Wściekłe psy

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacja, szukaj

Wściekłe psy (ang. Reservoir Dogs) – amerykański film sensacyjny z 1992 r. w reżyserii Quentina Tarantino. Autorami scenariusza są Roger Avary i Quentin Tarantino.

Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.
  • Pan Brązowy: Pozwólcie, że powiem wam, o czym jest Like a Virgin. Jest o dziewczynie, którą kręci facet z wielkim chujem. Cała piosenka. To metafora wielkich chujów.
    Pan Blond: Nie, nie. To jest o dziewczynie, która jest bardzo wrażliwa. Została wydymana parę razy. I wtedy spotyka gościa, który jest naprawdę wrażliwy…
    Pan Brązowy: Ej, ej, ej, ej, ej… Po czasie. Opowiadaj takie jebane pierdoły turystom.
    Joe Cabot: Toby… Kto to, kurwa, był Toby? Toby…
    Pan Brązowy: Like a Virgin nie jest o miłej dziewczynie, która spotyka miłego faceta. O tym jest True Blue i tu zgoda, nie przeczę.
    Pan Pomarańczowy: Które to True Blue?
    Grzeczny Eddie: True Blue było zajebistym hitem Madonny. Nawet się nie interesuję tym popowym gównem, ale przynajmniej słyszałem o True Blue.
    Pan Pomarańczowy: Słuchaj, dupku, nie powiedziałem, że nie słyszałem o tym. Pytałem tylko jak to idzie. Wybacz, że nie jestem największym fanem Madonny na świecie.
    Pan Blond: Osobiście nawet dobrze mi bez niej.
    Pan Niebieski: Lubiłem jej wczesne piosenki. Wiecie, Lucky Star, Borderline, ale kiedy weszła w tą swoją fazę Papa Don’t Preach, nie wiem, rzuciłem to.
    Pan Brązowy: Hej, panowie, przez was tracę wątek. Mówiłem o czymś, co to było?
    Joe Cabot: A, Toby to była ta Chineczka, jak ona miała na nazwisko?
    Pan Biały: Co to?
    Joe Cabot: Znalazłem ten stary notes z adresami w kurtce, której od dawna nie nosiłem. Jak ona miała na nazwisko?
    Pan Brązowy: O czym ja, kurwa, mówiłem?
    Pan Różowy: Mówiłeś, że True Blue jest o gościu, o wrażliwej dziewczynie, która spotyka miłego gościa, a Like a Virgin jest metaforą wielkich chujów.
    Pan Brązowy: Pozwólcie, że powiem wam o czym jest Like a Virgin. Jest o lasce, która jest prawdziwą ruchającą machiną, mówię wam, rano, wieczór, we dnie, w nocy, chuj, chuj, chuj, chuj, chuj, chuj, chuj, chuj, chuj.
    Pan Niebieski: Ile to jest chujów?
    Pan Biały: Wiele.
    Pan Brązowy: Któregoś dnia spotyka tego skurwiela Johna Holmesa i wtedy jest, o, maleńka, to znaczy ten sukinkot jest jak Charles Bronson w Wielkiej ucieczce, on kopie tunele. Teraz, kiedy zostaje porządnie wypierdolona, czuje coś, czego nie czuła od dawien dawna. Ból. Ból.
    Joe Cabot: Chew? Toby Chew?
    Pan Brązowy: To boli. To ją boli. Nie powinno tak być, wiecie, z jej pipą powinno być wszystko w porządku, ale gdy ten sukinkot ją rucha, to boli. Boli jak za pierwszym razem. Jak widzicie ból przypomina ruchającej machinie jak to było, gdy była dziewicą. A więc Like a Virgin.
    Joe Cabot: Wong?
    Pan Biały: (zabiera Joe’mu notes) Dawaj to gówno.
    Joe Cabot: Co ty sobie do cholery wyobrażasz? Oddaj mi mój notes!
    Pan Biały: Rzygać mi się chce, jak tego, kurwa, słucham, Joe, oddam ci to, jak będziemy wychodzić.
    Joe Cabot: Jak to oddasz mi, jak będziemy wychodzić, oddaj to teraz.
    Pan Biały: Przez ostatnie piętnaście minut mamrotałeś jakieś imiona. (przewraca kartki) Toby? Toby Wong. Toby Wong? Toby Wong. Toby Chung? Jebany Charlie Chan. Lewym uchem wyłazi mi wielki chuj Madonny, a Toby Japonka… Jak-Jej-Tam wyłazi mi prawym.
    Joe Cabot: Oddaj mi ten notes.
    Pan Biały: A przestaniesz?
    Joe Cabot: Będę robił co mi się, kurwa, zachce.
    Pan Biały: To niestety będę go musiał zatrzymać.
    Pan Blond: Hej, Joe, chcesz, żebym zastrzelił gościa?
    Pan Biały: Kurde… Choćbyś strzelił do mnie nawet we śnie, lepiej obudź się i przeproś!
    Grzeczny Eddie: Słuchaliście Przebojów lat 70 K-Billy’ego w ten weekend?
    Pan Różowy: Tak, było zajebiście.
    Grzeczny Eddie: Uwierzyłbyś, co puszczali?
    Pan Różowy: A wiesz co kiedyś słyszałem? Heartbeat, It’s A Lovebeat małego Tony’ego DeFranco I Rodziny DeFranco. Nie słyszałem tej piosenki od jebanej piątej klasy.
    Grzeczny Eddie: Jak się tu wybierałem, puścili The Night the Lights Went Out in Georgia. Nie słyszałem tej piosenki, od kiedy przestała być hitem, a kiedy była, słyszałem ją milion miliardów, kurwa, razy. Ale po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że dziewczyna, która śpiewa, to ta, która zastrzeliła Andy’ego.
    Pan Brązowy: Nie wiedziałeś, że Vicki Lawrence zastrzeliła Andy’ego?
    Grzeczny Eddie: Myślałem, że to ta jego niewierna żona go zastrzeliła.
    Pan Blond: Jest o tym na końcu piosenki.
    Grzeczny Eddie: Wiem, skurwysynu, słyszałem. Właśnie o tym mówię. Musiałem wcześniej zamyślić się przy tej części.
    Joe Cabot: Dobra, zapłacę rachunek. Wy zrzućcie się na napiwek. Wypada dolar od łebka. A co do ciebie (zwraca się do Pana Białego) jak wrócę, będę chciał mój notes.
    Pan Biały: Wybacz, to teraz mój notes.
    Joe Cabot: (do Pana Blonda) Hej, zmieniłem zdanie. Mógłbyś zastrzelić tego gnoja? (Pan Blond udaje, że strzela)
    Grzeczny Eddie: Dobra, wszyscy dają po zielonym dla panienki. (wszyscy sięgają do kieszeni, Pan Różowy siedzi bezczynnie) Dorzuć się.
    Pan Różowy: Nie ma mowy. Nie daję napiwków.
    Grzeczny Eddie: Nie dajesz napiwków?
    Pan Różowy: Nie, nie wierzę w to.
    Grzeczny Eddie: Nie wierzysz w napiwki?
    Pan Niebieski: Wiesz, ile te babki zarabiają? Gówno zarabiają!
    Pan Różowy: Nie pierdol. Jeśli jej za mało, to może odejść.
    Grzeczny Eddie: Nie znam nawet Żydka, który by tak powiedział. Wytłumacz mi to: Nigdy nie dajesz napiwków?
    Pan Różowy: Nie, bo społeczeństwo sądzi, że tak trzeba. No dobra, jeśli ktoś zasłuży, naprawdę się postara, coś mu dorzucę. Ale automatyczny napiwek to jakieś jaja. Z tego co wiem, one tylko wykonują swoją robotę.
    Pan Niebieski: Hej, ta laska była miła.
    Pan Różowy: Była w porządku. Nie zrobiła nic szczególnego.
    Pan Niebieski: Co szczególnego? Miała obciągnąć ci na zapleczu?
    Grzeczny Eddie: Za to bym jej jeszcze dopłacił.
    Pan Różowy: Słuchaj, zamówiłem kawę. Byliśmy tu zajebiście długo i przez ten cały czas dolała mi trzy razy. Kiedy zamawiam kawę, to chcę sześć dolewek.
    Pan Blond: Sześć dolewek? Może ma ostry zapierdol?
    Pan Różowy: Hasło „ostry zapierdol” nie powinno znajdować się w słowniku kelnerki.
    Grzeczny Eddie: Wybacz, Panie Różowy, ale następny kubek kawy to ostatnia jebana rzecz, jakiej potrzebujesz.
    Pan Różowy: Przecież te babki nie umierają z głodu. Dostają minimum socjalne. Kiedy ja pracowałem za minimum socjalne, nikt nie uważał mojej pracy za godną napiwku.
    Pan Niebieski: Czyli masz w dupie, że one liczą na twój gest, by przeżyć?
    Pan Różowy: Wiesz co to jest? (pociera środkowy palec kciukiem) Najmniejsze skrzypeczki świata grające tylko dla kelnerek.
    Pan Biały: Nawet nie wiesz, co mówisz. Ci ludzie wypruwają sobie żyły. To ciężka praca.
    Pan Różowy: Tak samo pracują w McDonaldzie, ale nie czujesz potrzeby dawania im napiwków. Karmią cię, mógłbyś im dać. Ale nie, społeczeństwo mówi „Tym dawać napiwek, ale tamtym nie.” To jakieś pierdoły!
    Pan Biały: To najczęstszy zawód dla kobiet bez studiów w tym kraju. Jedyny, który kobieta może dostać i z którego może wyżyć. Tylko dzięki napiwkom.
    Pan Różowy: Jebać to!
    Pan Brązowy: Jezu Chryste!
    Pan Różowy: Przykro mi, że rząd opodatkował im napiwki. To skurwysyństwo. Ale to nie moja wina. Kelnerki są jedną z wielu grup regularnie dymanych w dupę przez rząd. Słuchaj, jeśli poprosisz mnie, żebym podpisał jakiś papier, żeby rząd tak nie robił, podpiszę go, poprę, będę za tym głosował, ale nie będę tańczyć, jak mi zagrają. A na to pieprzenie o braku studiów mam dwa słowa: opanuj, kurwa, komputer, bo jeśli liczysz, że pomogę ci z czynszem, to się, kurwa, zdziwisz.
    Pan Pomarańczowy: On ma rację. Oddawaj mojego dolara.
    Grzeczny Eddie: Hej, zostaw dolce w spokoju.
    Joe Cabot: Dobra, wędrowcy, pora na wędrówkę. (zabiera napiwek) Chwila, kto się nie dorzucił?
    Pan Pomarańczowy: Pan Różowy.
    Joe Cabot: Pan Różowy? Dlaczego?
    Pan Pomarańczowy: Nie daje napiwków.
    Joe Cabot: Nie dajesz napiwków?
    Pan Pomarańczowy: Nie wierzy w to.
    Joe Cabot: Zamknij ryj. Co to ma znaczyć, że nie wierzysz w napiwki? Dawaj dolara, ty skąpy kutafonie. Zapłaciłem za twoje zasrane śniadanie.
    Pan Różowy: Postawiłeś śniadanie, to się dorzucę. Ale normalnie w życiu bym tego nie zrobił.
    Joe Cabot: W dupie mam, co byś normalnie zrobił. Po prostu daj mi tego pieprzonego dolara, jak wszyscy. (zabiera Panu Białemu notes) Dzięki.

  • Pan Pomarańczowy: Ja umrę, kurwa! Ja umrę, kurwa!
    Pan Biały: Nie umrzesz, kurwa!

  • Pan Różowy: To była jakaś jebana wsypa, czy co? Kurna! Pomarańczowy oberwał?
    Pan Biały: W bebech.
    Pan Różowy: Kurwa! Gdzie jest Brązowy?
    Pan Biały: Nie żyje.
    Pan Różowy: Jak zginął?
    Pan Biały: A jak, kurwa, myślisz? Gliny go rozwaliły.
    Pan Różowy: Jest źle. Jest zajebiście źle. Jest źle?
    Pan Biały: W przeciwieństwie do „dobrze”?
    Pan Różowy: Rany, wszystko się pierdoli. Wszystko się spierdoliło. Ktoś nas wypierdolił w wielkim stylu, chłopie.
    Pan Biały: Naprawdę myślisz, że ktoś nas wsypał?
    Pan Różowy: Chłopie, ty w to w ogóle wątpisz? Ja nie myślę, że nas wsypano, ja wiem, że nas wsypano! To znaczy, serio, tak poważnie, skąd się wzięli ci wszyscy gliniarze, co? W jednej chwili ich nie ma, a w następnej chwili są? Nie słyszałem żadnych syren. Odpalono alarm, okej. Okej, jeśli odpali się alarm, masz średnio cztery minuty, zanim będziesz mógł odczuć jego skutki. W jednej chwili zjawiło się tam siedemnastu niebieskich. Wszyscy uzbrojeni po zęby, wszyscy wiedzą, po co, kurwa, przyszli i sobie tak po prostu tam stali! Pamiętasz tą drugą falę w radiowozach? Oni odpowiedzieli na alarm, ale tamte pierwsze kurwy już tam były, czekały na nas. Nie pomyślałeś, kurwa, o tym?

  • Pan Biały: Odetchnij. Uspokój się. Zapal sobie ćmika.
    Pan Różowy: Rzuciłem.
    Pan Biały: No dobra.
    Pan Różowy: A co? Masz jednego?

  • Pan Różowy: (wyciągając kobietę za włosy z samochodu) Wypad z wozu! Wypierdalaj z wozu!

  • Pan Różowy: Postrzeliłem paru gliniarzy. Zabiłeś kogoś?
    Pan Biały: Kilku gliniarzy.
    Pan Różowy: Żadnych prawdziwych ludzi?
    Pan Biały: Tylko gliniarzy.

  • Pan Różowy: Nie chcę nikogo zabijać. Ale jeśli będę miał wyjść przez te drzwi, a ty staniesz mi na drodze, to tak czy owak będziesz mi musiał zejść z drogi.
    Pan Biały: Ja to tak widzę. Wybór między odsiedzeniem dziesięciu lat, a zabiciem jakiegoś pojeba to żaden wybór. Ale nie jestem świrem.

  • Pan Różowy: Wiesz, wszyscy panikują, wszyscy. Sprawy się komplikują, panika leży w ludzkiej naturze, nie ważne jak to nazwiesz, nic na to nie poradzisz.

  • Pan Różowy: Z tego co wiem ty jesteś szczurem.
    Pan Biały: Z tego co wiem to ty jesteś jebanym szczurem!
    Pan Różowy: Wreszcie ruszyłeś jebaną głową!

  • Pan Różowy: Dobra, najważniejsze na początek. Zostawanie tu byłoby głupie. Musimy się gdzieś ukryć.
    Pan Biały: Więc co sugerujesz, żebyśmy pojechali do hotelu? Mamy faceta postrzelonego w brzuch, nie może chodzić, krwawi jak świnia w rzeźni, a kiedy jest przytomny, to wrzeszczy z bólu.
    Pan Różowy: Jak masz jakiś pomysł, to gadaj.
    Pan Biały: Joe mógłby nam pomóc. Jeśli skontaktujemy się z Joe, on mógłby zabrać go do lekarza. Mógłby skombinować lekarza, żeby przyszedł go obejrzeć.
    Pan Różowy: Zakładając, że możemy ufać Joe’mu, jak mielibyśmy się z nim skontaktować, co? Powinien tu być, ale go nie ma, co bardzo mnie denerwuje w tej sytuacji. Nawet jeśli będzie mógł tu przyjechać, to raczej nie będzie z nas zadowolony. Joe planował napad, a musi sobie radzić z rzeźnią. Martwi gliniarze, martwi złodzieje, martwi cywile… Jezu Chryste! Wątpię, żeby za bardzo nam w naszej sytuacji współczuł. Gdybym był nim, to starałbym się trzymać tak daleko od tego burdelu, jak tylko bym mógł.

  • Pan Biały: Cóż, on wie nieco o mnie.
    Pan Różowy: Nie powiedziałeś mu jak się nazywasz, prawda?
    Pan Biały: Powiedziałem mu swoje imię i skąd jestem.
    Pan Różowy: Dlaczego?
    Pan Biały: Powiedziałem mu skąd jestem parę dni temu. To była zwykła, luźna rozmowa.
    Pan Różowy: A dlaczego powiedziałeś mu swoje imię, chociaż nie powinieneś?
    Pan Biały: Bo spytał. (chwila ciszy) Dopiero co uciekliśmy glinom. On dostał. To była moja jebana wina, że dostał. On się, kurwa, wykrwawia, krzyczy. Przysięgam na Boga, myślałem, że tam wtedy umrze. Próbuję go uspokoić, powiedzieć, żeby się nie martwił, że będzie dobrze, że się nim zajmę. I on się spytał, jak mam na imię. Słuchaj, ten człowiek umierał w moich ramionach. Co ja miałem mu, kurwa, powiedzieć? „Wybacz, nie mogę ci udzielić tej informacji! To wbrew zasadom! Za mało ci ufam! A może powinienem, ale nie mogę!” Pierdolę cię! Pierdolę Joe’go!
    Pan Różowy: Och, to musiało być piękne.
    Pan Biały: Kurwa, nie tym tonem do mnie!

  • Pan Biały: Jeśli znowu powiem ci, żebyś przestał, to zaczniemy się powtarzać.
    Pan Różowy: Nie zabieramy go do szpitala.
    Pan Biały: Jeśli tego nie zrobimy, on zginie!
    Pan Różowy: I jest mi z tego powodu bardzo przykro, ale niektórzy mają farta, a niektórzy nie.
    Pan Biały: (popycha Pana Różowego) Teraz, kurwa, przesadziłeś!
    Pan Różowy: Kurwa, nie dotykaj mnie, koleś!
    Pan Biały: (przewraca Pana Różowego i zaczyna go kopać) Ty mały skurwysynu!
    Pan Różowy: (obraca się i wyciąga broń, Pan Biały robi to samo) Fikasz, kurwa? Zaraz ci pokażę, komu, kurwa, fikasz!
    Pan Biały: Chcesz mnie zastrzelić, gnojku? Dalej. Ognia.
    Pan Różowy: Pierdol się, Biały. Nie stworzyłem tej sytuacji, staram się z nią uporać! Zachowujesz się jak początkujący, kurwa, złodziej! Ja zachowuję się jak profesjonalista! Dorwali jego, dorwą ciebie. Dorwą ciebie, zbliżą się do mnie, a to nie może się zdarzyć! Patrzysz na mnie, jakby to była moja wina? Nie ja powiedziałem mu swoje imię, nie powiedziałem mu skąd jestem! Kurna, piętnaście minut temu prawie powiedziałeś mi, jak się nazywasz. Twój kumpel tkwi w sytuacji, którą ty stworzyłeś. Więc jeśli chcesz się na kogoś krzywo gapić, to gap się w lustro!
    Pan Blond: Nie powinnyście się tak brzydko bawić, dzieci. Ktoś może się popłakać.
    Pan Różowy: Pan Blond! Co ci się stało? Sądziliśmy, że nie żyjesz. Hej! Wszystko w porządku? Widziałeś, co się stało z Niebieskim? Nie wiedzieliśmy, co stało się z tobą i Niebieskim, zastanawialiśmy się nad tym. (Pan Blond nie odpowiada) No dalej! Słuchaj, Brązowy nie żyje, a Pomarańczowy dostał w brzuch…
    Pan Biały: Dość! Dość! Lepiej zacznij gadać, dupku! Bo mamy od cholery spraw do omówienia! Już nam odwaliło. Teraz potrzebujemy twoich odwałów jak pierdolonego balastu!
    Pan Blond: Dobra, pogadajmy.

  • Pan Biały: Wychodzimy. Powinieneś iść z nami.
    Pan Blond: Nikt nigdzie nie idzie.
    Pan Biały: Sraj na tego pojeba. Idziemy stąd.

  • Pan Biały: Prawie mnie zabiłeś, dupku! Gdybym miał pojęcie kim jesteś, w życiu nie zgodziłbym się na pracę z tobą!
    Pan Blond: Będziesz szczekał cały dzień, pieseczku, czy będziesz gryzł?
    Pan Biały: Że co? Wybacz, nie załapałem. Mógłbyś powtórzyć?
    Pan Blond: Będziesz szczekał cały dzień, pieseczku, czy będziesz gryzł?
    Pan Różowy: Wy dwa dupki, uspokójcie się do kurwy nędzy! Co, jesteśmy na placu zabaw? Tylko ja tu jestem profesjonalistą? Zachowujecie się jak banda jebanych czarnuchów! Pracowaliście kiedyś z czarnuchami? Zawsze pieprzą, że się pozabijają nawzajem.
    Pan Biały: Sam mówiłeś, że byś go rozwalił.
    Pan Blond: Tak, kurwa, powiedziałeś?
    Pan Różowy: Tak zrobiłem, okej? Ale to było wtedy. Teraz, ten facet jest jedynym, któremu ufam całkowicie. Jest zbyt morderczy, żeby być z glinami.
    Pan Biały: Jesteś po jego stronie?
    Pan Różowy: Chuj ze stronami! To czego tu potrzebujemy, to solidarność! Ktoś nam wetknął w dupę rozpalony do czerwoności pogrzebacz i chcę wiedzieć, kto go trzyma! Kurwa. Słuchajcie, wiem, że nie jestem gnojkiem. (do Pana Białego) Jestem pewien, że jesteś w porządku (do Pana Blonda) i jestem zajebiście przekonany, że jesteś na poziomie. Więc spróbujmy odkryć, kto jest zły, dobra?
    Pan Blond: Rany, to były dopiero emocje. Pewnie jesteś wielkim fanem Lee Marvina, czyż nie? Taa, ja też. Kocham tego gościa. Serce wali mi tak szybko, że chyba dostanę zawału. Mam na zewnątrz coś, co chciałbym wam pokazać, chodźcie za mną.
    Pan Biały: Iść za tobą? Dokąd?
    Pan Blond: Do mojego auta.
    Pan Biały: A co, zapomniałeś frytek, żeby zagryźć colę?
    Pan Blond: Nie, już je zjadłem. Mam coś, co pewno chcielibyście zobaczyć, bądź co bądź.
    Pan Biały: Co?
    Pan Blond: To będzie niespodzianka. Ale na pewno wam się spodoba, chodźcie.

  • Pan Różowy: Nadal musimy stąd spadać.
    Pan Blond: Będziemy tu siedzieć i czekać.
    Pan Biały: Na co? Na gliny?
    Pan Blond: Na Grzecznego Eddiego.
    Pan Różowy: Na grzecznego Eddiego? A czemu on miałby nie być właśnie w samolocie w połowie drogi na Kostarykę?
    Pan Blond: Bo rozmawaiłem z nim i powiedział, że już tu jedzie.
    Pan Biały: Rozmawiałeś z Grzecznym Eddiem? Czemu, kurwa, od razu nie powiedziałeś?
    Pan Blond: Nie pytałeś.
    Pan Biały: No bo się zesram.

  • Joe Cabot: Jak pachnie wolność?
    Pan Blond: Inaczej.

  • Joe Cabot: Kto jest twoim kuratorem?
    Pan Blond: Seymour Scagnetti.
    Joe Cabot: Jaki on jest?
    Pan Blond: To pierdolony dupek.

  • Grzeczny Eddie: Tak, wybacz. Powinienem był sam cię odebrać. Cały tydzień miałem zapierdol, byłem udupiony przez cały czas.
    Pan Blond: Wiesz, śmieszna sprawa, bo właśnie o tym rozmawialiśmy z twoim tatą.
    Grzeczny Eddie: Że powinienem był cię odebrać?
    Pan Blond: Nie, że jesteś udupiony. Rozumiesz, przyszedłem tu, a Joe mówi „Vic, Bogu dzięki, że wróciłeś. Mój syn Eddie to zjeb. Rozumiesz, kocham go, ale on wszystko wyrzuca w błoto. Rujnuje mnie.” Tak właśnie powiedziałeś, prawda, Joe? Nie zmyślam.
    Joe Cabot: Przykro mi, że dowiadujesz się o tym w ten sposób, Eddie. Vic przyszedł i spytał, jak interesy, a nie możesz okłamać faceta, który za ciebie siedział.
    Grzeczny Eddie: Święta racja. (Eddie i Pan Blond zaczynają się mocować)

  • Grzeczny Eddie: Widziałeś to, tato?
    Joe Cabot: Co?
    Grzeczny Eddie: Facet zwalił mnie na podłogę i chciał zerżnąć!
    Pan Blond: Chciałbyś.
    Grzeczny Eddie: Słuchaj Vic, nie interesuje mnie co robisz u siebie, ale nie próbuj zerżnąć mnie w biurze mojego ojca, nic do ciebie nie czuję. Bardzo cię lubię stary, ale nic więcej.
    Pan Blond: Eddie, gdybym był analnym kowbojem, nie oddałbym cię nawet kolegom.
    Grzeczny Eddie: Jasne, że nie, zachowałbyś mnie dla siebie, ty popaprańcu. Cztery lata zapychania cweli w dupę i potrafisz poznać rarytas, kiedy go widzisz.
    Pan Blond: Mógłbym cię zerżnąć, Eddie, ale zrobiłbym z ciebie dziwkę dla mojego psa.
    Grzeczny Eddie: Czy to nie smutne, tato, człowiek wchodzi do więzienia biały, a wychodzi i gada jak jebany czarnuch. Wiesz co, to pewnie cała ta czarna sperma, którą ci wpompowali w dupę tak głęboko, że teraz zbiera ci się w twoim jebanym mózgu i wylewa ci się z ryja!
    Pan Blond: Eddie, jak nie przestaniesz gadać jak cwel, to dam ci klapsa jak cwelowi.

  • Pan Blond: Słuchajcie, doceniam to, co dla mnie robicie, chłopaki, ale zastanawiałem się, kiedy będę mógł wrócić i, wiecie, zająć się czymś poważnym.
    Joe Cabot: Cóż, trudno powiedzieć. Nastały dość dziwne czasy. Sprawy się trochę…
    Grzeczny Eddie: Trochę się zjebały, to właśnie się z nimi stało. Słuchaj, mamy teraz ważne spotkanie w Vegas.
    Joe Cabot: Niech po prostu Eddie załatwi ci coś w Long Beach, zarobisz trochę, Scagnetti się od ciebie odpierdoli, a wtedy porozmawiamy, okej? Co?
    Grzeczny Eddie: Słuchaj, tato, mam pomysł. Tylko posłuchaj. Dobra, wiem, że nie lubisz wysyłać naszych chłopców na takie akcje, ale Vic zawsze tylko przynosił nam szczęście. Ten gość jest jak pierdolona królicza łapka, jeśli miałbym być szczery. Chciałbym go tam mieć. Wie, jak się zachować i ufasz mu jak cholera.
    Joe Cabot: Vic, co byś powiedział na skok razem z pięcioma innymi facetami?
    Pan Blond: Byłoby super.

  • Grzeczny Eddie: (rozmawia przez telefon) Hej, Dov, mamy poważne kłopoty. (słucha) Wiem, że wiesz. Muszę pogadać z tatą, żeby wiedzieć, co robić. (słucha) Stary, wiem tylko tyle, ile mi Vic powiedział. Powiedział, że zakład zmienił się w jebany festiwal strzałów. Wziął glinę jako zakładnika, żeby móc stamtąd spierdolić. (słucha) A to brzmi, kurwa, jak żart? Jeździ sobie, kurwa, po okolicy z gliniarzem w bagażniku! (słucha) Nie wiem, kto co zrobił! Nie wiem, kto ma łup. Nie wiem czy ktokolwiek ma łup. Nie wiem, kto zginął, nie wiem, kto żyje, nie wiem, kogo złapali, nie wiem, kogo nie złapali. (słucha) Dowiem się. Praktycznie już tam jestem. Ale co ja mam powiedzieć tym ludziom o tacie? (słucha) Dobra. Jesteś pewien, że tak właśnie powiedział? (słucha) Okej, też im to powiem.

  • Grzeczny Eddie: Jeśli będziecie napierdalać w tego chuja dość długo, to powie wam, że podpalił cholerne Chicago, ale to wcale, kurwa, nie znaczy, że tak zrobił!

  • Pan Różowy: To była wsypa. Gliny czekały na nas.
    Grzeczny Eddie: Co? Nikt nikogo nie wsypał.
    Pan Różowy: Gliny tam były i czekały na nas!
    Grzeczny Eddie: Gówno prawda!
    Pan Różowy: Hej, wypierdalaj, stary! Ciebie tam nie było – my byliśmy! I mówię ci, gliny obstawiły sklep.
    Grzeczny Eddie: Okej, Panie Kurwa Detektywie! Jesteś zajebiście sprytny. Kto to zrobił? Kto nas wsypał?
    Pan Różowy: A myślisz, że o co się, kurwa, nawzajem wypytywaliśmy?
    Grzeczny Eddie: I jakie dostałeś odpowiedzi? Że to ja? Myślisz, że to ja was wsypałem?
    Pan Różowy: Nie wiem, ale ktoś to zrobił!
    Grzeczny Eddie: Nikt tego nie zrobił! Wy, dupki, przerobiliście hurtownię klejnotów w „Świat Dzikiego Zachodu” i dziwicie się, że gliny się zjawiły?

  • Grzeczny Eddie: Dobra, panie kurwa współczujący! Zadzwonię po kogoś!
    Pan Biały: Po kogo?
    Grzeczny Eddie: Po jebanego zaklinacza węży! A jak myślisz? Zadzwonię po lekarza!

  • Grzeczny Eddie: Ktoś widział, co się stało z Panem Niebieskim?
    Pan Blond: Albo żyje, albo jest martwy, albo gliny go złapały… albo nie.

  • Pan Biały: Nie możesz go z nimi zostawić.
    Grzeczny Eddie: Czemu nie?
    Pan Biały: Bo to jebany psychol. I jeśli myślisz, że Joe jest wkurzony, to nic w porównaniu z tym, jak ja jestem wkurzony na niego za wsadzenie mnie do jednego pokoju z tym draniem!
    Pan Blond: Widzisz, co mnie spotyka, Eddie? Ja tu, kurwa, przyszedłem, powiedziałem facetom, żeby zostali. A Pan Biały wyciąga spluwę, wymierza mi w ryj, wyzywa od skurwieli, mówi, że mnie rozwali i bla bla bla bla bla.

  • Pan Różowy: Teraz już się chyba uspokoił, ale w hurtowni oszalał.
    Pan Biały: Robił tak: (udaje, że strzela do ludzi) Bum. Bum. Bum.
    Pan Blond: Taa, bum, bum, bum, bum, bum. Mówiłem im, żeby nie tykali jebanego alarmu, tknęli go. Jakby nie zrobili tego, czego im zabroniłem, wciąż by żyli.
    Pan Biały: (klaszcze) Mój jebany bohater!
    Pan Blond: Dzięki.
    Pan Biały: To twój pretekst, dla wpadnięcia w szał zabijania?
    Pan Blond: Nie lubię alarmów, Panie Biały.

  • Pan Blond: Wiesz co? Chyba zaparkowałem na kopercie.

  • Marvin Nash: Mówiłem już wam, że nic nie wiem o żadnej jebanej wsypie. Możesz torturować mnie ile chcesz.
    Pan Blond: Torturować cię? Dobre, dobry pomysł. Podoba mi się.

  • Pan Blond: Słuchaj, mały, nie będę cię oszukiwał, dobra? Mam głęboko w dupie co wiesz, albo czego nie wiesz, ale będę cię torturował i tak, mimo wszystko. Nie żeby zdobyć informacje. To zabawne, dla mnie, torturowanie gliny. Możesz mówić co chcesz, bo ja to już wszystko słyszałem. Wszystko co możesz zrobić, to modlić się o szybką śmierć, której się nie doczekasz.

  • Pan Blond: Słuchałeś kiedyś Przebojów lat 70 K-Billy’ego? To moja ulubiona audycja.

  • Pan Blond: (po obcięciu Marvinowi Nashowi ucha) Czy dla ciebie było to tak przyjemne, jak dla mnie? (mówi do ucha) Hej, co się dzieje? Słyszysz to? (śmieje się) Nie ruszaj się stąd, zraz wrócę.

  • Marvin Nash: Proszę! Proszę, człowieku, nie pal mnie! Przestań!
    Pan Blond: Skończyłeś? Skończyłeś?
    Marvin Nash: Słuchaj, mam małe dziecko w domu. Błagam cię!
    Pan Blond: Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Skończyłeś? (zapala zapalniczkę) Płoń, strachu na wróble.

  • Pan Pomarańczowy: Ej ty, jak się nazywasz?
    Marvin Nash: Marvin.
    Pan Pomarańczowy: Marvin co?
    Marvin Nash: Marvin Nash.
    Pan Pomarańczowy: Posłuchaj, Marvin, jestem gl… słuchaj, Marvin Nash, jestem gliną.
    Marvin Nash: Tak, wiem.
    Pan Pomarańczowy: Wiesz?
    Marvin Nash: Tak, nazywasz się Freddy coś tam.
    Pan Pomarańczowy: Newandyke. Freddy Newandyke.
    Marvin Nash: Frankie Franchetti przedstawił nas sobie pięć miesięcy temu.
    Pan Pomarańczowy: Kurna, w ogóle nie pamiętam.
    Marvin Nash: A ja tak. Freddy… Freddy, jak wyglądam?
    Pan Pomarańczowy: (śmieje się) Nie wiem, jak ci to powiedzieć, Marvin.
    Marvin Nash: Ten kutas! Ten pojebany kutas! Ten jebany bydlak!
    Pan Pomarańczowy: Marvin, uspokój się. Gliniarze czekają najwyżej przecznicę stąd.
    Marvin Nash: Na co, kurwa, czekają? Ten pojeb pochlastał mi ryj i oderżnął mi ucho! Jestem, kurwa, zdeformowany!
    Pan Pomarańczowy: Pierdol się!!! Pierdol się!!! Ja tu, kurwa, umieram!!! Umieram, kurwa!!!(uspokaja się) Dobra, słyszałeś ich, zrobimy ruch jak wrócą, więc nie wymiękaj mi teraz Marvin. Będziemy tu tylko siedzieć i krwawić, aż Joe Cabot wystawi swój jebany łeb przez te drzwi!

  • Pan Pomarańczowy: (ćwiczy w domu) To było w czasie marihuanowej posuchy w 1986. Miałem kontakt i to był obłęd, bo wtedy za chuja nie można było zdobyć trawy. W każdym razie miałem kontakt z tamtą hipiską w Santa Cruz. Wszyscy moi przyjaciele o tym wiedzieli. I dzwonili do mnie i mówili: „Hej, Freddy… Hej, koleś, kupujesz, mógłbyś kupić też trochę dla mnie?” Wiedzieli, że palę, więc prosili, żebym kupił trochę dla nich, kiedy będę kupował dla siebie. Ale za każdym razem… za każdym razem, kiedy kupowałem zioło, kupowałem dla czterech czy pięciu różnych ludzi. Wreszcie powiedziałem „Pierdolę to! Ta dziwka się na mnie bogaci!” Ona gówno robiła, nawet się nie musiała widzieć z tymi ludźmi. Odwalałem całą robotę. Miałem przesrane. Ludzie dzwonili przez cały, kurwa, czas. Nie mogłem wypożyczyć pierdolonego filmu, żeby mi nie przeszkodziło sześć jebanych telefonów. „Hej, kiedy mi znowu coś załatwisz?” „Wypierdalaj, chcę obejrzeć 'Straconych chłopców', rozumiesz? Jak będę coś miał, to ci powiem!” I wtedy te ćpuny przyłaziły – to moi przyjaciele, ale bez przesady. Miałem całe to gówno w torebkach po 60 dolarów. Oni nie chcieli za 60 dolarów, oni chcieli za 10. Dzieleni tego było zajebiście upierdliwe. Nawet nie wiem, jak wygląda paczka za 10 dolarów. (opowiada Joe’mu, Eddie’mu i Panu Białemu) To bardzo dziwna historia. Bo nie wiem czy pamiętacie, jak w 86 była zajebista posucha. Nikt nic nie miał. Ludzie jechali na żywicy – palili drewno w fajkach całymi miesiącami. Tamta laska miała mnóstwo. I błagała mnie, żebym to sprzedał. Więc powiedziałem jej, że już nie palę, ale mógłbym wziąć trochę dla najbliższych z najbliższych przyjaciół. Zgodziła się na to, że stawki będą takie, jak dotąd – 10% zysków, trawa za darmo, o ile pomogę jej w weekend. Miała kupę zioła do sprzedania, a nie chciała iść ubijać interesu sama. Brat zwykle chodził z nią, ale akurat poszedł do pierdla.
    Pan Biały: Za co?
    Pan Pomarańczowy: Za mandaty. Nie płacił ich. Zatrzymali go za coś, znaleźli przy nim niezapłacone mandaty, zamknęli w pierdlu. W takiej sytuacji ona nie będzie chodzić sama z całym tym ziołem. Nie chciałem tego robić. Miałem bardzo złe przeczucia. Ale ona mnie wciąż prosiła i prosiła i prosiła, wreszcie się zgodziłem, bo już mi się od tego rzygać chciało. Więc mieliśmy się spotkać z gościem na dworcu kolejowym…
    Grzeczny Eddie: Chwila. Pojechaliście do klienta na dworzec kolejowy z trawą przy sobie?
    Pan Pomarańczowy: Facet potrzebował jej od razu. Nie pytajcie czemu. W każdym razie wybraliśmy się na dworzec i czekaliśmy na gościa. Niosłem zioło w takiej torebeczce. Musiałem się odlać. Więc powiedziałem lasce, że zraz wrócę, że muszę iść do męskiej. Więc wchodzę do męskiej toalety i kogo spotykam? Czterech szeryfów okręgowych Los Angeles z owczarkiem niemieckim.
    Grzeczny Eddie: Czekali na ciebie?
    Pan Pomarańczowy: Nie, byli po prostu grupką glin, która siedziała sobie w kiblu i gadała. Kiedy tam wszedłem wszyscy przestali rozmawiać i patrzyli się na mnie.
    Pan Biały: (śmieje się) Trudna sprawa, chłopie. Zajebiście trudna sprawa.
    Pan Pomarańczowy: Owczarek niemiecki zaczyna szczekać. Szczeka na mnie. To oczywiste. Szczeka na mnie. Wszystkie zakończenia nerwów, wszystkie zmysły, krew w żyłach, całe moje ciało krzyczy: „Idź stąd, chłopie! Po prostu wyjdź, po prostu stąd wypierdalaj!” Panika mnie zalewa mnie jak woda z wiadra. Najpierw szok, a potem bam! Prosto w twarz! Stoję tam i leję ze strachu. Ci wszyscy szeryfowie patrzyli na mnie i wiedzieli, ludzie. Mogli to wyczuć. Dokładnie tak, jak ten jebany pies, mogli to wyczuć.

  • Pan Pomarańczowy: (do odbicia w lustrze) Nie wymiękaj mi tu teraz. Nie wiedzą. Gówno wiedzą. Nic ci się nie stanie. Jesteś zajebisty. Wierzą w każde twoje pierdolone słowo, bo jesteś świetny.

  • Pan Pomarańczowy: (opisując Joe’go Cabota) Pamiętasz „Fantastyczną Czwórkę”?
    Holdaway: Taa, to z niewidzialną dziwką, żywą pochodnią i takim gównem?
    Pan Pomarańczowy: Rzecz. Skurwysyn wygląda jak Rzecz.

  • Pan Różowy: Słuchaj, stary, wiem co mówię, a czarne kobiety to nie to samo, co białe kobiety.
    Pan Biały: Jest mała różnica.

  • Pan Różowy: Jak się nazywała ta laska, która grała Christie Love?
    Grzeczny Eddie: Pam Grier.
    Pan Pomarańczowy: Nie, to nie była Pam Grier. Pam Grier występowała w filmie. Christie Love była jak serial z Pam Grier bez Pam Grier.
    Pan Różowy: Więc kto był Christie Love?
    Pan Pomarańczowy: A niby skąd miałbym, kurwa, wiedzieć?
    Pan Różowy: Świetnie. Teraz mnie to będzie, kurwa, męczyło.

  • Grzeczny Eddie: Laska miała już dość tego, że on ją bije, więc pewnej nocy weszła do jego sypialni i przykleiła mu fiuta do brzucha superklejem. Musiał przyjechać ambulans i odciąć chuja.
    Pan Biały: Pewnie był zły w chuj. (śmieje się)
    Grzeczny Eddie: A jak ty byś się czuł, gdybyś musiał, kurwa, stawać na rękach zawsze, gdy musisz się wyszczać?

  • Joe Cabot: Więc lubicie opowiadać dowcipy, co? Śmiać się i chichotać jak gównażeria na boisku? Dobra, ja wam opowiem dowcip. Pięciu facetów siedzi w pierdlu w San Quentin. Wszyscy zastanawiają się, jak tu się, do kurwy nędzy, dostali. Co trzeba było zrobić, czego nie zrobiliśmy, czyja to wina, to moja wina, twoja wina, jego wina, takie pierdoły. I wtedy jeden z nich mówi: hej. Chwila moment. Kiedy planowaliśmy ten skok tylko siedzieliśmy i opowiadaliśmy jebane kawały! Rozumiecie przekaz? Chłopaki, nie mam ochoty się na was wydzierać. Kiedy ten skok już się skończy – a jestem pewien, że się powiedzie – polecimy sobie na Hawaje, cholera, będę się bawił i śmiał razem z wami. Zobaczycie, że jestem kimś zupełnie innym. Teraz jest to kwestia interesów. Oprócz Eddie’ego i mnie, bo nas już znacie, będziemy używać pseudonimów przy tej robocie. Pod żadnym pozorem nie wolno wam wyjawiać sobie nawzajem waszych pierwszych imion i nie chcę żadnego gadania o waszych sprawach osobistych. Podchodzą pod to rozmowy o tym, gdzie byliście, jak mają na imię wasze żony, gdzie siedzieliście, albo o banku, który być może obrabialiście w Sankt Petersburgu. Jedyną rzeczą, o jakiej możecie rozmawiać, jeśli musicie, to to, co macie zrobić. Tak powinno być dobrze. Oto wasze imiona… (wskazuje odpowiednio) Pan Brązowy, Pan Biały, Pan Blond, Pan Niebieski, Pan Pomarańczowy i Pan Różowy.
    Pan Różowy: Dlaczego jestem „Pan Różowy”?
    Joe Cabot: Bo jesteś pedałem, tak?
    Pan Różowy: Dlaczego nie możemy sami sobie wybierać kolorów?
    Joe Cabot: Nie ma mowy. Nie ma mowy. Raz próbowałem. Nie działa. Masz czterech facetów, którzy walczą o to, kto będzie Panem Czarnym. Nie znają się na wzajem, więc żaden nie chce się wycofać. Nie ma mowy. Ja wybieram. Jesteś Panem Różowym. I ciesz się, że nie jesteś Panem Żółtym.
    Pan Brązowy: Ale „Pan Brązowy” brzmi za bardzo jak „Pan Gówno”.
    Pan Różowy: „Pan Różowy” brzmi jak „Pan Cipa”. A może „Pan Fioletowy”? Mi się podoba, będę Panem Fioletowym.
    Joe Cabot: Nie jesteś Panem Fioletowym. Pewien facet przy innej robocie jest Panem Fioletowym. Jesteś Panem Różowym!
    Pan Biały: Kogo obchodzi twoje imię?
    Pan Różowy: No, łatwo ci mówić. Ty jesteś Panem Białym, masz fajną ksywkę. Więc jeśli bycie Panem Różowym to dla ciebie żaden problem, może chcesz się zamienić?
    Joe Cabot: Hej, nikt się z nikim nie zamienia. Wiesz, to nie jest żadne zebranie w zasranym, pierdolonym ratuszu. A teraz słuchaj, Panie Różowy. Są dwa sposoby, na wykonanie tej roboty – mój sposób, albo sposób się do wyjścia. Więc jak to będzie, Panie Różowy?
    Pan Różowy: Jezu Chryste, Joe. Kurwa, zapomnij o tym. Pasuje mi, jestem Panem Różowym. Jedźmy dalej.
    Joe Cabot: Pojadę dalej, jak mi będzie pasowało. Zrozumieliście pieprzony przekaz, panowie? Tak się na was cholernie wydzieram, że ledwo mówię. Do roboty.

  • Pan Biały: Powtórzmy. Gdzie jesteś?
    Pan Pomarańczowy: Stoję na zewnątrz i pilnuję drzwi. Nie pozwolę nikomu wejść ani wyjść.
    Pan Biały: Pan Brązowy?
    Pan Pomarańczowy: Czeka w samochodzie. Daję mu sygnał, a on podjeżdża pod drzwi.
    Pan Biały: Pan Blond i Pan Niebieski?
    Pan Pomarańczowy: Panują nad tłumem. Zajmują się klientami i pracownikami.
    Pan Biały: Dupa tej laski?
    Pan Pomarańczowy: Siedzi tu na moim fiucie.

  • Pan Pomarańczowy: A co jeśli dyrektor nie wyda ci diamentów?
    Pan Biały: Kiedy napadasz na zakład taki jak ten, to jest on ubezpieczony po czubek dupy. Nie powinni ci stawiać jakiegokolwiek oporu. Jeśli będziesz miał do czynienia z klientem lub pracownikiem, któremu wydaje się, że jest Charlesem Bronsonem, to weź kolbę swojego pistoletu i rozwal mu nos. Wszyscy podskoczą. Facet padnie z krzykiem, krew będzie tryskać mu z nosa, nikt już, kurwa, nie pierdolnie ani słówka. Może znaleźć się jakaś dziwka, która będzie ci coś pieprzyć, ale jeśli spojrzysz na nią tak, jakby jej morda miała być następna, to zobaczysz, jak się, kurwa, zamyka. Z dyrektorem to jest zupełnie inna historia. Dyrektor wie, żeby nic nie odpierdalać, więc jeśli trafi ci się taki, co stawia opór, to pewnie myśli, że prawdziwy z niego kowboj, więc musisz sukinsyna złamać. Jeśli chcesz coś wiedzieć, a on ci tego nie powie, to odetnij mu palec. Mały. Potem powiedz mu, że jego kciuk będzie następny. Po tym wszystkim powie ci nawet, że nosi damską bieliznę. Zgłodniałem. Chodźmy na taco.

  • Pan Brązowy: Oślepłem, stary. Kurwa, oślepłem.
    Pan Pomarańczowy: Nie oślepłeś, tylko krew zalała ci oczy.

  • Grzeczny Eddie: Powiem to na głos, bo chcę, żeby to do mnie doszło. Mówisz, że Pan Blond chciał cię zabić, a po naszym powrocie chciał zabić nas, zabrać teczkę diamentów i zwiać. Mam rację, tak? Zgadza się? To twoja wersja wydarzeń?
    Pan Pomarańczowy: Przysięgam na nieśmiertelną duszę mojej matki, że tak było.
    Grzeczny Eddie: Człowiek, którego właśnie zabiłeś dopiero co został wypuszczony z więzienia. Został złapany w magazynie pełnym lewych towarów. Mógł, kurwa, wyjść. Wystarczyłoby, żeby powiedział imię taty, ale tego nie zrobił, trzymał dupę na kłódkę. I, kurwa, odsiedział swoje, odsiedział jak mężczyzna. Odsiedział za nas cztery lata. A więc, Panie Pomarańczowy, mówisz mi, że mój bardzo dobry przyjaciel, który odsiedział cztery lata za mojego ojca, który nie brał udziału w żadnej robocie przez cztery lata, bez względu na to, czym mu grozili, mówisz mi, że teraz, kiedy ten człowiek jest wolny, a my daliśmy mu dobry angaż, to on sobie tak po prostu zdecydował, ni stąd ni, kurwa, zowąd, że nas wydyma? Dlaczego nie powiesz mi, co się naprawdę stało?
    Joe Cabot: (wchodzi) A po cholerę? Będzie tylko dalej pieprzył.

  • Joe Cabot: Ten człowiek nas wsypał.
    Grzeczny Eddie: Tato, wybacz, ale nie wiem co tu się do cholery dzieje.
    Joe Cabot: Nie szkodzi, Eddie. Ja wiem.
    Pan Biały: Co ty pierdolisz?
    Joe Cabot: Ten gnój pracuje dla Policji Los Angeles.
    Pan Pomarańczowy: Joe, nie mam bladego jebanego pojęcia o czym mówisz.
    Pan Biały: Joe, nie wiem co ty sobie myślisz, ale się mylisz.
    Joe Cabot: Jak cholera.
    Pan Biały: Joe, zaufaj mi. Pomyliłeś się. To dobry dzieciak. Ja rozumiem. Jesteś wpieniony, jesteś zajebiście wkurwiony. Wszyscy jesteśmy bardzo nerwowi. Ale naskakujesz na nie tego człowieka. Znam go. Nie zrobiłby tego.
    Joe Cabot: Gówno wiesz! Ja wiem wszystko! Cwel zakablował glinom i doprowadził do śmierci Pana Brązowego i Pana Niebieskiego.
    Pan Różowy: Pan Niebieski jest martwy?
    Joe Cabot: Martwy jak Dillinger.
    Pan Biały: Skąd możesz wiedzieć to wszystko?
    Joe Cabot: Tylko co do niego nie miałem stuprocentowej pewności. Chyba mnie pojebało, wyjeżdżać z takim planem bez stuprocentowej pewności.
    Pan Biały: To twój dowód?!
    Joe Cabot: Nie potrzebujesz dowodu, kiedy masz instynkt.

  • Pan Biały: Jeśli zastrzelisz tego człowieka, giniesz następny. Powtórz. Jeśli zastrzelisz tego człowieka, giniesz następny.

  • Grzeczny Eddie: Larry, przestań mierzyć z tej jebanej spluwy w mojego tatę!