Podróż do kresu nocy

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacja, szukaj

Podróż do kresu nocy (fr. Voyage au bout de la nuit) – powieść Louisa-Ferdinanda Céline'a z 1932 roku. Tłumaczenie W. Rogowicz.

  • A może nigdy nie będzie wiadomo, może nie znajdzie się nic. To właśnie jest śmierć.
  • Byliśmy teraz w tej samej podróży. Proboszcz nauczy się chodzić w mroku jak my, jak inni. Potykał się jeszcze. Pytał mnie, co powinien robić żeby nie upaść. Dojdzie się do kresu razem i wówczas będzie wiadomo, czego się szukało w przygodzie. Życie to jest właśnie to, trochę światła kończącego się w mroku.
  • Ci, co zachowali jeszcze trochę animuszu, stracili go. W tych czasach zaczęto rozstrzeliwać żołnierzy, żeby ich podnieść na duchu, plutonami, i żandarm zaczął być wymieniany w rozkazie dziennym, za sposób, w jaki prowadził swoją wojenkę, swoją własną, istotną, z prawdziwych najprawdziwszą.
  • Co do reszty, daremnie człowiek wytęża siły, potyka się, ześlizguje, spada z powrotem w alkohol, który konserwuje żywych i martwych, nie dochodzi do niczego. To jest dowiedzione. I od tylu wieków można widzieć, jak zwierzęta naszego gatunku rodzą się, trudzą i zdychają na naszych oczach i nie przytrafia się im nigdy nic nadzwyczajnego, tylko bez przerwy biorą się za dźwiganie tego samego bezsensownego brzemienia, z miejsca, gdzie je tyle innych zwierząt porzuciło. A przecież powinniśmy rozumieć, co się dzieje. Nieprzerwane fale niepotrzebnych istot ciągną z głębi wieków, żeby wciąż umierać na naszych oczach, a tymczasem człowiek czeka tu, spodziewa się czegoś... Niezdatny nawet do wyobrażenia sobie śmierci.
  • Filozofowanie jest tylko jedną z postaci strachu i prowadzi jedynie do tchórzliwych pozorów.
  • Gdy jest się słabym, siłę daje obdarcie ludzi, których boimy się najbardziej, z tej resztki prestiżu jaki skłonni jesteśmy im jeszcze przypisywać. Trzeba nauczyć się uważać ludzi za takich, jacy są, gorszych niż są, to znaczy pod każdym względem. To daje odprężenie, to człowieka wyzwala i broni go tak, jak nikt sobie tego nie może wyobrazić. To daje drugą jaźń. Jest się rozdwojonym.
  • Gdy nienawiść ludzka nie grozi żadnym ryzykiem, ich głupota szybko da się przekonać. Motywy same przychodzą.
  • Idąc tak przed siebie, przypomniałem sobie ceremonię z dnia poprzedniego. Na łące się to odbyło, na zboczu wzgórza; pułkownik donośnym głosem przemówił do regimentu: „W górę serca! – powiedział... – W górę serca! I niech żyje Francja!”. Kiedy brak wyobraźni, umieranie to pryszcz, ale kiedy wyobraźnia jest, śmierć to za dużo. Takie jest moje zdanie. Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się, abym w jednej chwili zrozumiał tak wiele spraw.
  • Jest taka chwila, kiedy człowiek jest zupełnie sam, gdy doszedł do kresu wszystkiego, co mogło go spotkać. To jest kres świata. Nawet samo strapienie, wasze strapienie, nie daje wam żadnej odpowiedzi i trzeba się wówczas cofnąć, do ludzi, byle jakich. W takich momentach człowiek nie jest wybredny, gdyż nawet żeby płakać, trzeba zawrócić tam, gdzie wszystko się na nowo zaczyna, trzeba powrócić z ludźmi.
  • Jeszcze gorsze jest to, że człowiek pyta siebie, skąd nazajutrz weźmie dość sił, żeby robić dalej to, co wczoraj i już tak od dawna, gdzie znajdzie siłę do tych głupich zabiegów, do tych tysięcznych projektów nie prowadzących do niczego, tych prób wyjścia z przygniatającej konieczności, usiłowań, które zawsze zawodzą, a wszystkie wiodą do tego, by się przekonać raz jeszcze, że losu przezwyciężyć nie można, że trzeba upaść z powrotem pod mur, co wieczór, pod grozą tego jutra, zawsze coraz niepewniejszego, coraz wstrętniejszego. Być może, i wiek przychodzi, zdrajca, i grozi nam gorszym. Człowiek już nie ma w sobie dość muzyki, żeby kazać życiu tańczyć, ot co. Całą młodość poszła już umierać na końcu świata w ciszy prawdy. I dokąd iść poza siebie, pytam was, gdy się już nie ma w sobie dostatecznej dozy szaleństwa? To jest doprawdy agonia, której nie masz końca. Prawdą tego świata jest śmierć. Trzeba wybierać, umrzeć albo kłamać. Ja tam nigdy nie mogłem siebie zabić.
  • Każdy metr cienia przed nami był nową obietnicą, że będzie z tym koniec i że zdechnie się, ale w jaki sposób? Nieprzewidziany w tej historii był tylko mundur wykonawcy. Czy to będzie ktoś z tej strony? Czy też ktoś z tamtej?
  • Konie to jednak mają szczęście, bo chociaż dostaje im się w czasie wojny, tak jak nam, to przynajmniej nie wymaga się od nich, aby się pod tym podpisywały, żeby udawały, że w to wszystko wierzą. Konie, nieszczęsne, fakt, ale przynajmniej cieszące się wolnością! A dla nas, cóż, niestety, cały ten kurewski entuzjazm!
  • Ludzie pchają przed sobą życie, i w dzień i w nocy. Życie zasłania ludziom wszystko. We własnym zgiełku nic nie słyszą.Plują na to. A im większe jest miasto, im jest wyższe, tym bardziej plują. Ja wam to mówię. Spróbowałem. Nie warto.
  • Najdalej dojdzie ten, kto podąża samotnie.
  • Największą klęską, tak naprawdę i całkiem poważnie, jest to, że się zapomina, zwłaszcza o tym, co was wykańcza za życia, i że zdycha się, nie zdając sobie sprawy, do jakiego stopnia człowiek potrafi być ścierwem. Kiedy już będzie nam bardzo blisko do piachu, kiwając się nad dołem, trzeba będzie przestać zgrywać się na bohaterów, ale też nie wolno o niczym zapomnieć i trzeba będzie opowiedzieć wszystko, nie zmieniając choćby jednego słowa, o tym, co najpodlejsze w człowieku, a potem odwalić zgrabnie kitę i zsunąć się w otchłań. A roboty nad tym wystarczy spokojnie na cały żywot. (tłum. Oskar Hedemann)
  • Nic żywego nie zostawało we wsi, oprócz wystraszonych kotów. Meble uprzednio porąbane, szły na podpałkę do kuchni, krzesła, fotele, kredensy, od najlżejszych do najcięższych. A wszystko co można było wziąć na plecy, moi koledzy zabierali ze sobą. Grzebienie, lampki, filiżanki, różne drobiazgi, nawet wianki ślubne – wszystko szło do plecaków. Jakby mieli żyć jeszcze całe lata. Kradli dla rozrywki, żeby wyglądało, że mają tego dobra jeszcze na długo. Wieczne zachcianki.
    Armata dla nich to tylko huk. Dzięki temu wojny mogą trwać. Nawet ci, co robią wojnę, robiąc ją, nie wyobrażają jej sobie. Z kulą w brzuchu, zbieraliby w dalszym ciągu po drodze stare łapcie, które mogły „jeszcze się przydać”. Podobnie baran, leżąc na boku, na łące, kona i jeszcze skubie trawę. Większość ludzi umiera dopiero w ostatniej chwili, inni zaczynają i zabierają się do tego dwadzieścia lat przedtem a czasem i wcześniej. To są nieszczęśnicy tego świata.
  • No i o czym też myślał sobie generał des Entrayes, wysyłając mnie w tę ciszę, przystrojonego w cymbały? Z całą pewnością nie myślał on o mnie. Aztekowie w świątyniach słońca, tak przynajmniej słyszałem, co tydzień wypruwali flaki osiemdziesięciu tysiącom wiernych, składając z nich ofiarę Bogu Chmur po to, aby zesłał im deszcz. Ciężko coś takiego sobie wyobrazić, zanim wyruszy się na wojnę. Ale kiedy się już tam jest, wszystko staje się jasne, a co do Azteków, ta ich pogarda dla ciała innych istot była tą samą pogardą, jaką żywił dla moich bebechów nasz wspomniany wyżej generał Celadon des Entrayes, który skutkiem kolejnych awansów stał się, on także, czymś w rodzaju jasno określonego boga, niby małym, ale potwornie wymagającym słoneczkiem.
  • Podczas starannie dopracowanych pogrzebów zdarza nam się, że bywamy smutni, ale kiedy się pomyśli o spadku, o przyszłych wakacjach, o tej wdówce, która wydaje się milutka i która, podobno, ma temperament, to myśli się też i o tym, że chciałoby się, dla kontrastu, pożyć jeszcze długo i może w ogóle nigdy nie zdechnąć... Kto to wie?
  • Podróż jest poszukiwaniem tego czegoś, co jest tak niewielkie, tego krótkiego zawrotu głowy, o którym marzą głupcy.
  • Razem wziąwszy, największą klęską człowieka jest zapomnieć, a zwłaszcza to, od czego się zdychało i zdychało, nie pojmując nigdy, do jakiego stopnia ludzie są szuje. Kiedy będzie się stało nad grobem, nie trzeba będzie udawać cynika, ale też nie wolno będzie zapomnieć, trzeba będzie wszystko opowiedzieć, nie zamieniając ani jednego słowa, z tego co się widziało najbardziej występnego u ludzi, a potem milczeć i zejść do mogiły. To wystarczy jako zajęcie na całe życie.
  • Smutny jest widok ludzi kładących się spać – widać wtedy dobrze, jak mają w nosie, że wszystko idzie swoim trybem, widać dobrze, że nie usiłują zrozumieć, dlaczego tak jest. To ich nic nie obchodzi. Śpią byle jak, to są nadęte pęcherze, ostrygi, niewrażliwcy, czy to będą Amerykanie czy nie. Zawsze mają spokojne sumienie. Ja widziałem zbyt wiele niejasnych rzeczy, żeby być zadowolonym. Widziałem za wiele, a nie widziałem dość (...) Nawet onanizując się w takich przypadkach nie odczuwa się ani ulgi, ani rozrywki. Wtedy naprawdę jest to czarna rozpacz.
  • Ten, kto mówi o przyszłości, jest skończonym łajdakiem, bo liczy się wyłącznie to co teraz. Inwokacja do potomności to jak przemowa skierowana do robali.
  • Ten świat, to jest tylko olbrzymie przedsiębiorstwo gwizdania na świat.
  • Trzeba zdecydować się na poznawanie siebie, co dzień, trochę lepiej, i z chwilą kiedy brak nam odwagi skończyć raz na zawsze z własnym mazgajstwem.
  • Tymczasem z Niemcami spotykaliśmy się tylko przypadkiem, to jakiś huzar albo grupa strzelców, tu i ówdzie, na żółto lub na zielono, ładne kolory. Niby to się ich szukało, ale odchodziło się dalej, skoro tylko się ich dostrzegło.
  • W małej jadalni, tuż obok, ujrzałem ojca, który chodził od jednej ściany do drugiej. Widać było, że jeszcze nie wypracował sobie odpowiedniej postawy, że nie był do końca gotów na tę okoliczność. Być może czekał, aż wydarzenia same się wyklarują, i że łatwiej mu będzie wtedy coś postanowić. Trwał tak, i stał jak nad przepaścią, niezdecydowany. Ludzie przechodzą od jednej sztuki do drugiej. W międzyczasie sztuka nie jest jeszcze gotowa, a ludzie nie potrafią dobrze jeszcze odróżnić jej zarysów, nie znają ról, jakie mają w niej odegrać, więc stoją tak, z opuszczonymi rękami, przed tym, co się dzieje na ich oczach, z instynktem złożonym jak parasol, poruszając się niezbornie, zredukowani do samych siebie, to znaczy, że zredukowani do nicości.
  • W młodości dla nawet najbardziej nieczułej obojętności, dla najbardziej cynicznych zagrań znajdziemy zawsze jakieś usprawiedliwienie i potrafimy to wytłumaczyć, odwołując się do niedoświadczonego romantyzmu. Później jednak, kiedy życie pokazało już nam, i to aż za dobrze, czego od nas będzie się wymagało, jeśli idzie o wykręty, okrucieństwo, perfidię, żeby się lepiej lub gorzej utrzymać przy temperaturze 37 stopni, zdajemy sobie wówczas sprawę z tego, że już jesteśmy jasno określeni i że wiemy, jak rozumieć wszystkie łajdactwa przeszłości. Wystarczy w zupełności skrupulatnie przyjrzeć się samemu sobie oraz temu, czym staliśmy się w wymiarze plugastwa. Żadnych tajemnic, żadnych wykrętów, skoro dożyło się aż do tego momentu, a cała możliwa poezja została już przez nas zeżarta. Życie to jedna wielka bujda.
  • W tym fachu dawania się zabijać nie trzeba być wymagającym, trzeba to robić tak, jakby życie toczyło się dalej, to jest najcięższe, to kłamstwo.
  • Wszystko staje się przyjemnością, kiedy celem jest tylko czuć się razem dobrze, gdyż wtedy ma się wrażenie, że jest się wreszcie wolnym. Zapomina się o swoim życiu, tzn. o sprawach forsy.
  • Wykrywa się w całej swojej śmiesznej przeszłości tyle śmiesznego, tyle złudzeń, tyle łatwowierności, że chciałoby się może od razu przestać by młodym, poczekać aż młodość się od nas oderwie, poczekać aż minie nas, widzieć jak idzie sobie, oddala się, popatrzeć na całą jej próżność, sięgnąć w jej pustkę, ujrzeć ją jeszcze, jak przechodzi przed nami, a potem odchodzi, być pewnym że własna młodość poszła sobie i wtedy ze swej strony, spokojnie i cicho przejść na drugą stronę czasu, żeby naprawdę popatrzeć, jacy w istocie są ludzie i rzeczy.
  • Zawsze sobie mówiłem, że pierwsze światło, jakie zobaczę, to będzie błysk wystrzału, który mnie położy trupem.
  • Żeby coś zjeść, bogaci nie muszą wcale sami zabijać. Dają po prostu pracę innym, tak to nazywają. Oni sami nie robią właściwie nic złego, ludzie bogaci. Oni po prostu płacą. Robimy wszystko co w naszej mocy, aby im się przypodobać i wszyscy są zadowoleni aż miło. Ich kobiety są piękne, podczas gdy kobiety biedaków są zazwyczaj wstrętne. Jest to rezultat procesu, który trwa już od wieków, kwestię ubioru zostawiając na boku. Panienki milutkie, dobrze odżywione, domyte jak trzeba. Od chwili, gdy pojawiło się życie, tylko tyle osiągnęliśmy.
  • Życie na trzeźwo, to ci dopiero męka! Życie jest jak szkolna klasa, nuda to cieć, który ciągle z daleka was śledzi, trzeba ciągle udawać, że się jest zajętym, za wszelką cenę, czymś szalenie pasjonującym, bo inaczej zeżre wam mózg. Aż wreszcie, któregoś dnia, w taki zwykły dwudziestoczterogodzinny dzień, nagle mamy dość i nie da się tego dłużej znieść. Dzień to powinien być jeden długi wzwód, nieziemska rozkosz, przymusowa lub dobrowolna.