Piotr Skwieciński

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Piotr Skwieciński (2022)

Piotr Skwieciński (ur. 1963) – polski dziennikarz, publicysta i dyplomata.

  • Ci, którzy najgłośniej żądają wtrącenia Polańskiego do lochu, tak naprawdę często powodowani są resentymentem wobec rozpustnych elit. W osobie Polańskiego symbolicznie karę – nie za złamanie prawa, tylko za rozpustę właśnie – ponieść miałby cały lekceważący szóste przykazanie świat. Otóż ja nie chciałbym, aby nowe polskie władze stanęły w awangardzie tak rozumianej moralnej krucjaty. Taka linia podziału odgrzewałaby bowiem postrzeganie konfliktu obyczajowego jako ważnej linii politycznego podziału. Służyłaby zamazywaniu interesów i konfliktów społecznych, co leżałoby w interesie elit III RP.
    • Źródło: „wSieci”, 9 listopada 2015.
  • Elity IV RP – będę używał tego określenia. Choć bowiem formacja IV RP jako całość i składa się, i w jakimś sensie reprezentuje, w odróżnieniu od konkurencyjnej formacji III RP, w dużej mierze warstwy społecznie nie uprzywilejowane, to po ponad dwóch latach rządzenia, przejęcia wszystkich możliwych, w tym lukratywnych stanowisk oraz mediów nie sposób nie dostrzegać, że posiada ona własne elity. Elity, szersze niż grono polityków PiS, które bynajmniej nie są już, jak wciąż chciałyby się postrzegać, przemykającym się gdzieś przez bagna oddziałkiem Żołnierzy Wyklętych, tylko – właśnie – elitami pełną gębą, których elitarny status, choć podlejszy niż elit III RP, jest zarazem oczywisty. I choć przyszłe wydarzenia mogą negatywnie wpłynąć na przyszłe losy wielu ich członków, to zarazem ów status tej grupy jako całości raczej nie jest chwilowym fenomenem. Elity, które realizują nie tylko swoje poglądy (z którymi w sporej mierze sympatyzuję), ale też, splecione z tymi poglądami, własne interesy.
  • Pierwsze tygodnie rządów formacji IV RP dowiodły trwałości niebezpiecznego prawicowego złudzenia, istniejącego od ’89 roku, które – wydawało się momentami – mamy już za sobą. Złudzenia, że tylko „my” jesteśmy prawdziwą Polską, że Polacy (poza wąską kliką zdrajców) tak naprawdę są z nami, tylko że zbiór przypadków, manipulacji i fałszerstw uniemożliwia im uświadomienie sobie tego. Ale w końcu ten z definicji nienaturalny stan musi się skończyć, rycerze śpiący pod Giewontem obudzą się, Polska zedrze przyklejoną jej wbrew woli maskę i nastąpi jakiś rodzaj patriotycznej rewolucji, jakieś finalne i w odróżnieniu od poprzednich zwycięskie, symboliczne Narodowe Powstanie. I wtedy wszyscy zobaczą, że to, co było dotąd, nie było Polską. I nastąpi… coś w rodzaju Końca Historii, tylko na polsko-prawicową modłę. Otóż takie myślenie to złudzenie. Niebezpieczne, bo dla zajmujących się życiem publicznym niebezpieczne jest wszystko, co wykoślawia obraz rzeczywistości. A ten naszkicowany powyżej jest wykoślawiony do maksimum. Polska jest bardzo podzielona, a ta jej część po drugiej stronie – to też jest Polska. I wcale nie mniej prawdziwa, niż ta nasza.
  • Prawica zaczęła odcinać więzy, które niegdyś łączyły ją z, hasłowo pojętym, obozem „Gazety Wyborczej”. Ten proces przyspieszył po Smoleńsku, i doprowadził do wytworzenia całego własnego prawicowego uniwersum. Ale ten proces w inny sposób dotyczył generacji starszych czy nawet średnich, a w inny – młodszych i całkiem młodych. U tych pierwszych sprzyjał jedynie pewnej intelektualnej korekcie. Tych drugich, nie znających innego intelektualnego świata – po prostu całkowicie kształtował. Stwarzał ich. A w efekcie są to ludzie, owszem, niepodatni na metody manipulacji, od dekad z sukcesem stosowane przez liberałów. Często inteligentni, często świetni profesjonalnie. I wcale nie zawsze intelektualnie zamknięci. Tylko że zarazem często kompletnie obcy jest im świat inny niż ich. Interpretacje odmienne niż te, obowiązujące w ich świecie. I nie znający wrażliwości innych niż polskoprawicowa. I to jest jedna z przyczyn, dla których politycy formacji IVRP nieświadomie wmanewrowali kraj w międzynarodowy kryzys, a potem – wraz z większością tej formacji – strasznie się zdziwili, skąd on się wziął.
  • Armia radziecka przyniosła nam rzeczywistość złą, straszną. Ale taką, którą naród mógł przetrzymać. Tymczasem „za Niemca” byliśmy „następni po Żydach w kolejce do piachu”. Taka wtedy mówiono; taka była świadomość naszych dziadków. A wszystko, co wiemy o niemieckich zamierzeniach na okres po wygraniu przez Rzeszę wojny i o ludobójczym szale, w jakim znaleźli się wtedy i zwykli Niemcy, i nazistowskie elity dowodzi, że była to intuicja prawidłowa. Tymczasem Stalin, będąc zbrodniarzem, mającym na rękach masę krwi, nie planował jednak eksterminacji naszego narodu. I z naszego punktu widzenia to była zasadnicza różnica między nim a Hitlerem. Celem Kremla nie była likwidacja Polaków, tylko ich sterroryzowanie i zniewolenie. Temu służyły jego zbrodnie. Zaś zbrodnie niemieckie były elementem łańcucha, zmierzającego do fizycznej likwidacji narodu. Józef Beck przed 1939 rokiem rzekł: „jeśli napadną na nas Niemcy, przegramy wolność; jeśli napadną Rosjanie, stracimy duszę”. Ładnie to brzmi, i nawet jest w tym coś z prawdy (jak prawie we wszystkim…). Ale jak uczy historia ze stanu „utraty duszy” potrafiliśmy się wydobyć. A ze stanu utraty życia (bo gdyby wygrał Hitler, to by nas po prostu fizycznie nie było) raczej się nie wraca.
  • W świadomości Rosjan Rosja, nie realizująca jakiejś światowej misji, nie jest prawdziwą Rosją. Właśnie Wielka Wojna Ojczyźniana i zwycięstwo nad faszyzmem jest tym czymś, co w ciągu całej rosyjskiej historii najbardziej może przypominać tę, niestrudzenie poszukiwaną przez Rosjan „rosyjską ideę”, mającą mieć walor uniwersalności. Uratowanie świata, nawet jednorazowe, można z braku innych konkretów uznać za coś zbliżonego do tej upragnionej idei. I tu dochodzimy do clou współczesnej idei rosyjskiej – ale właściwie dlaczego jednorazowe? Przy okazji „specoperacji” widzimy twórcze rozwinięcie tej koncepcji. Okazuje się otóż, że obrona świata przed faszyzmem jest dla Rosji misją wieczną. Wieczną jak sam faszyzm, który wiecznie się odradza i wiecznie zagraża. Więc faszystów na Ukrainie trzeba było wymyślić. A gdyby nie istniała żadna Ukraina, to trzeba byłoby wymyślić faszystów gdziekolwiek indziej. Żeby Rosja nadal mogła ratować przed nimi siebie i świat, ratując w ten sposób sens samej siebie – takiej, jaką sama siebie postrzega. Nawiasem mówiąc, często się słyszy, że gdyby Rosjanie na Ukrainie wygrali, to ruszyliby dalej – żeby jeszcze zwiększyć imperium. I to prawda, gdyby mogli, toby zapewne ruszyli, ale w moim przekonaniu również po to, żeby znaleźć gdzieś nowych „faszystów” do zwalczania. Byliby w tym jakoś podobni do Don Kichota – gdyby nie to, że, w odróżnieniu od nich, Don Kichot był postacią szlachetną.
    • Źródło: "Koniec ruskiego miru? O ideowych źródłach rosyjskiej agresji", wydawnictwo Teologii Politycznej, Warszawa 2022, s. 203-204
  • Decyzja o strategicznym, integralnym wręcz przeciwstawieniu się Zachodowi wymagała uzasadnienia nie tylko na poziomie geopolitycznym, ale filozoficznym. W tym sensie można powiedzieć, że Rosja weszła w konflikt z Zachodem nie dlatego, że była czy stała się konserwatywna, tylko odwrotnie – stała się konserwatywna, by wejść w konflikt z Zachodem. Bo rządzący Rosją, myślący zgodnie z paradygmatem geopolitycznej rywalizacji, uznali, że ich kraj może odzyskać pozycję światowego supermocarstwa jedynie – to wariant skromniejszy – stając się alternatywną wobec Zachodu cywilizacją zamkniętą, cywilizacją „w sobie”, lub też – w wariancie maksimum – oferując ideologiczno-kulturową alternatywę reszcie świata. Tylko trochę przesadzając, można zatem zaryzykować obrazowe twierdzenie, że gdyby w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych Europa Zachodnia i Ameryka były zdominowane przez jakiś rodzaj kulturowej prawicy, to kierunek ewolucji władzy rosyjskiej byłby odwrotny i dziś Kreml byłby ostoją ideologii gender i jądrem parad LGBT.
    • Źródło: "Koniec ruskiego miru? O ideowych źródłach rosyjskiej agresji", wydawnictwo Teologii Politycznej, Warszawa 2022, s. 86


O Piotrze Skwiecińskim[edytuj]

  • Piotr Skwieciński, jeden z inteligentniejszych publicystów obsługujących obóz władzy.
    • Autor: Ludwik Dorn, Dymy z pisowskiego silnika, „Polityka” nr 8 (3099), 22–28 lutego 2017, s. 7.
  • Teksty Piotra Skwiecińskiego z „Rzeczpospolitej” o Smoleńsku to nie wyważanie racji pomiędzy dwoma zacietrzewionymi obozami przez zafrasowanego mędrca. Nazwijmy rzecz po imieniu – to odmowa służenia prawdzie. A nawet, niestety, coś gorszego: uderzanie przez obrzydliwego oportunistę w wiarygodność tych, którzy w przeciwieństwie do Skwiecińskiego nie zdezerterowali przed wypełnianiem polskich obowiązków.
    • Autor: Piotr Lisiewicz, Jak profesor wpadł w złe środowisko, „Gazeta Polska” nr 23/2012.