Przejdź do zawartości

Pamiętnik z powstania warszawskiego

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów

Pamiętnik z powstania warszawskiego – książka Mirona Białoszewskiego.

Cytaty z książki

[edytuj]
  • 1 sierpnia we wtorek 1944 roku było niesłonecznie, mokro, nie było za bardzo ciepło. W południe chyba wyszedłem na Chłodną (moja ulica wtedy, numer 40) i pamiętam, że było dużo tramwajów, samochodów, ludzi i że zaraz po wyjściu na rogu Żelaznej uświadomiłem sobie datę — 1 sierpnia — i pomyślałem sobie chyba słowami:
    „1 sierpnia — święto słoneczników".
  • 18 września – w biały dzień – nadleciała nagle masa amerykańskich samolotów. I całe niebo zaczęło fruwać. Od kolorowych spadochronów. Naprawdę były kolorowe. I to na różnie. Opuszczały się długo. Jak na naszą krótką cierpliwość. Coś miały poprzypinane. Czekaliśmy co. Okazało się, że coś tam z broni. Bandaże i książki. Okazało się nie tak od razu. Bo żaden spadochron nie wylądował koło nas. był chyba tego dnia trochę powiew wiatru. Nawet wydaje mi się, że pogoda wyjątkowo nie ta upalna. Więc znosiło gdzieś te spadochrony. Już-już zdawało się, że na nas. A tu nie. No i wcale nam się nie zdawało. Bo większość tego poleciała na stronę niemiecką.
  • bombardowanie, piekło, tłok, już się nie da wytrzymać
    i tu w tych bombach
    wiu
    wiuuu
    wijuuuuu
    • Źródło: s. 78.
  • Czyli czwarty raz to samo. I znów trzeba będzie zacząć godzić się ze śmiercią. Albo z urwaniem ręki czy nogi. To, że ktoś z nas zginie, to się nie myślało, że osobno. Zawsze myślało się, że się zginie razem.
  • Dla Polski Warszawa przede wszystkim paliła się.
  • Dlaczego nie mogłem opędzić się od Zaduszek? Bo szliśmy tak, jak się wychodzi z cmentarza w Zaduszki.
  • Dni się tak nie rozróżniało za bardzo. Ale to jedno święto – 15 sierpnia (wypadało we wtorek) – nagle postanowiono obejść, uczcić. Na przekór. Od rana. (…) Tym razem czekało się też na Cud nad Wisłą. Też z nimi. Po drugiej stronie. I za Żeraniem. Ale żeby przyszli.
  • Do pomysłów Ojca należało wykorzystywanie umarłych, czego przykład już jeden dałem. Ale było ich więcej. Braliśmy marmoladę, chleb i te różne jedzenia na kartki na nazwiska chyba czterech nieboszczyków. Oczywiście bliskich. Ale wtedy takie rzeczy się robiło. Czego się wtedy nie robiło?
  • Dużo było modlitw, w których brało się udział. Byłem wtedy na jakiś sposób jeszcze wierzący.
  • Dużo. Dużo. Często. Buuu-uu-u. Samoloty. Jak ból zęba. I pogoda. Upał. Niebieski. A tu siwo! I
    uu-uu-uu-uu-uu...
    wjuuumm-uu-u...
    wiiijjjjjuuuuuu-uuu-trzask!
    wiiiiiii...jjuuu-... trzask.
    Po dniach. Trzech. Wielkiej sraczki. I wielkiego rzygania.
  • — Dzień dobry pani.
    — Dzień dobly.
    — Pani dom ppalony?
    — Ppalony — i machnięcie ręką — a pani dom ppalony?
    — Ppalony...
  • I znów zapadła we mnie zgoda na śmierć. Chodziło tylko o sposób. Halina mówiła:
    — Ja uważam, że najlepiej trzymać się za ręce.
  • Każda garść sucharów to życie na dzień.
  • Ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy.
  • Nie wiem, czy najpierw zaczęło się bombardowanie, czy wielka sraczka. Wiem, że najpierw Swen. Zaczął latać. Do wychodka na podwórku. Z trzeciego piętra. I to co i rusz. Sraczka i rzyganie. Wielkie. To i to. (...) U nas za to leżały trupy na podwórku. Już od soboty. A łachy z tych trupów, takie różne zakrwawione kapoty, wisiały na klamce wychodka. Więc jak się zaczęła nasza lataczka, to nam to nie było miłe.
  • Nie wiem, czy to tego dnia pod wieczór, czy poprzed niego, siedzieliśmy z Celinką i Swenem na dwóch środkowych schodkach i zaczęliśmy mówić, czy przeżyjemy.
    — Wiesz — uśmiechała się Celinka — ja mam takie przeczucie, że przeżyję.
    — Ja też — powiedział Swen.
    Celinka na to z uśmiechem:
    — Tak, ale moja koleżanka mówiła to samo i zginęła.
  • Od bomb i samolotów - wybaw nas, Panie,
    Od czołgów i goliatów - wybaw nas, Panie,
    Od pocisków i granatów - wybaw nas, Panie,
    Od miotaczy min - wybaw nas, Panie,
    Od pożarów i spalenia żywcem - wybaw nas, Panie,
    Od rozstrzelania - wybaw nas, Panie,
    Od zasypania - wybaw nas, Panie...
    • Źródło: s. 49.
  • Swoją drogą, musieliśmy wtedy wyglądać dziwnie. I cywile. I powstańcy. Nie byli znowu wcale do siebie tacy niepodobni. Wszyscy ludzie, co wyłazili wtedy z Warszawy, byli do siebie podobni i zupełnie niepodobni do innych.
  • Szła groza, jakiej dotąd nie było.
  • Śmierć była zasadą. Największą możliwością. Prawie jedyną! Prawie jak sto procent.
  • Teraz mam czterdzieści pięć lat, po tych dwudziestu trzech latach, leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, jest październik, noc, 67 rok, Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców.
  • Za kuchniami tuż bawiły się dzieci. A za dziećmi na tle krzewów nad rowem na długich żerdziach zupełnie polowej latryny siedzieli szeregiem mężczyźni i srali.
    • Źródło: s. 241.

O książce

[edytuj]
  • Były to lektury [twórczość Tucydydesa, Ksenofonta, Juliusza Cezara], które mnie nawet trochę zmobilizowały do napisania Pamiętnika z powstania warszawskiego. Przekonałem się na tych autorach, że warto i trzeba pisać, skoro się było w środku takiego wydarzenia. I że trzeba pisać jak oni.
  • Chciałem, żeby wszyscy się dowiedzieli, że nie wszyscy strzelali, chciałem napisać o powszechności powstania.
  • Przez dwadzieścia lat ten temat mnie gniótł. Myślałem o formie, ale było za blisko, albo za dużo rzeczy się pamiętało. Wydawało mi się, że to nieprzekładalne na język, rzecz ciągle otwarta, nie do zamknięcia w formie. A potem już wiedziałem, że to ma być proste, poza sprawą formy. Po prostu siąść i pisać.