Desperado

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

Desperadofilm akcji produkcji amerykańskiej z 1995 roku w reżyserii Roberta Rodrigueza i z jego scenariuszem.

Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.

Wypowiedzi postaci[edytuj]

  • Dziwne, że łatwiej jest pociągać za spust, niż grać na gitarze. Łatwiej niszczyć niż tworzyć.
    • It's strange how pulling a trigger is easier than playing the guitar. Easier to destroy, than to create. (ang.)
    • Postać: El Mariachi

Bucho[edytuj]

  • Ludzie, nie widzicie, że jest, kurwa, zamknięte?!
    • Can't you people see that we are fucking closed? (ang.)
    • Opis: do klientów wchodzących do baru pełnego trupów.
  • Nie umieć znaleźć kogoś, kto łazi po naszym mieście, to jedno. To mogę zrozumieć. Ale nie mogę pojąć, że pozwoliliście mu zwiać, chociaż wiedzieliście, gdzie jest. Jeździcie w kółko, widzicie obcego i już po nim. To takie trudne?
    • It's one thing if you can't find someone running around the city hiding any place he chooses. I can understand that. What I can't understand is how you let him get away when you knew where he was! Now you drive around town. You see someone you don't know, you shoot them. How hard is that, huh? (ang.)
    • Opis: do członków swojego gangu po ucieczce El Mariachiego i Caroliny z księgarni.
  • To znowu ja. (Prawa Ręka przywozi zwłoki Navajasa). Ten facet, którego przysłałeś – jak on wygląda? (Słucha). Po prostu żebym wiedział. Żeby moi ludzie się nie pomylili. (Słucha). Ciemne włosy, ciemna skóra. Domyślam się. Jakieś znaki szczególne? (słucha) Tatuaż na piersi. Tatuaż kobiety na piersi. (Prawa Ręka rozpina kamizelkę Navajasa, ukazując tatuaż kobiety na jego piersi). Co jeszcze? Jakaś broń? (słucha) Noże do rzucania. (Prawa Ręka wyciąga zza paska Navajasa nóż do rzucania).I...? (Słucha). I drobne na telefon, żeby mógł ci składać raport. (Prawa Ręka rozsypuje drobne na telefon na zwłokach Navajasa). Tak, jasne. Tyle starczy, dzięki. Nie wejdziemy mu w drogę. Tak, dzięki. (Rozłącza się). Kurwa!
    • Opis: rozmowa przez telefon.

Dialogi[edytuj]

Buscemi: A co będzie, gdy on będzie martwy?
El Mariachi: Kiedy Bucho będzie martwy... to się skończy. On jest ostatni.
Buscemi: Koniec zemsty? Oko za oko i takich pierdół? Wtedy będziesz wreszcie zadowolony?
El Mariachi: Tak myślę.
Buscemi: Mam nadzieję. Bo ja już nie mam jaj, żeby to ciągnąć.
El Mariachi: Nigdy nie miałeś.
Buscemi: Ty też nie.
– What happens when he's dead?
– When Bucho is dead... it's over. He is the last one.
– End of payback? An eye for an eye and all that crap? You finally going to be satisfied?
– I think so.
– I hope so. Because I don't have the stomach for this anymore.
– You never did.
– Neither did you. (ang.)

El Mariachi: Carolino, podziękowałem ci?
Carolina: Nie.
El Mariachi: Zrobię to.
– Carolina, did I thank you?
– No.
– I will. (ang.)

Niski barman: Co chcesz?
Buscemi: Piwo?
Niski barman: Mam tylko Chango, ciepłe jak szczyny.
Buscemi: To moja marka. (Puszcza oko, niski barman nalewa mu piwa). O, dobre jak cholera. Muszę powiedzieć, że to najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek piłem. Prawdę mówiąc...
Niski barman: Coś jeszcze podać?
Buscemi: Cieszę się, że żyję. Byłem w pewnym miasteczku, parę miast stąd... Znasz Saragosę? Poszedłem tam do baru, innego niż ten. Dawali piwo, nie tak dobre jak tutaj, ale prawie. I widziałem tam coś, w co w życiu mi nie uwierzysz. Siedzę tam sobie, rozumiesz, sam ze sobą w tym barze. Jest pełen (głośno): prawdziwych mętów. To znaczy, nie tak, jak tutaj. Nie, na prawdę złych. Jakby chodziło im o to, żeby nie być dobrymi. W każdym razie siedzę sam, bo tak lubię. W międzyczasie coś się zaczyna dziać, zaczęli kombinować coś pod stołami. Nie afiszowali się z tym... ale się też nie ukrywali. Więc siedzę tam. I wtedy wchodzi największy Meksykanin, jakiego w życiu widziałem. Wielki jak cholera jasna. Po prostu sobie wchodzi jak do siebie. I nikt za bardzo nie wiedział, co z nim zrobić, albo co o nim myśleć. Po prostu tam był i sobie szedł. Był też dość ciemny. I nie chodzi tu o ciemną skórę. Nie, to było coś innego. To było tak, jakby on zawsze chodził w cieniu. To znaczy, zawsze kiedy szedł w stronę światła, kiedy już myślałeś, że ukarze się jego twarz... to się nie ukazywała. Tak, jakby światło przygasało tylko dla niego. (Tavo mówi coś po hiszpańsku, Meksykanie wybuchają śmiechem). Więc... ten facet siada przy barze, zamawia wodę sodową, rozsiada się, nic nie mówi.
Niski barman: Zamówił wodę sodową?
Buscemi: Nie interesowało mnie, co zamówił. Interesowało mnie, co niósł. Swojego rodzaju walizkę, dość ciężką. I posadził to coś obok siebie, jakby to była dziewczyna. I wtedy, niespodziewanie, drań przemówił. Wiadomo, że mówił o czymś ważnym, bo zaniepokoił barmana. Zwłaszcza, kiedy wspominał... Powiedział coś, jakby... „bicz”, albo... „Bucho”. (Buscemi rozgląda się, Meksykanie wyglądają na zaniepokojonych) To właśnie powiedział. (głośno) Bucho! Poważnie wkurzył barmana. Niektórzy z tych niesympatycznych kolesi... nie takich, jak chłopcy tutaj, ale prawdziwych szumowin, też się wkurzyło. Zaczęli wyciągać pistolety i noże. Zaczęło im odwalać. I wtedy nieznajomy... zeskakuje ze stołka! Wyskakuje na sam środek pokoju ze swoją walizką, nurkuje w sam środek! Nie wiem, co tam robi, ale otworzył tą walizkę w dwóch ruchach i wyciągnął największą giwerę jaką, kurwa, w życiu widziałem! I wtedy się zaczęło!
Niski barman: A ty tak po prostu tam stałeś? Nie schowałeś się, ani nie przyłączyłeś?
Buscemi: Całkowicie zamarłem! Mogłem tylko patrzeć jak... to coś rozwala lokal. To było niesamowite. Mordercze bydlaki ruszały naprzód i napotykały zasłużoną śmierć. Nie zrozum mnie źle, to nie była kulturalna ekipa, jak tutaj. Niezupełnie. To były światowej klasy gnoje. Wybacz, ale dostali to, na co zasłużyli. To była Noc Sądu. On złapał jednego z tych facetów, jedynego, który jeszcze oddychał. Zaczął wyciągać z niego informacje. A z ich szeptów wychodziło na to, że facet puszcza farbę. Papla, chlapie, gada jak najęty. Powiedział nieznajomemu wszystko.
Niski barman: Wszystko?
Buscemi (spogląda na swój kufel z piwem): Mogę dostać czystszy kufel? Ten jest brudny.
Niski barman (pluje Buscemiemu w twarz): Pierdol się, pan! To jest najczystszy, jaki mam!
Buscemi: W każdym razie... niespodziewanie... bez żadnego ostrzeżenia czy uprzedzenia... nieznajomy rozgląda się wokół... i widzi... mnie.
Niski barman: Widziałeś jego twarz?
Buscemi: Jego twarz? Nie. (Nachyla się w stronę niskiego barmana). Jego oczy.
Niski barman: I nic ci nie zrobił?
Buscemi: Właściwie nie. Obrócił się do kolesia na podłodze. Nieznajomy rozwalił go, podszedł do barmana, zapłacił i wyszedł.
Niski barman: Barman przeżył? (Śmieje się). Barmana nigdy się nie zabija!
Buscemi: Ale... gdy zbliżał się do drzwi... Nie, stary, barman zginął śmiercią gorszą niż pozostali.
Niski barman: Masz. (Podaje kufel piwa). To na koszt firmy. (Buscemi chce wziąć piwo, niski barman zabiera je w ostatniej chwili) O ile zapamiętałeś jego twarz.
Buscemi: Dzięki, ale nie, dzięki. Zmywam się stąd. Bo wydaje mi się... że on już tu jedzie. Dzięki, chłopaki! Trzymajcie się! (Wychodzi z baru).

Turystka: I jeszcze jedno, wasze piwo smakuje jak siki.
Niski barman: Wiemy.
Tavo: Sikamy do niego!
Niski barman: I nie tylko!
– And another thing, your beer tastes like piss.
– We know.
– Because we piss in it!
– Short Bartender: And that's not all! (ang.)

Niski barman: Masz coś w futerale na gitarę?
El Mariachi: No.
Niski barman: Co?
El Mariachi: Moją gitarę.
– You got something in the guitar case?
– Yeah...
– What?
– A guitar... (ang.)

El Mariachi (spowiada się): Pobłogosław mnie, ojcze, albowiem zabiłem kilku ludzi.
Buscemi (ukryty w konfesjonale): Nie chrzań!
– Bless me, Father, for I have just killed quite a few men.
– No shit! (ang.)

Kurier: To mi przypomina pewien żart. Koleś wchodzi do baru, podchodzi do barmana i mówi: „Barman, załóżmy się. Stawiam 300 dolarów, że uda mi się naszczać do tamtej szklanki i nie uronić ani kropli.” Barman patrzy na szklankę. Stoi jakieś 3 metry stąd. Patrzy i mówi: „Mówisz, że stawiasz 300 dolarów, że naszczasz stojąc tutaj do tamtej szklanki i nie uronisz ani kropli?” Klient patrzy na niego i mówi: „Właśnie tak.” Barman mówi: „Umowa stoi.” Koleś na to: „Do roboty”. Wyciąga swój interes. Myśli o szklance. Myśli o szklance. Myśli o fiucie. Fiut, szklanka, fiut, szklanka, fiut, szklanka, fiut, szklanka. I wtedy wypuszcza strumień. Szcza po całym barze. Szcza na ladę. Szcza na stołki, na podłogę, na telefon. Na barmana! Szcza wszędzie z wyjątkiem jebanej szklanki! Barman się śmieje. Jest bogatszy o 300 dolarów. Szczyny ciekną mu po twarzy. Mówi: „Ty pojebany idioto! Nalałeś wszędzie z wyjątkiem szklanki! Wisisz mi 300 dolarów, puta”. Koleś na to: „Daj mi chwilkę.” Odchodzi od lady. Paru facetów gra tam w bilard. Podchodzi do nich. Wraca do lady. Mówi: „Masz. 300 dolarów.” Barman na to: „Czego się cieszysz? Straciłeś 300 dolarów, idioto!” Koleś mówi: „Widzisz tamtych facetów? Założyłem się o 500 dolarów z każdym, że naszczam ci na ladę, na podłogę, na telefon i naszczam na ciebie, a ty nie tylko się nie wkurzysz, ale jeszcze będziesz się z tego cieszył.” (Śmieje się). Śmieszne jak cholera, co? „Będziesz się z tego cieszył.”
Niski barman: (Wyciąga pistolet). Wiesz co? (Strzela kompanowi kuriera w twarz). On mi nie podszedł. Ty... ty mi podszedłeś jak najbardziej.
Kurier: Cóż, wiedziałem, że tak będzie, bo ja i Buko znamy się od dawna.
Niski barman: Bucho.
Kurier: Z nim też. A tego kolesia poznałem dopiero dziś.

Zobacz też[edytuj]