Stateczna i postrzelona

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Stateczna i postrzelona – powieść obyczajowa (z wątkami sensacyjnymi) Moniki Szwai z 2005 roku.

Wypowiedzi postaci[edytuj]

Emilka[edytuj]

Information icon.svg Uwaga: W dalszej części znajdują się cytaty ze szczegółami fabuły lub z zakończenia utworu.

  • Ale swoją drogą… ciągnie mnie trochę do tych koni. Poza tym ta stadnina (wielka stadnina: cztery konie na krzyż!) jest gdzieś w górach, a to mnie kręci jeszcze bardziej.
    Wprawdzie nie w jedynie słusznych górach Tatrach, ale podobno Karkonosze też góry.
  • Ciąża nie jest stanem patologicznym!
  • Dla mnie bomba. Tata wysłał Leszka w suwalskie, a mama w Bieszczady. Rewelacja. To już przynajmniej będzie wiedział, gdzie mnie nie ma.
  • Doszłam do wniosku, że naprawdę, my dwoje możemy się rozumieć jak nikt na świecie. Dziewczyna gangstera i mąż… nie, nie będę się wyrażać. Damy Kameliowej.
  • (…) dzieci też czasem myślą.
  • Grunt to zdrowa konkurencja.
  • Ja się muszę wreszcie dowiedzieć, dlaczego Rafał przestał być lekarzem! Podejście do pacjentów ma lepsze niż Bruno Walicki, a może nawet niż doktor Pawica!
  • Kiedy nas zobaczyła, omal nie dostała tego załamania, w każdym razie rozpłakała się rzewnie i przyznała, że straciła nadzieję. Kiedy Lula zobaczyła płaczącą babcię, natychmiast poszła w jej ślady i musiałam obie trzeźwić za pomocą koniaczku, którego pewien zapas babcia trzyma w szafce starego zegara z kukułką. Kukułka, na szczęście, chyba zdechła, bo nie kuka. Nie znoszę kukułek zegarowych!
  • Łatwo takiemu powiedzieć – niech pani pisze. Kiedy ja prawdopodobnie nie umiem pisać. Moja nauczycielka polskiego twierdziła zawsze, że nie powinnam nigdy w życiu wyjść z pisaniem poza wypełnianie formularzy. Bardzo się ucieszyła, kiedy jej powiedziałam, że idę na studia rolnicze. Swoją drogą, złośliwa jędza, sama też robiła błędy językowe. Mówiła „pomarańcz”. I „winogron”. I uważała, że Gałczyński wszystkie swoje wiersze napisał w delirium, bo ktoś jej powiedział, że facet się upijał w Klubie 13 Muz. W Muzach wszyscy się upijali, po to one są.
  • Mamy u siebie rodzinę z takim dzieckiem. Myślałam, że może by mu dobrze zrobiła taka rehabilitacja z koniem. Bo na razie stosujemy u niego tylko szajboterapię, to znaczy ścisły kontakt z naszymi dziećmi, mówiłam ci, z Kajtkiem i Jagódką, no i z naszymi walniętymi psami. Pomaga, przynajmniej na charakter.
  • Możliwe, że nie docierała do niej również prawda o tym, że Lula jest kobietą, a nie pożytecznym domowym organizmem przeznaczonym do sprzątania i gotowania.
  • Nie ma już starych panien (…). Nie ma obowiązku wychodzenia za mąż.
  • Niech mi nikt nie mówi, że wieś nie interesuje się polityką! Kundel Kiełbasińskiej nazywa się Binladen!
  • Ona, jak się zdaje, uważa, że poważna historyczka sztuczna powinna być nijaka w wyrazie. Może po to, żeby nie przyćmiewać urodą dzieł sztuki, o których opowiada wycieczkom.
  • Plotki to najlepsze źródło informacji.
  • (…) podobno wyszedł ze względu na słabe zdrowie. Jak on ma słabe zdrowie, to ja jestem sierotka Marysia. I krasnoludki.
  • Powiedziałyśmy z Lulą, że bardzo nam jest miło i że jesteśmy pewne, że nam będzie w Marysinie dobrze, bo jest tu ślicznie, a ludzie sympatyczni. W tym momencie Misiak wyszedł, trzaskając drzwiami, a sklepowa prawie że splunęła w naszą stronę.
  • Przepiękny student marynarki – czy można studiować marynarkę?, chyba nie, ale co on w takim razie studiuje?
    Zapytałam Lulę. Ona twierdzi, że nawigację.
  • Przestałam w końcu lać łzy, ale jeszcze sobie trochę tak postałam. Dobrze mi z tym było. No i w końcu zaczęłam się zastanawiać, jak ja mu pokażę twarz, która teraz nadawała się tylko do tego, żeby na niej usiąść.
  • Ten cały Marysin wygląda jak jakiś koniec świata, bo za nim są już tylko góry. Niby niespecjalnie wysokie, biorąc pod uwagę przewyższenie nad poziom morza, ale od podłoża do wierzchołków kawał drogi… jakby tak iść na piechotę.
  • Trzy tygodnie bez pisania! Laptop mi zardzewieje, jak tak dalej pójdzie… Nawet próbowałam kilka razy usiać i zanotować nowości, ale za każdym razem byłam tak skonana, że zasypiałam nad klawiaturą, zanim mi się otworzył właściwy program.
  • Tu Lula zbladła jak śmierć na chorągwi i wybiegła z pokoju, w celu samotnego przeżycia (czy może przeżucia) porażki zawodowej – a bardzo zawsze była czuła na punkcie swojego profesjonalizmu.
  • Ustaliłyśmy z Lulą, że Krzysztof Przybysz jest człowiekiem świętym. Niewykluczone, że będę przed nim stawiała zapaloną świeczkę albo obrzucała go płatkami wonnego kwiecia, jeśli jeszcze kiedykolwiek nas odwiedzi.
  • Zaczęłam jej machać rękami przed nosem i mówię: „Dworek Rotmistrza to ja”. Zupełnie jak Ludwik XIV, czy który tam.
  • Że on się nie rozleciał ze śmiechu, to istny cud. Może rekompensował sobie te wszystkie lata, kiedy śmiać się nie mógł.

Lula[edytuj]

  • BARDZO CHCIAŁABYM WIEDZIEĆ, KTO PODAROWAŁ JASIOWI PODRĘCZNIK MASAŻU EROTYCZNEGO!!!
    Podejrzewam Emilkę, chociaż dedykacja była kłamliwie podpisana przez Świętego Mikołaja. Fałszywy święty życzył Jasiowi przyjemnej nauki, a zwłaszcza praktyki.
    Bezczelność.
    Z drugiej strony… robi mi się dziwnie na myśl, w jaki sposób Janeczek to wykorzysta…
    Ten sam Święty Mikołaj, tym samym zmienionym charakterem pisma, życzył mi sukcesów w oczarowaniu ukochanego mężczyzny za pomocą jakiejś okropnej, duszącej perfumy, która prawdopodobnie kosztowała krocie. Zamierzałam schować ją przed Jankiem jak najgłębiej, niestety, sam mi ją wyjął z ręki, psiknął na mnie, powąchał i oczy mu się zaokrągliły. Może zrewiduję swoje pierwotne podejście do pachnidła.
    Dostałam jeszcze mnóstwo różnych drobiazgów, a ich charakter każe mi przypuszczać zawiązanie spisku, który ma na celu przerobienie mnie na kokotę. Jakieś zwiewne szale, obłędnie woniejące mydełka i balsamy do ciała, paleta cieni do oczu i wszystkiego firmy Dior, a wreszcie – jak Boga kocham! – różowa koszulka nocna wielkości chustki do nosa, za to cała w pianie koronek i do niej różowy peniuar. O ten wytworny zestaw podejrzewam babcię, tylko nie wiem, którą. Może obie zbiorowo, bo strasznie się wpatrywały we mnie, kiedy rozwijałam te dwie jednakowo zapakowane (w złocisty papier, a jakże!) paczuszki. Udawały przy tym, że skądże, nic je to nie obchodzi, jak ja zareaguję na zawartość.
    Ja jak ja, ale Jasiowi znowu oko błysnęło.
  • Bardzo miło jest NIE UWAŻAĆ.
  • Dla uczczenia tego przedsięwzięcia mamy ich nakarmić i napoić wytwornie, po staropolsku, ale żeby od tego nie utyli, broń Boże. Moim zdaniem nie ma takiej możliwości! Albo po staropolsku, albo nietucząco!
  • Mój znajomy kapitan słyszał kiedyś w Inverness autentyczną orkiestrę Highlanderów grającą na dudach i twierdzi, że Szkoci dlatego uchodzą za tak waleczny naród, że zawsze wysyłają naprzód tych swoich dudziarzy, przez co ogłuszeni przeciwnicy nie mają już sił do walki…
  • Podobno marzenia się spełniają, kiedy się marzy dostatecznie intensywnie…
  • Wczoraj przespałam się z Jankiem, przy czym określenie „przespać się” nie ma, oczywiście, sensu za grosz.
  • Wpadła Emilka, która nie odróżnia Fałata od chałata.

Janek Pudełko[edytuj]

  • Ja sobie poradzę (…). Wezmę psy do stajni, nikt obcy nie wejdzie, bo narobią wrzasku. A ja mam lekki sen. Oraz czarny pas.
  • Kuchnia to bardzo dobre miejsce, podobno serce domu.

Rafał Janowski[edytuj]

  • Najlepsze są dzieci zrobione przypadkiem… (…) Takie dzieci, na które się czeka latami, kiedy kobieta ma trudności z zajściem w ciążę, czasem leży miesiącami w szpitalu, żeby donosić, bywają chorowite i słabe. Tak pokazuje statystyka.
  • Niech piszą jak chcą, byle nazwiska nie przekręcili.

Inni[edytuj]

  • Emilka ma tu przyjaciół i jeśli stanie się jej jakakolwiek krzywda, to krew się poleje, rozumiesz, pętaku? Twoja! Jeszcze jeden telefon i będziesz miał mordę jak befsztyk tatarski.
    • Postać: Tadeusz Leszczyński.
  • (…) farmakoterapii ja sam bym nie chciał polecać; kiedy czytam o skutkach ubocznych, jakie miewają najbardziej renomowane specyfiki, robi mi się słabo.
    • Postać: psychiatra.
  • I bawcie się jak najlepiej, pamiętajcie, życie jest krótsze, niż się wydaje, a największym skarbem w tym życiu są przyjaciele.
    • Postać: rotmistrz.
  • Jak my się z Marianną zabierzemy za przyjmowanie gości, to już będzie zupełnie „Arszenik i stare koronki” (…).
    • Postać: babcia Stanisława.
  • Mężczyźni naprawdę pochodzą od innej małpy.
    • Postać: sołtyska Anna.
  • Pod lufą obrzyna powiem mu prawdę. Nie wcześniej.
    • Postać: ojciec Emilki.
  • Trzeba mieć prasę. I telewizję. Kogo nie ma w mediach, ten nie istnieje.
    • Postać: Megi.
  • (…) w różne tarapaty kobieta wpada, kiedy się zakocha (…).
    • Postać: matka Emilki.

Dialogi[edytuj]

  • – Ja jestem stara, ja chcę zobaczycz ich wesele. I chcę zatanczycz na ich weselu!
    – Chyba menueta – zachichotała babcia Stasia z odrobinką złośliwości. – Dla nas, moja Marianno to już tylko coś z tej półki…
    – Z jakiej znowu półki? Czy wy muszycze do mnie mówicz idiomy?
    – Z takiej półki, na której leżą menuety, gawoty i kontredanse. Albo kadryle, hihihihi. Emilko, czy kadryl to to samo, co kontredans? Ach, ale skąd ty możesz wiedzieć. Może Lula by wiedziała. Nieważne, w każdym razie mnie to też dotyczy. Przy dzisiejszych tańcach dostałabym zawału. A ty wylewu. Albo odwrotnie.
  • – Kurczę, Kajtuś, nie mam pojęcia – wyznałam. – Zastanówmy się razem. Gdybyś był na jego miejscu, to co byś wolał?
    – Nie wiem. Nigdy nie byłem dorosły.
  • – Młodzieży, czy nie moglibyście zaśpiewać czegoś wesołego, bo powiało egzystencjalnym smutkiem z tej całej dyskusji. Jak z grobu.
    Na to Asia z Patrycją jak jeden mąż przytuliły się do Janka i wydały z siebie rzewną pieśń:
    – Mój sokoleeeeeee czarnooki!
    – Sokół nie ma czarnych oczu – zaprotestował jeden ze studentów (…), widocznie posiadający zacięcie ornitologiczne. – On ma bure takie.
    – Pyyyytaj o mnie góóóór wysokich – zawodziły dziewczyny (…). – Pytaj o mnie kwiatów polnych…
    – Ptaków polnych!
    – Ptaków. Ptaków? I uwooooolnij mnieeeee! (…)
    – Mój sokole, mój przejrzystyyyyy!
    – No nie (…). Ja się nie zgadzam na żadne przejrzyste sokoły. Przecież to ewidentna bzdura. Śpiewamy coś innego.
    – Ja proszę rozmarynu – zażądała znienacka babcia Marianna. – Ty mne, Stanyslawa szpiewala taka piosenka o rozmarynu. (…)
    – O mój rozmarynie, rozwijaj się – zaśpiewał ochoczo Gwózdek. – O to chodziło, pani hrabino?
    – Baronin, ne hrabina. Baronowa – sprostowała Marianna z wdziękiem. – Wy do mne, dżeczy, też możecze mówicz Oma, babcza. Szpiewaj, szpiewaj.
    – Pójdę do dzieewczyny, pójdę do jedynej, zaciągnę się… na sznurku…
    – Dlaczego na sznurku? – chciała wiedzieć Marianna. – Czągnącz na sznurku? Do czego?
    – Do dziewczyny to zapytam się – skorygowała babcia Stasia. – Dopiero jak mi odpowie „nie kocham cię”…
    – Już wiem (…). Ułani werbują, strzelcy maszerują, zaciągnę się…
    – Na sznurku – dośpiewali Kajtek z Jagódką.
    – Do czego on szę zaczągnie na sznurku???
    – Dadzą mi kabacik z wyłogami, dadzą mi kabacik z wyłogami…
    – Co to jest kabaczyk? On szę je? Warziwo?
    – I czarne buciki, i czarne buciki z ostrogami…
    – Na sznurku!
    – Nyc ne rozumim, ale to ladna piosenka, szpiewajcze dalej. – Marianna pogodziła się z losem i pociągnęła zdrowy łyk koniaczku (…). Pieśń popłynęła już bez przeszkód, aż dobrnęła do okropnie nieprzyzwoitej ostatniej zwrotki, nie jestem pewna, czy istniejącej w pierwotnej wersji utworu. Marianna znowu domagała się tłumaczenia, ale zakrzyczeliśmy ją gremialnie. Jest w narodzie jednak jakieś poczucie stosowności.
  • – No więc mówię wam, kobiety – najwyraźniej odpowiadał komuś – że już niedługo moich rządów u starej Suchowolskiej, bo wczoraj przyjechały te dwie głupie miastowe, te co były wcześniej i przywiozły toboły. Pewnie zostają na stałe, bo chcą zakładać agroturystykę.
    – Jakie miastowe? – spytał damski głos.
    – Z jakimi tobołami? – spytał drugi damski głos.
    – Jaką agroturystykę? – spytał jednocześnie trzeci.
    W tym momencie zdecydowałyśmy się wkroczyć na scenę. W sklepie przebywali: gruba sklepowa za ladą, trzy mocno stare baby i Misiak senior.
    – Dzień dobry – powiedziała Lula promiennie.
    – To my jesteśmy te głupie miastowe – dodałam równie promiennie. – Przyszłyśmy po kilka podstawowych produktów spożywczych. Czy pani ma na składzie bakłażany? Krewetki czy świeże? Awokado i czarny kawior astrachański?
    Misiak sponurzał błyskawicznie, za to oblicza bab jakby pojaśniały z ciekawości. Sklepowa trochę się nastroszyła i zapytała:
    – Hę?
    Lula chciała coś wyjaśnić, ale jak już byłam przy głosie, to byłam.
    – Bo my takie rzeczy jadamy w mieście na śniadanie. Ale jeśli pani nie prowadzi, to my się chętnie ograniczymy. Możemy nawet nie pić szampana na śniadanie, chociaż trudno nam się będzie bez niego obyć w porze podwieczorku.
  • – Pani Milko! W pani moja jedyna nadzieja!
    – Zaraz. I nie Milka, tylko Emilka…
    – Ciocia nie jest czekoladą – wtrąciła domyślnie Jagódka.
  • – Pani Mirabello, proszę powiedzieć, o co chodzi – dodała babcia kojąco, ale Mirella aż zazgrzytała zębami.
    – Mirella, nie mirabella – warknęła. – Nie jestem śliwką!
  • – Pani to widzę, wesoła kobitka.
    – Wesołym lepiej się wiedzie w życiu – dodała druga. – A my jesteśmy Trzy Gracje, hehehe.
    – To pan rotmistrz, świeć Panie nad jego duszą, tak nas kiedyś nazwał i zostało – wytłumaczyła trzecia, zanim zdążyłam osłupieć. – My tu dawno temu pracowały niedaleko, w Mysłakowicach, w zakładach lnianych, zawsze były przyjaciółki, zawsze się razem trzymały, to i tak nas nazwał. Jak my jeszcze młode były – dodała dla porządku. – A teraz razem kościół w porządku utrzymujemy. I dalej Trzy Gracje – zachichotała.
  • – Przepraszam cię, Rafale, tak odruchowo spytałam, nie powinnam była…
    – Nie, dlaczego? Ja już mogę o tym mówić, nie przejmuj się. To było moje poprzednie życie, a teraz mam kolejne.
    – To masz ich kilka? Jak Kajtek w swoich grach komputerowych?
  • – Sprawa może okazać się szersza niż telefon z groźbami. Chciałbym panią prosić, żeby zechciała pani jutro porozmawiać z jednym moim kolegą, a właściwie przełożonym z powiatowej.
    – Czy on jest równie piękny, jak pan? – zapytałam, zanim zdążyłam pomyśleć i zobaczyłam z uciechą, jak kamienne oblicze podkomisarza zmienia wyraz na dużo głupszy.
  • – Tylko nie nazwij czasem synka na Z. Żadne Zygmusie, Zbyszki ani Zdzisie!
    – Zdzisio mi się nie podoba. A właściwie dlaczego nie na Z?
    – Żeby, jak dorośnie, nie pisali o nim „magister Z. Łaski”. Albo „profesor Z. Łaski”. No wiesz, to by źle wyglądało w mowie. Ewentualnie możesz mu dać Stanisław, to w skrócie będzie Stan Łaski.
  • – Zapraszamy. W tym tygodniu promocyjna cena. Będzie się pan czuł u nas jak u własnej babci na wakacjach!
    – Jeżeli pan miał babcię jędzę – mruknęła pod nosem sklepowa. Mój potencjalny gość nagle się roześmiał.
    – Miałem babcię jędzę – powiedział radośnie.
  • Znowu ryknęłam, a ksiądz przytomnie zaproponował, żebyśmy się przenieśli na plebanię, gdzie siostrzyczki napiekły ciasta i dla nas, i dla siebie, i na wszelki wypadek.
    – Chyba, że chciałabyś się wyspowiadać – spojrzał na mnie spod oka.
    – To już wolę ciasto – powiedziałam szczerze. – I tak ci wszystko opowiem.