jeszcze z tymi dziećmi jebanymi. Nie mogę.
  • Musisz przyznać, że jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma chuja we wsi!
    • Opis: poprawiając kaptur synowi.
  • Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Osiem lat podstawówki i cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki, i oto mi płacą, jak by ktoś dał mi w mordę. Ja pierdolę, kurwa! O, bracia poloniści, siostry polonistki, sto trzydzieścioro było nas na pierwszym roku. Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy, że oto nas przyjęto do szkoły poetów. Szkoła poetów, Dżizus, kurwa, ja pierdolę! Przez pięć lat stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem bida, bida i rozczarowanie! A potem beznadzieja i starość pariasa i wszechporażająca nas wszystkich pogarda, władzy od dyktatury, aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, kurwa! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył gdybym rzucił cegłą! A przecież stanowimy sól ziemi. Tej ziemi! Mimo że nie jesteśmy prymitywną siłą, dyktaturami zawsze wstrząsają poeci! Wtedy nas potrzebują, zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy! Które nie widzą dalej...
    • Opis: podczas odbierania pensji nauczyciela wynoszącej 777 zł.
  • Nie udało mi się życie; zmarnowałem. Uciekłem od pierwszej jedynej miłości. Potem ożeniłem się bez miłości. Jedyna istota, którą kocham, mój syn, wychowywał się w piekle mojego małżeństwa! Tak jak ja wychowywałem się w piekle małżeństwa moich rodziców! A myśl, że mój Sylwunio będzie tak nieszczęśliwy jak ja, łamie mi serce. Praca, która była moim powołaniem, okazała się udręką za grosze. Zabija mnie samotność, którą sam sobie zgotowałem! Nikt i nic mnie już nie czeka! Nie widzę przed sobą przyszłości! Jestem w proszku! W rozsypce! Wypalony! Rozmontowany! Śmiertelnie zmęczony, chociaż niczego w życiu nie dokonałem! Muszę przystanąć w biegu, chociaż nigdzie nie dobiegłem. I odpocząć! Odpocząć za wszelką cenę!
  • Odkąd mój umysł myśli i sięgam pamięcią, to te klapy zawsze opadały. A dlaczego? Bo przez dziesiątki lat jedni bezmyślni kretyni pod kierunkiem innych bezmyślnych kretynów umieszczają muszle klozetowe w pociągach tak blisko ściany, że klapa po podniesieniu nachylona jest ku muszli i puszczona musi opaść. Dziesiątki lat, Jezu Chryste przenajświętszy. A jeśli Polska to właśnie ta ojszczana klapa?
  • Pół tussicodinu – na kaszel po fajkach. Z krzyżykiem na ból głowy, też po papierosach. I pół lerivonu – przeciwko czarnym myślom przed snem i depresji i ułatwia zaśnięcie. I pół imovane – na sen pierwszy. I do tego pół stilnoksu – aby ten sen podtrzymać. I aspirynę – profilaktycznie.
    • Opis: wymienia zażywane przez siebie wieczorem leki.
  • Prozac – na chęć życia. Geriavit – na się niestarzenie. Nootropil – na lepsze funkcjonowanie metabolizmu mózgu. Enkopirynę – profilaktycznie.
    • Opis: wymienia zażywane przez siebie rano leki.
  • Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej...
  • To be, kurwa!, or not to be!
    • Opis: użyte także jako slogan filmu.
  • Towarzyszu podróży, zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu i zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków, w dławiącym rytuale codziennego życia. I choć przyprawia cię on co dzień o szaleństwo, mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom. Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć swej kondycji człowieka. Teraz glina, z której zostałeś utworzony, wyschła i stwardniała. Nikt już się nie dobudzi w tobie astronoma, muzyka, altruisty, poety, człowieka, którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś.
  • Wycieczka w nieodległe od Odessy stepy, dzikie, niedawno jeszcze deptane przez stada tatarskich, rączych koni, pozwala mu westchnąć powietrzem czystym, ciszą po jarmarcznym zgiełku życia w portowym mieście. Jechali wciąż dalej, koczym za czwórką koni aż do Akermanu. (odgłos puszczanych gazów, śmiech uczniów) Szczyty czerniały w wieczór nieprzebytą ścianą. Nie opisywał tego, stwarzał je na nowo. Ich obraz potężniejszy, świetniejszy niż były, wszystko stwarzał na nowo zaklinając w słowo. Żegluga, burza morska. I cisza na morzu. Cisza jest coraz cichsza. Zda się niemożliwa do usłyszenia uchem aż po ciszę serca ... (odgłos puszczanych gazów, śmiech uczniów) [...] I w tej ciszy tak ucha natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy, jedźmy, nikt nie woła.
  • Zabiję skurwysyna! Skurwego syna zatłukę! Zajebię go na kotleta!
  • Żona. Wodzirejka, głupia pizda.
    • Opis: o pasażerce

Inne postacie[edytuj]

Quotation from Day of Nut.jpg
  • Gdy wieczorne zgasną zorze,
    zanim głowę do snu złożę,
    modlitwę moją zanoszę,
    Bogu Ojcu i Synowi.
    Dopierdolcie sąsiadowi!
    Dla siebie o nic nie wnoszę,
    tylko mu dosrajcie, proszę!
    Kto ja jestem?
    Polak mały! Mały, zawistny i podły!
    Jaki znak mój? Krwawe gały!
    Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
    Zniszczcie tego skurwysyna!
    Mego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
    Żeby mu okradli garaż,
    żeby go zdradzała stara,
    żeby mu spalili sklep,
    żeby dostał cegłą w łeb,
    żeby mu się córka z czarnym
    i w ogóle, żeby miał marnie!
    Żeby miał AIDS-a i raka,
    oto modlitwa Polaka!
  • Musisz wiedzieć, że nie ma nic bardziej zabójczego od wdychania przez kilka godzin papierosowego dymu.
  • Wypiąć bardziej, niech nie kuli jak pies przy kupci!
  • Yyy... ooostatni. Yyy... oooostatni.
    • Postać: pasażerka do syna częstującego ją chipsami.

Dialogi[edytuj]

Adam: Specjalnie podkręcił. Pedały jebane.
Sąsiad: Albo Wietnamczycy! Patrz pan, co te żółtki, patrz pan jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią. A wiesz pan dlaczego?
Adam: Tak?
Sąsiad: Żebyśmy podostawali buergera. Żeby nam, panie, nogi, panie, żyły uciskało, tamowało krwiobieg i w trzy miesiące, panie, buerger. I kolejne amputacje, stopy ciach, kolana ciach, uda...
Adam: Ale jak stopy ciach, to już pan skarpetki nie, na skarpetki nie...
Sąsiad: Wszystko jedno. Skarpetkami chcą nas, panie, powyzabijać. Ale nie mnie! Te żółte kurduple za chude są w żółtych uszach. Patrz pan. O, widzisz pan? Kupuję... u tych gupków, tę ich taniochę uciskową. Iii ciach! Żyletką gumki. I skarpetka bezuciskowa, zdrowa. Bezuciskowe skarpetki, zdrowe, bezuciskowe.

Przechodzień: Tylko nie pierdolisz, bo w ryj dać mogę dać.
Adam: Też w ryj dać mogę dać.

Matka Adama: Co się stało? Zjedz coś.
Adam: Mamo, nie jestem głodny. Uderzyłem się w skrzynkę.
Matka: W skrzynkę? Zupę zjedz, talerz gorącej, pomidorowa, przynajmniej dobra.
Adam: Mamo, nie chcę zupy, na listy, chcę z mamą porozmawiać.
Matka: Na listy? Możesz rozmawiać i jeść.
Adam: Mamo, nie chcę jeść, Nie dokończyłem dziś lekcji, mamo.
Matka: Dokończysz kiedy indziej, zjesz. Jak nie dokończyłeś?
Adam: Bo pierdzieli.
Matka: Nie mów tak!
Adam: Prykali.
Matka: Nie mogłeś im czegoś powiedzieć?
Adam: Co powiedzieć? Komu?
Matka: Ja bym im powiedziała.
Adam: Mama ma na wszystko recepty, z którymi człowiek nie wie co ma robić. Po każdej radzie mamy czuję się jeszcze gorzej. Wyszedłem dziś w środku z lekcji!
Matka: Taka praca dobra.
Adam: Zła.
Matka: Lubisz ją.
Adam: Nienawidzę.
Matka: Gdybyś nie odszedł z uczelni, już byłbyś profesorem.
Adam: Nieee, byłbym naukowcem.
Matka: Więc nie wiem, jak ci pomóc. Jedz, może mało soli?
Adam: Muszę odpocząć, mamo, odpocząć na dobre.
Matka: Jasne, że odpocząć.
Adam: Mama mnie wcale nie słucha.
Matka: Oczywiście, że słucham: „odpocząć”. Możesz teraz.
Adam: Właśnie o to chodzi, że nie mogę, bo nie potrafię odpoczywać.
Matka: To już nie wiem. Albo pieprzu trochę, pieprz niedobrze na nerki.
Adam: Jestem taki zmęczony.
Matka: Jasne że zmęczony, połóż się trochę. Czym jesteś zmęczony znowu?
Adam: Wszystkim. Sobą. Życiem.
Matka: Życiem? Jesteś młodym człowiekiem jeszcze.
Adam: Mam czterdzieści dziewięć lat. Siedem razy siedem.
Matka: Czterdzieści dziewięć lat. Ja mam siedemdziesiąt lat, dziesięć razy siedem. Całe życie masz jeszcze przed tobą. Gdybym ja miała życie przed sobą...
Adam: Ale mama już miała życie przed sobą. Też nie będę miał dwóch żyć.
Matka: Zupa ci wystygnie. (Cisza, Adam zaczyna smarować masłem kromkę). Musisz je tak skrobać, bo jest zmarznięte i się lepiej rozsmaruje.
Adam: Dobrze, mamo, skrobię. Zawsze skrobię i zawsze słyszę, że trzeba skrobać. Ja już tego nie mogę słuchać.
Matka: Chciałam tylko powiedzieć, że trzeba skrobać, bo zmarznięte. (Cisza). Zrób sobie górne światło.
Adam: Mamo, zrobię sobie takie, jakie potrzebuję.
Matka: Ale mnie to nie przeszkadza.
Adam: Ale tu chodzi o mnie, nie o mamę. Dziesięć tysięcy razy powtarzałem mamie, że nienawidzę górnych świateł.
Matka: Pierwsze słyszę.
Adam: Bo mnie mama nigdy nie słucha!
Matka: Zawsze ciebie słucham.
Adam: Nigdy! Mam wrażenie, że ani jednego zdania, które... Przez całe życie, słowa jednego, kiedykolwiek, nie słuchała mama mojego.
Matka: Odkaziłeś to chociaż? Jedz, ci zupa stygnie.
Adam: Tak, tak. Neomycyną. Zupa, zupa, zupa!

Pasażerka: Czy byłby pan tak uprzejmy i pomógł mi zdjąć bagaże?
Adam: Nie!
Pasażerka: Słucham!?
Adam: Po prostu nie! Mi kto pomaga!?
Pasażerka: Jest pan mężczyzną chyba?
Adam: Ale ja jestem za pełnym równouprawnieniem kobiet. Gorącym zwolennikiem jestem! A pani jest przecież w pełni równouprawnioną kobietą.
Pasażerka: Pan to za to nie jest chyba w pełni mężczyzną!
Adam: Widzicie w nas mężczyzn w pełni, przypominacie sobie tylko wtedy, gdy trzeba wynieść śmieci, kontakt naprawić, zwolnić miejsce w tramwaju, autobusie. Nie jestem już w pełni mężczyzną, bo nie ma takiej potrzeby! Pani jest w pełni mężczyzną za to!
  • Opis: w pociągu.
  • Zobacz też: kobieta

Aktor w reklamie: Fajos?
Aktorka w reklamie: Nie, chujos!

Adam: Idź pan stąd!
Grajek: Zagrać?
Adam: Wynoś się pan!
Grajek: Gdzie?
Adam: Do dupy z takim graniem! Nikt tego już nie chce słuchać! Co panu się wydaje, że pan gra na Pradze przed wojną albo zaraz po? Co pan, przeleżał pod lodem pół wieku? Dla kogo pan to gra?
Grajek: Dla ludzi!
Adam: Wie pan co robię, jak potrzebuję muzyki? O! Od Cockera do Mozarta! A chociażby Chopina chociażby może sobie chociażby posłuchać! Na wyciągnięcie ręki! A pan mi będziesz zaiwaniał zakazane piosenki. Wypierdalaj pan z tą harmoszką! (Mierząc z mopa): Bo panu w dupę strzelę!

Kobieta: Jamnika się boi! Głupek!
Adam: Sama jesteś durna! (Kopie jamnika).
Kobieta: Ty gnoju! Kalekę kopiesz, inwalidę?! (Biją się). Jezu! O Jezu! Zabił mnie! Marian! Józek!
Adam (do siebie w myślach): Jeszcze mnie tu zabiją te miejscowe lumpy. Jakby co to się wyprę, albo zgolę wąsa. I znowu zachowuję się, kurwa, nieasertywnie, ja pierdolę! Czy ja jestem wariatem?

Adam: (do siebie w myślach) Jakby ktoś olbrzymowi golił brodę z drutu. Żesz ja pierdolę, kretyn goli ręcznie trawnik golareczką na kiju, chyba do golenia. (Do Mężczyzny „koszącego” trawnik) Panie, tym chce pan, kurwa, zgolić to wszystko?!
Mężczyzna: Jak zgolić?
Adam: No bo trudno to nazwać strzyżeniem.
Mężczyzna: O co panu chodzi?
Adam: No tym chce mi pan pierdzieć pod oknem do nocy?!
Mężczyzna: Za dnia nie skończę tego, w ogóle dziś nie skończę. Normalni ludzi w pracy siedzą o tej porze.
Adam: Ja tutaj jestem w pracy!
Mężczyzna: Też tu jestem w pracy.
Adam: Co pan myśli, że jeśli nie podbijam karty w fabryce azbestu o siódmej, albo drutu, albo nie napierdalam datownikiem w listy na poczcie do szesnastej, to nie jestem w pracy? Kumasz pan to, czy masz pan za daleko do łba? Ja tutaj właśnie pracuję!
Mężczyzna: A ja nie pracuję?
Adam: Ale tym, takim, taką.
Mężczyzna: Dużą mnie ukradli.
Adam: Tym to se pan może łeb dupę ogolić!
Mężczyzna: A pan sobie mózg ogól! Idź pan! Rób pan swoje.

Adam (w myślach): Kurwa, tak jakbym ja miał wiedzieć, czy wlezą jej na dupę, ja pier... Te dupska przyłażą do kiosku na występy, a nie na zakupy.
Kobieta: To już ostatnia „Kobieta”?
Adam (w myślach): I jeszcze jakaś głupia sraka za mną wykrzykuje mi przez ramię nad uchem.
Kobieta: „Kobieta”, to już ostatnia?
Kioskarka: Tak.
Adam (w myślach): No więc ja, choć nie potrzebuję i gówno mnie to obchodzi... (Do kioskarki). Może mi pani tą dorzuci „Kobietkę” tę.
Kobieta: Ojej, może jednak panu niepotrzebna?
Adam: Nie, dlaczego? Chętnie przejrzę! (W myślach): A ja oddalam się wesół, a może półwesół...

– Ładnie pachniesz! Co to za zapach?
– Wyciąg z fiuta!
– Wyciąg z fiuta twoim zapachem!

Adam: Może powtórzymy angielski?
Sylwek, syn Adama: Nie, no co ty, tato?
Adam: A odmień „być”.
Sylwek: No, daj spokój.
Adam: No odmień, no.
Sylwek: Weź się, tato.
Adam: No. Bo nie odmienisz.
Sylwek: Taa, nie odmienię.
Adam: No to odmień. No: I.
Sylwek:I.
Adam:Am.
Sylwek:Am.
Adam:I am.
Sylwek: No wiem, I am.
Adam:You are.
Sylwek:You are. No, sam powiem.
Adam: Ale nie mówisz.
Sylwek: Bo ty...
Adam: Co ja? Co ja?
Sylwek: Mnie stresujesz.
Adam: Ja cię stresuję, kurwa?! Uczysz się tego piąty rok w szkole i na kursach, i wszystko to jak krew w piach!
Sylwek: Taa, krew, od razu.
Adam: I bo czego to jest odmiana?
Sylwek: No jak czego?
Adam: No, jakiego słowa?
Sylwek: No słowa, normalnie.
Adam: Posiłkowego!
Sylwek: No.
Adam: Jakiego?!
Sylwek: Posiłkowego.
Adam: Jakiego posiłkowego?! To...
Sylwek:Am?
Adam:To be, kurwa, or not to be! O tym też nie słyszałeś?!

Sąsiad: Myślę se: „Litwini? Jacy Litwini” – myślę. Bo nie zrozumiałem. Cały wieczór myślałem. Wreszcie mnie olśniło. Skąd Litwini wracają!? Dobrze mówię?
Adam: Mhm.
Sąsiad: Najpierw nie zrozumiałem. Wracają z wycieczki. Nocnej, nawiasem mówiąc. Myślę se: „zapukam, bo sąsiad do mnie wierszem, a ja jak głąb ciemny”. Skąd Litwini wracają? Chyba nie zbudziłem?
Adam: No właśnie spać się kładłem.
Sąsiad: Se myślę: „Litwini? Nie wytrzymam do rana. Pójdę i zapukam i powiem, że Litwini. Wracają z wycieczki”.
Adam: No dobrze już, Litwini, już mi pan powiedział i chciałbym się położyć!
Sąsiad: Aaa, przepraszam bardzo, ale nie ja zacząłem z tymi Litwinami. Pyta pan skąd Litwini, więc ja odpowiadam, chyba o to chodziło. To dobre... Litwini!
Adam: Tak tylko powiedziałem, chuj tam z Litwinami.
Sąsiad: No panie, jak to: „chuj tam”? Najpierw pan zaczyna, a potem się pan wścieka? Dobrej nocy życzę!

– Nasza jest Polska tylko! Tylko my – Polacy! Jest tylko jedna racja! I ja! My ją mamy!
– Jedna jest racja, lecz ona jest przy nas!
– Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!
    • Opis: debata polityków w parlamencie, przerywana przez brawa oraz okrzyki „hańba” i „skandal”.

Adam (otwiera okno): No co pani?!
Kobieta: Z czym?
Adam: No co mnie pani sra tu nim pod moim oknem?!
Kobieta: To przecież tylko pies tylko
Adam: To co, że pies? To ma mniej gówniane gówno od człowieka? (Do psa): Poszedł!
Kobieta: Spokojnie, Bobik, spokojnie.
Adam: A jak ja bym tak nasrał pod pani oknem? Pod panią? (Podchodzi pod okno z mieszkania kobiety i chowa się w krzaki).
Kobieta: Co pan?
Adam: A sram, jak pani pies!
Kobieta: Chyba ma pan coś z głową!
Adam: Psy obowiązuje taka sama dyscyplina i reguły współżycia jak ludzi. Wolność jednych nie może być kosztem drugich.

Adam: Odkąd tu mieszkam jeszcze nikt mnie nie odwiedził.
Sąsiad-meloman: Dobrze słyszę, co pan tam robi na kanapie.
Adam: Ja robię na kanapie?
Sąsiad-meloman: Co się tam wyprawia, aż cały tapczan chodzi.
Adam: Chuj ci w dupie chodzi!

Była żona Adama: Sylwuniu! Synuniu, w kuchni masz brioszki ci kupiłam czekoladowe, na kolację. Mama ci kupiła, z czekoladą.
Adam: Mama ci brioszki kupiła.
Była żona: Brioszki!
Adam: Brioszki? Na kolację? Ty chyba masz coś z głową?
Była żona: Z dupą!
Adam: Z dupą to zawsze miałaś, wściekliznę macicy masz bez przerwy! Kup se kołek osinowy i usiądź siedź na nim. To cię może uspokoi!
Była żona: Świnia! Gnój! Wychodzę za mąż!
Adam: Za psa?
Była żona: Za gówno!
Adam: Suka powinna wyjść za psa wychodzić!
Była żona: I nie chowaj telefonu!
Adam: Po co ci telefon!? Do gonienia się masz wystarczą ci łapy!

Adam: To ja... lecę. Śpieszę się, lecę.
Sylwek: Gdzie ty się śpieszysz, tato, kurwa?
Adam: No bo, kurwa, śpieszę się do domu.
Sylwek: Ale to do domu się śpieszysz, kurwa?
Adam: No niby, kurwa, racja.
Sylwek: Co ci się stało?
Adam: Przypieprzyłem się w skrzynkę...
Sylwek: Jaa, zajebiście!

– W nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie chodzę, chodzę.
– I ja, i ja!
– A w nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie chodzę, chodzę.
– I ja, i ja!
– No, śniadanie jem, jem, jem.
– Tak? Tak?
– A w sklepie kupuję, kupuję.
– Tak? Super!
– No, śniadanie jem, jem, jem.
– Tak? Tak?
– A w sklepie kupuję, kupuję.
– Tak? Super!
– Umówił się, umówił, umówił!
– Jaa, nie!
– On tak całuje, całuje, całuje!
– Ekstra!
– Umówił się, umówił, umówił!
– Jaa, nie!
– On tak całuje, całuje, całuje!
– Ekstra!...
  • Postacie: pasażerki pociągu

Psychoanalityk: Widzę taką alternatywę dla pana. Albo proszki uspokajające i nasenne, albo, i to uważam za jedyną drogę, długotrwałą i bardzo bolesną dla pana psychoanalizę.
Adam: Dlaczego bolesną?
Psychoanalityk: Bo może dowiedziałby się pan o sobie rzeczy...
Adam: Nie sądzę, by ktoś mógł przedstawić mnie w gorszym świetle niż ja sam siebie widzę.
Psychoanalityk: Doszlibyśmy w końcu do tego, kim pan właściwie jest i co chciałby pan naprawdę robić. Słowem: musiałby pan zaistnieć, właściwie, narodzić się po raz wtóry jako samoistna egzystencja niezależna od matki.(...)
Adam: Więc żadnych proszków na to nie ma?
Psychoanalityk: Nie.
Adam: Znajomy mówił mi, że dał mu pan takie przeciwpadaczkowe i dobrze mu zrobiły.
Psychoanalityk: Nie.
Adam: Spał po tym...
Psychoanalityk: Nie.
Adam: Twardo.
Psychoanalityk: Niestety.

O filmie[edytuj]

  • Koterski znalazł formę dla wyrażenia cierpienia współczesnego inteligenta. Bez wsparcia. Znikąd pomocy. Samotność w domu, samotność na zewnątrz, samotność ze swoją wrażliwością.
    • Autor: Marek Kondrat
    • Źródło: Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska, Smakosz, „Newsweek Polska” nr 15, 8–14 kwietnia 2013, s. 40.

Zobacz też[edytuj]