Ryszard Legutko

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ryszard Legutko

Ryszard Antoni Legutko (ur. 1949) – polski polityk, filozof, publicysta i pisarz.

  • Człowiek współczesny staje się coraz głupszy, gdyż ideologia oderwała go od europejskiej kultury, której nie znają i nie rozumieją. Gdy rozmawiam z politykami europejskimi, ludźmi rzekomo wykształconymi, to widzę, że świat sprzed 1968 roku dla nich nie istnieje. Oni żyją wyłącznie w dzisiejszym idiomie i współczesnych schematach. Człowiek taki, jak opisywały go klasyczna filozofia, wielka literatura czy chrześcijaństwo, dla nich też nie istnieje. Dlatego są tak aroganccy, bo przymierzają wszystko do tego prymitywnego tworu, jaki stworzyła ich prymitywna ideologia. Dlatego też uważają, że można we wszystko ingerować, wszystko dekonstruować i konstruować - rodzinę, ludzką wrażliwość, tożsamość narodową, historię, itd. Nie mają szacunku dla człowieka, dla dorobku ludzkiej myśli i dla doświadczenia. W tym też przypominają komunistów, którzy gardzili kulturą i tworzyli nowe środkami politycznymi.
  • Rząd Węgier wprowadził ustawę, która podkreśla rolę rodziny i bardzo mocno przeciwstawia się ingerencjom w jej strukturę - w związek kobiety i mężczyzny. Jeszcze 10-15 lat temu uznano by, że jest to jak najbardziej racjonalne, zwłaszcza, że wszystkie badania i doświadczenie pokazuje, że stabilność rodziny przekłada się na stabilność społeczną - chociażby na mniej patologii. Jeśli strona formacyjna działa na poziomie rodziny, to daje też dobre owoce na kolejnych poziomach społeczeństwa. [...] Oczywiście we współczesnych czasach, jeśli ktoś takie prawo wprowadza - jak zrobili to Węgrzy - naraża się na gniew liberalnych elit europejskich, które realizują straszny eksperyment związany z inżynierią społeczną ingerującą w rodzinę. Przyjeżdża, zatem premier takiego państwa na spotkanie przywódców europejskich i tamci się rzucają na niego, rugają od ostatnich i mu grożą. To niebywałe. To jak na spotkaniu RWPG, gdzie przyjeżdżał Alexander Dubczek i wrzeszczano na niego, co on wyprawia? A to wszystko pod hasłem wolności. I wtedy i teraz: my ci tu coś karzemy, a jak nie to zobaczysz.
  • Z liberałami jest tak: mówią, że są za wolnością, ale zapanuje ona dopiero wtedy, jeżeli wszyscy będą tacy jak oni, czyli będą za liberalnym porządkiem. Zawsze, zatem trzeba zacząć od jakiejś wielkiej czystki - tego wyrzucić, tamtego uciszyć, tego zmarginalizować, tamtemu powiedzieć, co się o nim myśli. A jak już wreszcie narzucą swoja koncepcję, to będzie najwspanialej na świecie.
  • Liczba grzechów, które można dziś popełnić, które się dziś piętnuje jest znacznie większa niż za komuny. Za komuny można było być rewizjonistą, imperialistą, burżujem i oczywiście konsekwencje mogły być bardzo niedobre. Teraz natomiast można być seksistą, homofobem, populistą, mizoginem, binarystą, europocentrystą, rasistą, siewcą mowy nienawiści, transfobem - liczba potencjalnych przewin, myślozbrodni, jak mówił Orwell, jest nieskończona. Żyjemy w czasie, gdzie jest szalenie niebezpiecznie cokolwiek powiedzieć czy cokolwiek pomyśleć, bo zaraz rzucą się na człowieka jako na faszystę, eurosceptyka itd. Sytuacja staje się niezwykle groźna. Kiedy mówi mi się dzisiaj, że żyjemy w świecie wolnym, to mnie ogarnia śmiech. Oczywiście wolności jest na razie więcej niż w PRL-u, ale jednocześnie z niebywałą szybkością rosną jej ograniczenia.
  • Polska inteligencja w takim sensie, jaki kiedyś przyjęto już nie istnieje. Nowy ustrój, kapitalizm, liberalna demokracja, globalizm, Unia Europejska, potężna kultura masowa, etc., to wszystko sprawiło, że nie przeżyła. Warunkami jej istnienia były – troska o Rzeczpospolitą i budowanie świadomości polskiej, zagrożonej przez obce siły. Można powiedzieć, że wobec braku własnych instytucji politycznych, część ludzi wykształconych wzięła na siebie obowiązek pomocy narodowi w przetrwaniu. Inteligentem mógł być zarówno profesor uniwersytetu, który do takiej misji się poczuwał i nie tylko pisał dzieła naukowe, jak i inżynier, który nie tylko budował maszyny czy mosty, lecz widział szerszy cel swojej działalności dla Polski, a także aptekarz, który czytał książki, dbał o swoją bibliotekę, urządzał wieczory muzyczno-poetyckie i wspierał czytelnictwo wśród warstw mniej wykształconych. Teraz profesor jest zajęty swoją specjalnością i karierą, inżynier konstruuje to, co ma skonstruować, a aptekarz sprzedaje lekarstwa. Staliśmy się wąskimi specjalistami pracującymi w naszych zawodach. Sztafaż inteligencki – książki, poezja, muzyka, filozofia, biblioteki, etc. – już nas coraz mniej interesuje.
  • Zachodni ambasadorowie w Warszawie zachowują się jak namiestnicy, otwarcie krytykując rząd w takich kwestiach, jak aborcja, które należą do naszej suwerenności. Mamy powody do szoku. Europejczycy krytykują kolonializm, ale zachowują się tu jak potęgi kolonialne, aby narzucić swój program ideologiczny!
  • Zaangażowanie elit zachodnich w legitymizację komunizmu miało poważne konsekwencje. Komuniści kontynuowali swoją karierę po upadku systemu, a niektórzy z nich weszli do Parlamentu Europejskiego, dołączyli do instytucji europejskich, niektórzy nadal tu są. Przemianowali się na socjaldemokratów, przeskoczyli z wagonu zwanego systemem sowieckim do innego wagonu, który nazywa się Unią Europejską i powitano ich tutaj serdecznie. Z dnia na dzień aparatczykowie i inni towarzysze partyjni stali się entuzjastycznie europejscy. Hipereuropejscy. System komunistyczny powinien zdyskredytować lewicę polityczną w Europie. Niestety tak nie było. W rzeczywistości lewica zdobyła dominującą pozycję w Europie po upadku Związku Radzieckiego. Chrześcijańsko-demokratyczne, konserwatywne, republikańskie partie skapitulowały przed lewicową agendą, co uważam za raczej żałosne, w rezultacie pozwalając, aby duch komunizmu żył nadal. Został poddany recyklingowi, został przyozdobiony, zaktualizowany, został nieco ucywilizowany, przemodelowany, ale ma się dobrze. Lewica zawsze miała pokusy totalitarne i nic dziwnego, że kontynuuje politykę, którą pamiętam bardzo dobrze z moich młodych lat, kiedy żyłem w społeczeństwie komunistycznym.
  • R. Mazurek: Angielski nie był z powodu muzyki, to wiem, ale skąd się wzięła filozofia?
  • R. Legutko: Od początku chciałem studiować filozofię, ale wtedy można było studiować ją tylko jako drugi kierunek, więc wziąłem ją jako drugi.
  • RM: Co młodego chłopaka ciągnie do filozofii?
  • RL: Starsza o pięć lat siostra zdawała z niej egzamin, więc uczyła się z Tatarkiewicza. Zacząłem to wertować i wzięło mnie strasznie, że tam się od razu wali z grubej rury - wielkie pytanie i natychmiast odpowiedź na nie. Jaki jest porządek świata? Równowaga sprzeczności, bach! Takiemu młodemu człowiekowi z miejsca zaczęły się różne rzeczy układać w głowie.
  • RM: Z miejsca taka fascynacja?
  • RL: Niektóre rzeczy wywoływały we mnie duży opór, pamiętam, jak w drugim tomie czytałem o Spinozie i nie mogłem tego rozgryźć, ale to tylko zachęciło mnie do studiowania filozofii, skoro nie mogę czegoś zrozumieć przez lekturę książki.
  • RM: I poszedł pan na studia.
  • RL: A wtedy wszystko się skomplikowało, bo podstawowe pytania o porządek świata są przykryte logiką, metodologią nauki, wieloma rozwijającymi, skądinąd, rzeczami. Bałem się, że mogę wejść w ten techniczny model uprawiania filozofii, odchodząc od tego, co jest najważniejsze. Drugą pułapką, którą odkryłem, było to, że odpowiedzi na podstawowe pytania już padły i można cały czas mówić innymi filozofami, bo już Kartezjusz rozstrzygnął, a Kant opisał. Oczywiście tych mężów trzeba znać, ale trzeba też znaleźć swą drogę, trzeba się wyemancypować.
  • RM: Pan jest kim?
  • RL: Jestem schrystianizowanym Grekiem, zdecydowanym platonikiem, choć w pewnym wąskim zakresie akceptuję też Arystotelesa.
  • R. Mazurek: Pan się najlepiej czuje we własnym towarzystwie?
  • R. Legutko: Czuję się w nim wspaniale, jestem samotnikiem To sprzyja pracy naukowej, skończyłem właśnie książkę.
  • RM: O kim?
  • RL: O presokratykach.
  • RM: Nie miałem przyjemności.
  • RL: Czcigodni starcy. Jarosław Kaczyński pokpiwa: "Cóż można o nich napisać? Jeden powiedział, że woda, drugi, że ogień - cóż tu dodać, jak wyjść poza to?". No to mówię mu: "Nie znasz się", i kończę dyskusję.
  • RM: Nie rozmawia pan z nim o filozofii?
  • RL: On jest bardzo zaciekawiony, nie można przy nim rzucić luźnej uwagi, bo zaraz zaczyna drążyć, jak to jest naprawdę.
  • (...) Europa, a raczej cała cywilizacja zachodnia, jest obecnie rządzona przez konglomerat partii, które nazywają siebie – i są nazywane przez innych – głównym nurtem politycznym. Oznacza to, że zniknął klasyczny podział polityczny na lewicę i prawicę. Obie strony przesunęły się do centrum, a centrum przesunęło się bardzo w lewo (w wyniku wydarzeń związanych z Majem 1968). Polska jest jednym z niewielu krajów, w których nadal istnieje podział na lewicę i prawicę: nie mieliśmy swojego Maja 1968, a ruch konserwatywny miał ogromny udział zarówno w przetrwaniu narodu pod rządami komunistycznymi, jak i w zniesieniu komunizmu. Tak więc konserwatywna strona nadal jest dość silna. I to jest coś, co w oczach głównego nurtu europejskiego (amerykańskiego, australijskiego itd.) stanowi anomalię. Konserwatyści, zgodnie z tym głównym nurtem, nie powinni już dłużej istnieć, zostali wymazani przez falę postępu lub powinni dostosować się do lewicowej ideologii (tak jak niemieccy chrześcijańscy demokraci czy inne podobne partie). To samo dotyczy mediów i środowiska akademickiego. W większości krajów wszystkie one stanowią jeden wspólny front. Te, które do niego nie należą lub mają zastrzeżenia, stanowią niewielką mniejszość. Z tego względu główny nurt nie może powiedzieć nic dobrego ani obiektywnego o Polsce czy Węgrzech: wykracza to poza ich horyzont intelektualny. Nie trudzą się nawet opisywaniem polskiej rzeczywistości, czy wyjaśnieniem problemu swoim czytelnikom i widzom. Ich przekaz stanowi zazwyczaj serię inwektyw i mieszaninę popularnych pejoratywnych kategorii, takich jak „nacjonalizm”, „konserwatyzm”, „ksenofobia” itp.
  • Nie ma rodziny poza rodziną „tradycyjną”. Wszystkie inne związki nie kwalifikują się jako rodzina. Spośród wielu istotnych korzyści, jakie daje nam rodzina, pozwolę sobie zwrócić uwagę na jedną. Rodzina pozwala spojrzeć na siebie z perspektywy dłuższej niż własne życie. Utożsamiamy się z tymi, którzy żyli wcześniej – z rodzicami, dziadkami – i z tymi, którzy przyjdą po nas, a o których chcemy zadbać. Pracujemy dla swoich dzieci i wnuków, wszystkich tych, którzy przyjdą później. Tworzy nam to zupełnie inny obraz swojego życia, a właściwie natury ludzkiej. Kiedy określamy istotę ludzką jako jednostkę, a więc byt, który jest odseparowany od innych i który nie troszczy się o to, kto go poprzedzał lub kto przyjdzie po nim, zwykle dlatego, że nie ma rodziny lub nie ma dzieci albo ma dzieci, które są także oddzielnymi jednostkami, nie mamy poczucia przynależności ani poczucia obowiązku. Stajemy się egoistycznymi, egocentrycznymi, świeckimi, bezbronnymi, nieszczęśliwymi choć ludycznymi atomami społecznymi mającymi obsesję na punkcie ciała i zorientowanymi na prawa. Stawiamy coraz to nowe wymagania, aby zaspokoić nasze ulotne pragnienia. Zatracamy także poczucie innych, bardziej ogólnych obowiązków, takich jak te, które mamy wobec własnego kraju czy uniwersalnego kanonu cnót. Z tego powodu często padamy ofiarą absurdalnych ideologii, które wypełniają wewnętrzną próżnię i dają nam przynajmniej przelotne poczucie sensu życia. Społeczeństwo oparte na silnej rodzinie jest w dużej mierze odporne na takie ideologiczne pokusy.
  • Z wielu powodów – zbyt wielu, by je teraz wyjaśnić – przestaliśmy patrzeć na ludzkie życie jako składające się z kilku różnych etapów, z których każdy ma swoją własną tożsamość, dynamizm i imperatywy: narodziny, dzieciństwo, dojrzewanie, dojrzałość, starość, śmierć. Staliśmy się przekonani, że żyjemy w pewnego rodzaju nieustającym kontinuum: dzieciństwo jest jak dojrzałość, dojrzałość jest jak dzieciństwo, dorastanie może trwać do późnej starości. Z tej perspektywy rodzenie się i umieranie to najbardziej nieprzyjemne okoliczności. Najlepszym wyjściem jest zatem nie mieć dzieci, ponieważ przeszkadzają one w kontinuum życia i odciągają nas od przyjemności, oraz nie doświadczać agonii starości. Aborcja jest bronią, która powstrzymuje nas od pierwszego kłopotliwego położenia, a eutanazja (lub wspomagane samobójstwo, jak to się czasami nazywa) pomaga nam rozwiązać problem drugiego. Współczesna cywilizacja dała nam tak wiele możliwości i przywilejów, że odwróciliśmy się od twardych faktów ludzkiej egzystencji i straciliśmy poczucie powagi.
  • (…) po raz pierwszy od wielu lat mamy szansę wprowadzić pewną równowagę polityczną w instytucjach europejskich. Instytucje te, jak już mówiłem, są od dziesięcioleci rządzone przez tę samą grupę polityczną, która do dziś nie była kwestionowana, niezależnie od tego, kto wygrał wybory europejskie. Doprowadziło to do wielu patologii: ignorowania lub nadwyrężania istniejących reguł, arogancji, politycznej pychy, skamieniałości biurokracji i wielu innych grzechów, które wynikają z posiadania politycznego monopolu. Nic dziwnego, że liczba osób krytycznych wobec UE, a nawet wrogo nastawionych do UE, wzrasta, szczególnie podczas ostatniej kadencji, która przysporzyła więcej wrogów UE niż jakakolwiek inna w przeszłości. Rządząca koalicja nie tylko nie nauczyła się niczego na swoich błędach, ale obiecała kontynuować wdrażanie tego samego programu w przyszłości z większym uporem. Jedyną rzeczą, która może im to uniemożliwić, jest – jak zawsze w polityce – wystarczająco silna opozycja.
  • Prawie dwieście lat temu Tocqueville wyjaśniał, jak w społeczeństwie demokratycznym ludzie mogą, nie będąc świadomymi, tracić intelektualną niezależność. W większości zachodnich społeczeństw w Europie i na innych kontynentach wyłoniła się ideologiczna ortodoksja, która odrzuciła wszelkie inne punkty widzenia poza granice szacunku i legalności. Ta ortodoksja przejęła takie pojęcia jak wolność, pluralizm, tolerancja itd. i zamieniła je w ich przeciwieństwa. Zgodnie z tą ortodoksją, im bardziej jesteśmy homogeniczni i im bardziej bezlitośnie narzucamy ortodoksję innym, tym bardziej uważamy siebie za wojowników wolności, pluralizmu, tolerancji. Przykładem jest Unia Europejska. Będąc pod rządami jednej koalicji politycznej od niepamiętnych czasów, mając sztywną lewicową ideologię polityczną jako jedyny dopuszczalny światopogląd, ich wyznawcy bezlitośnie marginalizują każdego, kto się z nimi nie zgadza. Z biegiem lat stali się organicznie niezdolni do tolerowania jakiegokolwiek sprzeciwu, będąc jednocześnie szczerze przekonanymi, że reprezentują pluralizm.
  • Jeżeli wycięlibyśmy kilka zdań z tego, co powiedział pan Bullman i wymienili je z fragmentem wypowiedzi pana Webera, nikt nie zauważyłby różnicy. Powiem więcej – jestem w stanie wyobrazić sobie pana Bullmana na stanowisku przewodniczącego EPP, a pana Webera na stanowisku przewodniczącego socjalistów i tutaj również nikt nie zauważyłby najmniejszej różnicy. Co więcej, wyobrażam sobie pana Verhofstadta na obu tych stanowiskach. I to również niczego by nie zmieniło. Może z wyjątkiem większej liczby inwektyw
  • Ten typ debaty był tu już przećwiczony wielokrotnie. Nic nowego. To kolejna odsłona ataku na ich demokratycznie wybrane rządy. Rząd Fideszu utrzymuje ogromne poparcie w ciągu ostatniej dekady. Wy mówicie, że nie jest to atak na społeczeństwo węgierskie ale na rząd Węgier. Cóż, ktoś wybrał ten rząd. To nie była Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Jeżeli Wam to nie odpowiada, znieście wybory i ustanówcie kogoś z zewnątrz w roli namiestnika na Węgrzech. Myślę, że pan Timmermans byłby bardziej niż chętny objąć tę posadę. Jak już to zrobicie, zróbcie to samo z Polską. To rozwiąże wszelkie problemy.
  • Tak, obserwujemy demokratyczne przebudzenie. W tym samym czasie liczba osób uważających, że Unia Europejska zmierza w złym kierunku rośnie. Teraz jest to powyżej 40%, w niektórych państwach powyżej 50%. Codziennie tutaj przychodzę i słyszę samouwielbiające, samolubne komentarze: „Jesteśmy tacy dobrzy”, „Tak dobrze wsłuchujemy się w głos obywateli”. To znaczy, że wszyscy ci ludzie są nienormalni? Czy są omamieni przez jakichś demagogów? Nie! Reakcja tych ludzi to efekt finalny tego, co się tutaj mówi i robi. Ta arogancja po prostu staje się coraz bardziej nie do przyjęcia.
  • Proszę Państwa! Gdy upadł komunizm, zaczęto budować w Polsce nowy system sprawiedliwości, uznano, że najlepiej będzie, jeśli kontrolę nad tym systemem sprawiedliwości przejmą korporacje prawnicze. I one dostały władzę, jakiej nie miały w żadnym innym kraju europejskim. Po prostu takiej władzy nie miały, jaką dostały w Polsce. To było o tyle dziwne, że niemała część prawników zachowywała się fatalnie w systemie komunistycznym i powinna była zostać odsunięta. Tak się nie stało. Środowisko oczyści się samo, jak powiedział jeden z ówczesnych, skądinąd bardzo szanowanych prawników, ale środowisko się nie oczyściło. Do tej pory w Sądzie Najwyższym mamy sędziów, którzy gnębili opozycję demokratyczną w czasach komunistycznych.
  • Komisja, niestety, ma ten niedobry zwyczaj, że po prostu ignoruje wszystkie odpowiedzi polskiego rządu i cały czas powtarza to samo. Komisja nazywa to dialogiem albo zaproszeniem do rozmowy. Panie Przewodniczący, to nie jest dialog. To nie jest zaproszenie do rozmowy. Jest takie pojęcie, które temu odpowiada. To jest ultimatum. Mówicie państwo: to ma być zrobione, a jak nie – to będziecie ukarani. To mniej więcej jest dialog, prawda, w stylu Komisji. To jest to, co Szekspir nazwał „the insolence of office”, prawda? To jest taka bezczelność urzędów czy bezczelność władzy. Wszystko możecie zrobić. Uważacie, że wszystko możecie powiedzieć i wszystko nakazać.
  • Jest wysoce prawdopodobne, że Rada zacznie się od gratulacji dla kanclerz Merkel z powodu wygranych wyborów. W rzeczy samej, pani Merkel zasługuje na gratulacje. Po pierwsze dlatego, że wygrała wybory po raz czwarty – co jest nadzwyczajne. Po drugie dlatego, że wygrała je po podjęciu swojej najgorszej decyzji: o otwarciu europejskich granic, nie kłopocząc się konsultowaniem tego z kimkolwiek. To tyle, jeżeli chodzi o solidarność.
  • Kto – podobnie jak ja – uważa, że wyjście Brytyjczyków z Unii jest wielką porażką i wielką stratą dla Unii, mógłby oczekiwać, że przewodniczący powie nam, że niektóre przyczyny brexitu wyeliminowano. Tymczasem nic na ten temat nie powiedziano, a nawet można było odnieść wrażenie, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii jest sukcesem.
  • Przewodniczący Juncker powiedział, że zaproponował kilka scenariuszy, odbyła się dyskusja czy debata. Muszę zapytać: jaka debata? O debacie można mówić wówczas, gdy nie wiemy jeszcze, jakie zostaną wyciągnięte wnioski. Tutaj natomiast wnioski te zostały już wypowiedziane, a nawet przed ich wypowiedzeniem wiadomo było, jakie mają być. Te wnioski to „jeszcze więcej tego samego”, czyli w żargonie europejskim „więcej Europy”.
  • Reguły są nagminnie łamane przez wielkie instytucje Unii Europejskiej, wliczając w to Komisję Europejską, a stosowanie zasady podwójnych standardów stało się nałogowe. Oznacza to, że są grupy, instytucje czy partie, którym właściwie wszystko wolno i uchodzi im to bezkarnie, oraz pozostali, oczywiście słabsi i mniejsi, którym wolno bardzo mało. Zacznijmy więc może od uporządkowania własnego podwórka.
  • Dlaczego reakcja UE i Zachodu jest tak nieadekwatna? Można by pomyśleć, że to właśnie Zachód powinien bronić chrześcijan ponieważ chrześcijaństwo jest zasadniczą częścią naszej cywilizacji. Bez chrześcijaństwa nie istnielibyśmy. Jeżeli my ich nie obronimy, nikt tego nie zrobi. Więc dlaczego tego nie robimy? (...) Jeden z powodów tkwi w głębokich antychrześcijańskich uprzedzeniach. W Europie chrześcijanie stają się obiektem nasilającej się dyskryminacji.
  • Unia Europejska, zamiast stabilizować się, jest coraz bardziej rozkołysana, a Państwo ponoszą za to sporą część odpowiedzialności. Antagonizujecie społeczeństwa, pogłębiacie podziały, nie tylko w Polsce zresztą. Spójrzcie, jak gotuje się w większości krajów europejskich. Zamiast zjednywać sobie sojuszników, szukać wsparcia, produkujecie w coraz szybszym tempie nowych wrogów. Wrogów – mówię – nie reformatorów, takich jak ja czy moi koledzy z mojej grupy, którzy chcą Unię zreformować. Ale to nie może trwać wiecznie. No, jak długo ten proces ma trwać, proces generowania pokolenia nowych wrogów, którzy chcą Unię Europejską rozbić od środka? Jaka jest na to Państwa odpowiedź? Więcej tego samego, tak? Więcej tego samego. To się wszystko może fatalnie skończyć. Wobec tego, na koniec, cóż mogę zrobić? Mogę się odwołać do jakiegoś autorytetu.Dedykuję panu, panie przewodniczący, i Państwu sławne zdanie ze Starego Testamentu, z Księgi Przysłów: „wyniosłość kroczy przed porażką, a duch pyszny przed upadkiem”.
  • Prawda jest taka, że jesteście Państwo organicznie niezdolni do zaakceptowania tego faktu, że mogą istnieć rządy i partie, które różnią się od was poglądami i że te poglądy mają dobre racje.Pluralizm w Unii Europejskiej to jest taki pluralizm jak w przypadku Forda modelu T: mogły być wszystkie kolory, pod warunkiem że był to kolor czarny. W Unii Europejskiej wszystkie poglądy są dobre, pod warunkiem, że to są poglądy zgodne z ortodoksją Unii Europejskiej.
  • Proszę Państwa, otóż w przypadku Polski Komisja Europejska uzurpuje sobie trzy funkcje: oskarżyciela, sędziego i egzekutora – czyli robi coś, co jest właściwie w sprzeczności z prawną, polityczną tradycją europejską. Takie nagromadzenie w jednym ręku trzech funkcji jest charakterystyczne dla europejskiego despotyzmu oświeconego, przy czym jest on, powiedziałbym, ten Państwa despotyzm, coraz mniej europejski, coraz mniej oświecony.
  • Niemcy są krajem zbyt dużym i ważnym oraz mającym bardzo wysoką samoocenę, żeby nie ulec pokusie prowadzenia polityki nie tylko samodzielnej, ale także wykraczającej poza ograniczenia wynikające z UE. Nie jest to mocarstwo globalne, ale jednak kraj któremu jest trochę ciasno w UE. Niemcy używają więc Unię do realizacji własnych interesów. Juncker nie jest poważnym partnerem dla Putina, Erdogana, Trumpa czy premier Wielkiej Brytanii. Takim partnerem jest kanclerz Niemiec i Niemcy są tego świadomi, że ich rola wykracza znacznie poza wyjątkową rolę w UE.
  • Europa uznaje, że problemem nie jest dziś eksterminacja chrześcijan, lecz islamofobia. Uważa się, że z jednej strony mamy terrorystów, z drugiej zaś niebezpieczny potencjał islamofobii, który w każdej chwili może wybuchnąć. Tematu prześladowania chrześcijan nie ma, co wynika – będę się przy tym upierał – z głębokich uprzedzeń antychrześcijańskich, zakorzenionych w obecnych elitach zachodnioeuropejskich.
  • Ochrona chrześcijan jako elementu sfery publicznej jest konieczna. Właśnie usłyszałem, że jakiś radny miejski w Brukseli domaga się usunięcia krzyży na komunalnym cmentarzu. Dziś śmiejemy się z takich absurdalnych pomysłów, ale już za dziesięć lat będzie to traktowane poważnie. Wezmą się za temat politycy, prawnicy i nie będzie już nam do śmiechu. Sądy orzekną, że krzyże owszem, mogą być, ale tylko na prywatnym katolickim cmentarzu, natomiast na komunalnym to już nie.
  • Duża część europosłów ma poglądy centralistyczne i to jest dla nich dobra okazja, żeby się wtrącać w nasze sprawy. A że Unia już dawno przesunęła się na lewo, to każdy rząd konserwatywny jest z konieczności podejrzany. Na to nakłada się kompleks Orbána. Ta artyleria wymierzona w Polskę jest po to, żeby nas na samym początku przydusić, żeby nie powtórzył się casus Orbána, zwłaszcza że jesteśmy krajem większym niż Węgry. I takie sygnały dostawałem: wy idziecie drogą Orbána, nie możemy do tego dopuścić. Z drugiej jednak strony bardzo wielu europosłów z tych grup, które oficjalnie są krytyczne, zarówno chadecy, jak i socjaliści, a nawet liberałowie i zieloni, podchodziło do nas prywatnie, mówiąc: trzymajcie się, popieramy was. A po debacie gratulowali nam świetnego wystąpienia pani premier i mówili, że to w ogóle skandal, że do debaty doszło.
  • Obserwując to, co się dzieje w życiu duchowym Europy, nie widzę na razie sygnału skłaniającego do optymizmu. Jest pewne ożywienie po stronie chrześcijan, głównie katolików, co jest dobrym znakiem. A z tym chodzeniem do kościoła – zależy, o jakim poziomie mówimy. Jeżeli mówimy o zbawieniu, to oczywiście. Ale jeśli mówimy o tożsamości europejskiej, to to, co się dzieje w Kościele, powinno też mieć jakieś publiczne odzwierciedlenie w obyczajach, języku, normach, wyobraźni. A tego nie ma. Obszar zewnętrzny tożsamości europejskiej jest coraz bardziej niewidoczny. Angela Merkel może zatem zachęcać, żeby chodzić do kościoła, ale to nie zamyka tematu, bo kościół to nie jest zamknięta przestrzeń świątyni, ale siła, która od wieków kształtowała ład duchowy, polityczny, prawny, moralny Europy, a dzisiaj pod wpływem samych Europejczyków już kształtować przestała. Niechęć do chrześcijaństwa, a nawet do klasycznych zasad, jest zdumiewająca. Prawo rzymskie znika z programów studiów prawniczych. Podstawowe zasady prawne z tradycji rzymskiej w Unii przestają obowiązywać. Na przykład Nemo iudex in causa sua – nikt nie jest sędzią w swojej sprawie – już nie obowiązuje w UE.
  • (...) w większości państw programy nauczania są niezwykle narodowocentryczne. Francuzi uczą się przede wszystkim o Francji, Niemcy - o Niemczech. Natomiast my jesteśmy światowi. Mnie się to podoba, że wśród lektur jest literatura światowa. Jednak podstawową sprawą powinno być nauczanie narodowej literatury i historii. Taka jest natura nauczania i formowania człowieka. Jeśli się z tego rezygnuje, to pozostaje czysta funkcjonalność - nauczanie wyłącznie umiejętności. Co jest zresztą iluzją. Jak to się widzi na studiach, uczniowie nie mają żadnych umiejętności. Młodzież nie rozumie tekstu. Z prostego powodu - nie czyta książek. Uczniowie czytają tylko fragmenty lektur, żeby ich nie przeciążać. A przecież, jeśli człowiek nie przeczyta odpowiedniej liczby książek, to nie będzie rozumiał tekstu.
  • Demokracja uzyskała tak wysoki status, że niepomiernie rozszerzyła swoje znaczenie, obejmując wszystkie wartościowe elementy życia zbiorowego. Utrwalił się pogląd, że do istoty demokracji zaliczamy także rządy prawa, społeczeństwo obywatelskie, wolność jednostkową, ład moralny oraz wiele innych dobrych rzeczy. Za przejaw mądrości uchodzi przeto stwierdzenie, że jedynym lekarstwem na braki demokracji jest więcej demokracji.
  • Przez długi czas wydawało mi się, że wiedziałem, czym jest Europa – wyobrażałem sobie, że Europa to jest kontynent, dziedzictwo, coś, co trwa od wielu stuleci i coś, co rządziło i rządzi światem. To jest przecież i filozofia, i nauka, i technologia, i prawo, i państwo konstytucyjne, i wiele innych rzeczy. Wiedziałem też, że ta Europa to jest wspaniała sztuka. Równocześnie zdawałem sobie sprawę, że Europa od pewnego czasu znajduje się w kryzysie, bo o tym kryzysie przynajmniej od stu lat się pisze i zwykle te prognozy się sprawdzają. Pisano bardzo intensywnie o kryzysie przed I wojną światową i skończyło się właśnie I wojną światową. Pisano przed II wojną światową i skończyło się jeszcze gorzej. I dalej się pisze. Kryzys jest od pewnego czasu trwałym znamieniem Europy. Nie to jest jednakże dziś najbardziej niepokojące. Ku memu zaskoczeniu okazuje się oto, że Europa to nie tylko to, czego zdawałem się być pewny. Przypominam sobie, że parę lat temu młodzi ludzie z jakiegoś liceum zaprosili mnie na spotkanie i powiedzieli, że reprezentują Klub Europejski. Myślałem, że będą ze mną rozmawiać o Cyceronie i po to mnie zaprosili, ale okazuje się, że nie; oni chcieli ze mną rozmawiać o Unii Europejskiej i zaczęli do mnie mówić dziwnym językiem współczesnej nowomowy – specyficznym „eurospeakiem”. Pomyślałem wtedy z niepokojem: młodzi ludzie, matury jeszcze nie mają, a już mówią językiem sztucznym, schematycznym, służącym raczej zaciemnieniu niż wyjaśnieniu. To właśnie wydaje mi się poważniejszym zagrożeniem dla klasycznej idei europejskiej: od pewnego momentu, kiedy słyszy się słowo „Europa”, to nie ma się na myśli Cycerona czy Dantego, tylko ma się na myśli Barroso, Komisję Europejską, Parlament Europejski, instytucje itd. Dlatego w moim tekście, dla wygody będę mówił o Europie pierwszej i Europie drugiej. Europa pierwsza to jest właśnie dziedzictwo, to jest ta wspaniała kultura, to wszystko, co zostało osiągnięte. Europa druga to jest mała konstrukcja polityczna i paradoksalnie ta konstrukcja polityczna powstała w czasie, kiedy Europa była słaba, tzn. wytracała tempo wzrostu, traciła wpływy w świecie, to były czasy dekolonizacji, upadania kolonii, upadania imperiów. To oczywiście owocowało potwornym „kacem”, różnego rodzaju problemami zewnętrznymi. To była Europa poddana presji dwóch mocarstw. To była Europa, która mniej więcej w 1968 roku symbolicznie bardzo ostro przesunęła się na lewo w wyniku tego, co pod koniec lat 60. działo się w Europie. To była także Europa, która zaczęła wyraźnie się petryfikować jako motor rozwoju, inspiracji intelektualnej, także rozwoju społecznego, gospodarczego, technologicznego. Oczywiście Europa ta odniosła zwycięstwo w zimnej wojnie, ale pamiętajmy, że było to jeszcze bardziej zwycięstwo Ameryki niż Europy. Gdyby to zależało od Europy, to prawdopodobnie ten układ w Europie jako kontynencie nadal by istniał, ponieważ Europa Zachodnia nie była specjalnie zainteresowana silniejszą konfrontacją z imperium sowieckim. Raczej stabilizowała sytuację, niż próbowała ją podważyć. Czynniki upadku imperium sowieckiego były rozmaite, ale akurat Europa Zachodnia miała tutaj wpływ niewielki. Można zatem zapytać: po co więc powstała ta druga Europa? Otóż powstała ona przede wszystkim dla bezpieczeństwa i pokoju. Powstała zatem w swoistym odruchu defensywnym. To były czasy, kiedy świeżo w pamięci była II wojna światowa i wszystko, co się z nią wiązało. Jak się czyta deklarację Schumanna czy w ogóle teksty z tego czasu, to widać to wyraźnie. Pamięć o wojnie i okropnościach wojny była dojmującym i podstawowym doświadczeniem, tak więc chciano zrobić coś, aby zapewnić gwarancję bezpieczeństwa i gwarancję pokoju. Stąd ten pomysł bliższego związku gospodarczego. Wydawało się, że pokój i bezpieczeństwo są zagwarantowane właśnie w ramach wspólnoty o charakterze gospodarczym. Już taka właśnie sieć powiązań ekonomicznych pozwoliła dosyć skutecznie powstrzymywać wszystkie czynniki agresywne, które wywołały wojnę. Wobec tego dlaczego procesy integracyjne mimo wszystko poszły dalej? Pierwsze traktaty posługiwały się przede wszystkim językiem gospodarczym i gdzieś tak od lat 80., a z pewnością od Maastricht zaczął dominować inny język. Był to język jedności europejskiej, język Europy w wersji drugiej. Oto zaczęła do obywateli przemawiać druga Europa, która zaczęła mówić o swojej tożsamości i zaczęła się przedstawiać jako pewien byt, który ma coś do odegrania i ma się jakoś tam zaprezentować, ma swoją aksjologię, ma swoje idee, które chce zrealizować i poprzez które chce przedstawić się tym, kim jest.
    • Źródło: Klasyczne rozumienie Europy, czyli Europa pierwsza i Europa druga, [w:] Unia Europejska. Dylematy XXI wieku, red. A. Kukliński, J. Woźniak, Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego, Kraków 2011, s. 95-97.
  • Tak naprawdę chodzi o zadymę. Rozpuszczeni smarkacze czują się kompletnie bezkarni. To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa – jak chodzi do szkoły i szkoła jest dobra – karany.
    • Opis: na temat petycji o ściągnięcie krzyży z kilku sal wrocławskiego XIV LO.
    • Źródło: wywiad, 2010
  • Ludzie nauki to nie mieszkańcy wieży z kości słoniowej. Zwłaszcza zaś specjaliści z zakresu nauk ścisłych i technicznych są powołani do podnoszenia jakości życia.
  • (…) chadecja od dawna jest chrześcijańska tylko z nazwy. Zachodni chadecy zaakceptowali klasyczny model polityki oraz socjalistyczno-liberalny obraz społeczeństwa. Zupełnie nie widzę dzisiaj wpływu tradycji czy myśli chrześcijańskiej na ich działania. To się ściśle wiąże z problemem sekularyzacji, która jest bardzo głęboka w zachodniej Eu¬ropie. Jedną z jej przyczyn była reformacja, która w praktyce doprowadziła do dominacji państwa nad religią i Kościołami. Wbrew temu, co się sądzi, w Europie - w przeciwieństwie do Ameryki - zasada rozdziału państwa od Kościoła została wprowadzona tylko nominalnie. Faktycznie miało to postać kontroli państwa nad kościołami, a pośrednio nad religią. Dlatego religia nie miała już siły oddziaływać na państwo, bo organizacje religijne i kościoły przestały mieć konieczną do takiego oddziaływania autonomię i siłę. Oczywiście, sekularyzacja to także problem państw, w których reformacji nie było...
    • Źródło: Wywiad Jestem zwykłym polskim katolikiem, "Fronda" 44/45 2008, s. 398.
  • Szansa na ewangelizowanie Europy oczywiście istnieje, tylko żeby ją wykorzystać, trzeba mieć mocne poczucie pewności siebie, a tego Polakom brakuje. Polacy nie wierzą w swoje możliwości i pod tym względem jesteśmy krajem prowincjonalnym. Prowincjusz to taki człowiek, który uważa, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej. Przełamanie tego kompleksu jest warunkiem wstępnym i koniecznym. Jeśli prawdą jest teza, a myślę, że ona jest prawdziwa, iż religia jest potrzebą wpisaną w naturę ludzką, to polskie doświadczenie może się stać doświadczeniem atrakcyjnym dla wielu ludzi na Zachodzie. Najpierw jednak sami musimy sobie zdać sprawę z wartości, jaką jest nasze dziedzictwo. Musimy umieć to dziedzictwo dobrze opisać i promować. Ja nie mówię tutaj o ewangelizacji, bo to jest słowo z wyższego poziomu. Odbyłem wiele rozmów z ludźmi z innych krajów, przeważnie akademikami deklarującymi się jako agnostycy. Oni zwykle mówili: „Wie pan, jestem agnostykiem, ale jak przyjeżdżam do Polski, to dla mnie niezwykle interesujące, że widzę na ulicach księży i zakonnice. To mi pokazuje, że jest taki wymiar życia ludzkiego, o którym myśmy zapomnieli. Mnie osobiście nie pcha w tym kierunku, ale to dobrze, że są miejsca w Europie, gdzie to jest nadal istotna sprawa". Są zresztą różne sposoby oddziaływania. Po śmierci Jana Pawła II przyjeżdżało do Polski wiele osób, które szukały tajemnicy narodu, który wydał tak wielkiego człowieka. Myśmy się wtedy zachowywali dość głupio, bo gdy ci ludzie pytali o fenomen Jana Pawła II, to podkreślaliśmy głównie to, że był „otwarty". Uważaliśmy, że to jest jedyna poprawna odpowiedź, która dotrze do przybyszów z zachodu. Tymczasem papież był wielki swoją katolickością, w głębokim sensie tego słowa, i o ten sens właśnie nas pytano, a myśmy tak postawionego pytania nie mogli pojąć. Przyszłość jest otwarta - również przyszłość chrześcijaństwa w Europie - wszystko zależy od energii i inicjatywy katolików, a w niemałej mierze także polskich katolików. Mają wiele do zrobienia.
    • Źródło: Wywiad Jestem zwykłym polskim katolikiem, "Fronda" 44/45 2008, s. 400-401.
  • Jak Warszawa, Polska odznaczyła się bohaterstwem i za bohaterstwo brutalnie ją skrzywdzono. Jak Warszawa, Polska została przez komunistów spaskudzona i z tej brzydoty trudno się jej wyzwolić (...) Polska dzisiejsza ciągle, podobnie jak Warszawa, sprawia wrażenie kraju sztucznego, żyjącego na niby, bez wyraźnej tożsamości, bez wyraźnego wizerunku, bez identyfikowalnej dla obcych i swoich specyfiki, bez cech rozpoznawalnych wśród innych narodów, bez świadomości, czym jest, jaką ma wartość i jaką rolę do spełnienia.
    • Źródło: Esej o duszy polskiej, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2008, s. 21-22.
  • Powszechnie przyjmowane jest założenie, że jesteśmy narodem historycznym, że naszym przekleństwem jest nadmierna pamięć historii. To fałsz. Tak naprawdę nasza historia zaczęła się w 1945 roku, kiedy nastąpiło wielkie zerwanie ciągłości. Wszystko, co działo się przedtem, to nie tylko inna epoka, to rzeczywistość dla nas bajkowa i faktycznie martwa. Bo w 1945 roku doszło do wielopoziomowej rewolucji. Po pierwsze, nastąpiła gigantyczna zmiana terytorialna, w tym utrata Kresów, czyli naszej ojczyzny symbolicznej. Po drugie, zapanował terror i masowa indoktrynacja. Po trzecie, w efekcie wojny i terroru fizycznie wytrzebiono dużą część narodu i zniszczono jego strukturę. Po czwarte wreszcie, uległa zniszczeniu niebywała ilość tego, co stanowi o ciągłości materialnej – domów, własności, mebli, pamiątek rodzinnych, bibliotek, posesji. Gdyby podobne doświadczenie okaleczenia było udziałem pojedynczego człowieka, pewnie by nie przeżył.
  • Samotność jest składową, a w każdym razie konsekwencją indy­widualizmu. Nie twierdzę, iż indywidualizm prowadzi do samotności, ani że jeśli tylko zgodzimy się na indywidualizm, to prędzej czy póź­niej popadniemy w osamotnienie. Rzecz jest bardziej skomplikowana. Trudno stwierdzić, do jakiego stopnia indywidualizm jako pewna teo­ria ludzkiej natury uzyskała faktyczną społeczną realność, a więc do jakiego stopnia rzeczywiste społeczeństwa upodobniły się do indywi­dualistycznego modelu. Wiemy wszak, że nawet używając określenia „społeczeństwa indywidualistyczne” nie twierdzimy wcale, iż składa­ ją się one tylko z jednostek wchodzących z sobą wyłącznie w relacje kontraktowe. Uważam, iż nowożytny indywidualizm - który nazywam indywidualizmem egalitarnym tak jak reprezentuje go Hobbes, Locke, i Rousseau - zawierał poważny problem, jakiego nie dawało się łatwo rozwiązać: problem tożsamości. Dla Arystotelesa i innych klasycznych filozofów człowiek miał tożsamość wielopoziomową, od najwęższej związanej z jego jednostkowością do najogólniejszej związanej z by­ciem obywatelem czy filozofem. Samotności nie było, gdyż wszyscy byliśmy określeni przez nasze związki rodzinne, gminne, państwowe, a w każdej z tych funkcji byliśmy relatywnie niezależni, zdobywając właściwe dla niej cechy. Określało nas także dążenie do prawdy, co dodatkowo wzmacniało niezależność. Taki obraz natury ludzkiej dos­konale sankcjonował społeczeństwo arystokratyczne i rozmaite formy społecznych hierarchii, lecz skutecznie wykluczał pokusę totalitarną. Istniejące sfery ludzkiej tożsamości nie mogły być ani kontrolowane, ani zawłaszczone przez jedną ideologiczną tożsamość narzuconą czy to przez państwo czy przez partię. Wielopoziomowa tożsamość jest ze swojej istoty nietotalitama.
    • Źródło: Totalitaryzm i ludzka dusza, [w:] Totalitaryzm a zachodnia tradycja, red. M. Kuniński, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2006, s. 52.
  • Utylitaryzm i funkcjonalizm w polityce mają naturalną tendencję do rozszerzania swojego wpływu i zawłaszczania sfery metapolitycznej; samoograniczanie, możliwe w niektórych wersjach konserwatyzmu zakładających bezwzględny dualizm wiecznego i doczesnego, jest im całkowicie obce. Skoro, jak zdają się one zakładać, względność, użyteczność, funkcjonalność stanowią podstawowe kryteria, to tym samym upada podział na zmienną sferę polityczną i niezmienną sferę metapolityczną. Wszystko staje się polityką i bywa mierzone kryteriami użyteczności, funkcjonalności, itd., a z drugiej strony, polityka ta na tyle stała się ukonkretniona, dotyczy funkcji i korzyści bezpośrednio obchodzących jednostki, że zatarciu ulec musi różnica między sferą polityczną a sferą prywatną. Innymi słowy, wszystko jest polityką, łącznie z kulturą i życiem prywatnym, a jednocześnie nic nią nie jest. W socjalizmie ten paradoks wyrażał się w sprzeczności między ideologią likwidacji polityki i państwa, które miały być zastąpione przez Leninowską kucharkę, a praktyką niebywałego rozrostu polityki i państwa. W systemach demokracji liberalnej ten paradoks stracił charakter oszukańczej sprzeczności, bo został praktycznie zrealizowany: stworzono ogromne struktury polityczne stawiające sobie za cel sprostanie niepolitycznym potrzebom człowieka. Wyrażając to inaczej: polityka służy temu, żeby człowiek jak najmniej potrzebował polityki. W ten sposób domena dotychczas zarezerwowana dla rzeczy wiecznych i otwarta dla tych, którzy umieli je dostrzegać, została umieszczona w sferze ogólnie dostępnej, która jednocześnie jest i nie jest polityczna, jest i nie jest prywatna, jest i nie jest metapolityczna; tym samym owe rzeczy przestały być postrzegane jako wieczne.
  • Kiedy w latach osiemdziesiątych Jan Paweł II przejął ideę solidarności i uczynił ją jednym z ważnych elementów swojego nauczania, najpewniej zainspirował się polskim doświadczeniem. Ojciec Święty uogólnił to doświadczenie i nadał mu głębszy oraz uniwersalny sens. Nowością było to, iż papież nie wiązał tego pojęcia z koncepcją ustrojową czy wizją społecznego porządku, ale raczej z koncepcją człowieka, z jednej strony społeczną, z drugiej personalistyczną. Przeciwstawił się tym samym indywidualizmowi rozumianemu w kategoriach biologicznych, ekonomicznych, czy utylitarystycznych, czyniąc solidarność wymogiem moralnej konstrukcji osoby ludzkiej. Wbrew temu, co głosili zwolennicy indywidualizmu, iż więzi społeczne oraz moralne łączące nas z innymi ludźmi stanowią opcje życiowe, z których możemy lecz nie musimy skorzystać, nauczanie papieskie zmierzało do wykazania, iż owe więzi są niezbędne dla pełnego rozwoju człowieka.
  • Republika niezbyt dobrze znosi masowość, gdyż zawiera wyraźny element arystokratyzmu i elitaryzmu. Wychowanie republikańskie jest wychowaniem dzielnych obywateli, o mocnej tożsamości i nawykach moralnych, niezależnych w sądach i decyzjach, kierujących się szacunkiem dla zasad i dziedzictwa przeszłości. Społeczeństwo masowe natomiast generuje ludzi, których można reprodukować jak pop-artowskie dzieła sztuki, ludzi bez silnej osobowości, wyposażonych od początku do końca w treści dostarczone przez kulturę masową i obiegowe stereotypy. Człowiek masowy – jak pisał Ortega – odnosi się lekceważąco do zasad i do tradycji, ponieważ nie rozumie ich sensu. Demokracja i technika dają mu poczucie bezpieczeństwa, a to zaś – w jego mniemaniu – zwalnia z obowiązku szerszych lojalności.
  • W tym zakresie, w jakim liberalizm stwarza ramy współpracy, jest więc najbardziej podatny na zarzuty. Jego ambicje są bowiem ogromne i coraz bardziej apodyktyczne. Od samego początku, przynajmniej od Johna Locke’a, liberałowie – deklarując, iż na sercu leży im wyłącznie wolność jednostki – wypowiadali się kategorycznie na temat tego, jak nie powinno wyglądać państwo, społeczeństwo, życie wspólnotowe i umysłowo-duchowe. Przynajmniej równie często głosili poglądy pozytywne, a więc jak mają funkcjonować instytucje polityczne, ale także rodzina, szkoła, stosunki między rodzicami i dziećmi, między człowiekiem i Bogiem, jak powinny działać Kościoły i jakie doktryny są dopuszczalne. Poglądy w rodzaju „nie wiem” czy „rozstrzygnięcie wykracza poza przyjęte założenia” nie pozostawały w zwykłym wyposażeniu liberałów. W „systemie wolności”, który sobie stworzyli, wszystko było wiadome. Wystarczy przeczytać dzieła epistemologiczne, teologiczne oraz edukacyjne Locke’a. Niemal każdy aspekt życia ludzkiego jest tam uregulowany, rozstrzygnięty i przesądzony. Nie wolno ograniczyć się do ustroju politycznego. Liberalne muszą być teologia, edukacja, rodzina, obyczaje, prawo, kościoły, stosunki między dwojgiem ludzi. Od ładu ogólnoświatowego po szkołę gminną – wszędzie pojawia się liberał z nachalną ofertą stworzenia ram. Jeśli coś nie będzie liberalne, to – taki wniosek wyłania się z lektury Locke’a i jego następców – ów naturalny system wolności nie utrzyma się i odrodzi się tyrania. Liberalne ramy współpracy nie ograniczają się więc do państwa, czy kontynentu, ale mogą i niezwykle często bywają reprodukowane w małych wspólnotach czy strukturach, które w liberalnym sumieniu uchodzą za niewystarczająco liberalne.
  • W przeciwieństwie do tego, co twierdzą liberałowie, postawa moralnego minimalizmu nie redukuje konfliktogenności, natomiast niewątpliwie prawdą jest, że przywiązanie do niej wikła często w paradoksy. Rodzi ona mianowicie z jednej strony nadmierne fobie, a z drugiej nadmierną tolerancję. Fobie te są najczęściej nakierowane na wszystko, co budzi podejrzenie odejścia od minimalizmu, a co kojarzy się z zwykle z tradycyjnymi lojalnościami, a więc z metafizyką, religią, odziedziczonymi praktykami społecznymi, więziami etnicznymi i narodowymi, itd. Nawet u najwybitniejszych współczesnych liberałów spotykamy wynikające z owych fobii przekonanie, że wszelka etyka, która nie jest minimalistyczna, stanowi poważne polityczne zagrożenie; ma ona bowiem w sobie dynamikę, która sprawia, iż "w ostatecznym rozrachunku" każdy nieminimalista może przekształcić się w inkwizytora, faszystę czy ksenofoba. Wszystko, co nie jest minimalistyczne, jest więc potencjalnie maksymalistyczne, a zatem skrajnie represywne.
  • (...) tolerancja liberałów bierze się stąd, iż znacznie życzliwiej podchodzą oni do tego, co znajduje się poniżej moralnego minimum, niż do tego, co znajduje się powyżej. Stąd nie ma u nich mocnego stanowiska wobec rozmaitych form społecznej patologii, politycznego cynizmu czy moralnego nihilizmu, które są, według nich, "politycznie obojętne". Wszystkie one, jakkolwiek prywatnie naganne, są jednak publicznie tolerowalne, w przeciwieństwie do nadmiernego moralizmu, który prywatnie może być godny pochwały, natomiast publicznie stanowi śmiertelne zagrożenie. Stąd bierze się nader oględny stosunek do postkomunizmu, który już dawno wyczerpał swoje przesłanie moralne i występuje wyłącznie jako technologia zdobywania i utrzymywania władzy lub polityczny cynizm (SLD), względnie jako populistyczny nihilizm (tygodnik "Nie"). Obniżenie progu moralności publicznej skłania jednak do tego, iż poza obszarem zainteresowania liberałów są procesy, które wydają się naganne nie tylko z pozycji maksymalistycznych, ale również z pozycji zdroworozsądkowego centrum. Widać to w nastawieniu do prawodawstwa i obyczaju wzmacniających rolę rodziny i przeciwstawiających się mnożeniu uprawnień. Jeśli bowiem tak wiele rzeczy pozostaje poza obszarem publicznej moralności, to nie ma powodu, by kolejne grupy nie zagospodarowywały tego obszaru zgłaszając swoje partykularne uprawnienia. Skoro zasady moralności katolickiej są jedynie grupowymi roszczeniami obecności w życiu społecznym, to nie ma powodu, by z alternatywnymi roszczeniami nie wystąpili zwolennicy tygodnika "Nie". Żyjemy wszak w pluralizmie i wszyscy mają możliwość domagania się uprawnień. Zwolennicy tygodnika "Nie" z pewnością nie zagrożą moralności minimalistycznej, a więc nie podważą systemu pluralistycznego; co do zwolenników zasad moralności katolickiej liberałowie takiej pewności nie mają. Z dwojga złego Urban wydaje się mniej groźny.
  • Napisałem iż nie wierzę w praktyczne przeprowadzenie dekomunizacji. System upadł na tyle dawno, a nowa rzeczywistość ustabilizowała się na tyle mocno, iż przestałem ową niemożność uważać za oburzającą. Trzeba nauczyć się działać w takiej sytuacji, jaka jest, a nie w takiej, jaka być powinna, Z tego wszakże nie wynika, iż akceptując tę sytuację uznajemy idee, które ją usankcjonowały. Godząc się na obecność byłych komunistów w życiu publicznym, nie musimy godzić się na obecność ich poglądów w naszych umysłach
    • Źródło: Ich baza, ich nadbudowa?, „Życie”, 31 sierpnia 1998.

O Ryszardzie Legutce[edytuj]

  • Było to w maju 1988. W Hucie im. Lenina trwał strajk hutników. W tym samym czasie filozofowie na inny sposób protestowali przeciw komunizmowi. Na nielegalnym seminarium prowadzonym przez młodego dr. Legutkę analizowaliśmy "Etykę nikomachejską" Arystotelesa. Któregoś dnia po zajęciach szliśmy ulicą Grodzką w kierunku Rynku. Ostatnie promienie słońca wydobywały urodę zaniedbanych, śmierdzących kamienic. "Życie jest piękne" - powiedział w pewnej chwili Legutko. "Jest maj, świeci słońce i komunizm zdycha" - dodał. Parsknąłem śmiechem z udanego żartu. Ale kiedy spojrzałem na jego twarz, śmiech zamarł mi na ustach. Zobaczyłem bowiem, że mówi całkiem poważnie. "Zwariował. Gdzie on widzi koniec komunizmu?" - pomyślałem.