Włodzimierz Steyer (żołnierz AK)

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Włodzimierz Steyer (żołnierz AK) ps. „Grom” (1923–2012) – sierżant podchorąży Armii Krajowej, żołnierz III plutonu Ryszard (późniejszy Felek) 1. kompanii Maciek batalionu „Zośka”. Syn kontradmirała Włodzimierza Steyera.

  • Dla nas 1 września miał być dniem szczególnym, dlatego że wybudowane zostało nowe gimnazjum na ulicy Podleśnej. To miał być pierwszy dzień, kiedy będziemy w nowym gimnazjum. Były przygotowania do nowego gimnazjum, ale niestety do niego żeśmy nie trafili. Pamiętam, że o godzinie – jak to potem mówiono, bo nie pamiętam – czwartej czterdzieści pięć „Schleswig-Holstein” zaczął strzelać na Westerplatte. Mieszkałem w Gdyni pod lasem, na górze, ulica Tatrzańska i za nami, z tyłu był Grabówek, gdzie była bateria polska. Baterie te strzelały nad nami, tak że było słychać trochę pocisków i strzały. Pamiętam, że mama – o tej pewnie czwartej czterdzieści pięć – przyszła do nas i powiedziała, że to pewnie wojna. Rzeczywiście wojna już była. Gdynia została zajęta 14 września.
  • Jak byliśmy w „Zośce”, to z Jankiem „Anodą” jeździliśmy na ćwiczenia na Kabaty. Już z bronią strzelania były. Już było poczucie pewności siebie większe, jak się miało w ręce coś strzelającego.
  • Moim zdaniem, ojca uratowały przed aresztowaniem i wyrokiem jego przeszłość i ostrożność. Przeszłość ponieważ cały okres wojny spędził w obozie jenieckim, nie był więc powiązany ani z londyńskim sztabem, ani z Armią Krajową. Ostrożność – bo nie dał się wmanewrować do procesu, nie dał prokuratorom wojskowym żadnych argumentów, z których mogliby sformułować akt oskarżenia.
  • Ojciec mój był na Helu, jako dowódca Rejonu Umocnionego Helu. Tak że mogliśmy tylko spoglądać, co u nich słychać, bo Hel był często bombardowany, ale mieli dobrą obronę przeciwlotniczą, ileś samolotów zestrzelili. Tak że krzywda specjalnie im się nie działa. Obrona Helu była z początku jako półwyspu, a potem wyspy, dlatego że w najwęższym miejscu, koło Chałup, zostały zakopane głowice torpedowe. Kiedy Niemcy zaczęli atakować, to wszystkie głowice wysadzili, tak że powstała dość duża wyrwa zalana wodą i już z tamtej strony prób zdobycia Helu nie było. Desantów też żadnych nie było. Tak że właściwie Hel poddał się 2 października, jak już właściwie nie było szans dalszej walki, bo już Niemcy zajęli Warszawę. Jeszcze tylko Kleeberg walczył.
  • W 1945 roku w Alejach Jerozolimskich koło hotelu „Polonia” zobaczyłem mundur marynarski i zwróciłem na to uwagę. Poznałem swojego wujka, który szedł z oficerem w mundurze. Podszedłem i to był ojciec. Spytał się wujka: „Który to?”. Nas było dwóch (braci). Tak żeśmy się spotkali po wojnie.
  • Wiem, że ojciec bardzo pogodnie znosił swój los zesłańca – nigdy nie wyczułem w rozmowie z nim goryczy, poczucia krzywdy, żalu. Nie czuł się upokorzony pracą w PKO, ani GS-ie. Był demokratą z natury – tak samo dobrze czuł się wśród generałów, jak i wśród żołnierzy.
  • Wyrzucili z Gdyni wszystkich Polaków. (...) Z matką i bratem wyjechaliśmy do Torunia. Zatrzymaliśmy się u znajomych, ale ledwo zdążyliśmy wejść, zjeść kolację, przyszli gestapowcy i powiedzieli: Diese polnische Familie, raus! W dwie godziny kazali się wynosić, bo przewidywali, że porządny dom pewnie sobie zajmą.
  • Zaczynam wchodzić pod górkę oddzielającą obóz od szosy. Widzę stąd cały obóz i sam oczywiście jestem też dobrze widoczny. Nagle z pobliskiego lasku prosto na mnie wychodzi patrol SS-manów z psami. Spieszą się na obiad. Przed sobą mam drewnianą ubikację. Wchodzę natychmiast i przez szparę obserwuję jak Niemcy oddalają się w kierunku obozu. Opuszczam schronienie i ruszam w kierunku szosy. Do­chodzę na szczyt pagórka porośniętego małym laskiem w momen­cie kiedy szosą nadchodzi pluton SS-manów. Cofam się znowu w kierunku obozu zataczam półkole i wychodzę na szosę już poza SS-manami. Do Stegny docieram bez przeszkód. Tam skręcam na Tiegenhof, obecny Nowy Dwór Gdański. Przy pierw­szym strumyczku zatrzymuję się, ściągam obozowe ubranie z krzyżami, zawijam w niego kamienie i topię w wodzie. Chlebaka pozbyłem się już dawno. Ruszam teraz raźno przed siebie. Po drodze spotykam wracającą z Tiegenhofu grupę więźniów. Widzą mnie ale nie dają po sobie tego poznać, żeby nie zwrócić uwagi eskortującego SS-mana. W Tiegenhofie idę do piekarni. Pracują tam Polacy. Proszę ich żeby kupili mi bilet kolejo­wy, ale stacja obstawiona jest przez żandarmów. Decyduję sit więc iść dalej pieszo do Malborka. Dostaję cały chleb na drogę i ruszam dalej aby być jak najdalej od obozu w momencie kiedy spostrzegą tam moją ucieczkę.