Marcin Zegadło

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Marcin Zegadło (ur. 1977) – polski poeta.

  • Miasto jako pojęcie nie ma wpływu na stan emocjonalny bohatera. Miasto jako miejsce na mapie, miasto jako konkret – może odrobinę. Tak naprawdę służy ono za tło. Jest zmienne i niestałe. Mimo tego że trwa, nigdy nie znajdujesz w nim dokładnie tego, czego szukałeś w pamięci.
  • Na pierwszym piętrze radio modli się za sąsiadkę.
    Szum owadów w ogródkach działkowych, szum w koronach
    jak próba koncertu. Ruch, a po chwili wszystko urywa się,
    zatrzymuje. Nikt nie zbiega po schodach z krzykiem lub
    ze śmiechem. Nikt nie tłucze po nocach próbując udowodnić,
    że nigdy nie umrze.
    • Źródło: Ktokolwiek czyni w ten sposób nie zaprze się siebie po trzykroć, Dwutygodnik.com nr 94/2012.
  • Nie lubię optymistów. Irytują mnie. Wieczne powtarzanie, że wszystko będzie dobrze jest albo wyrazem porażającego braku doświadczenia, albo braku inteligencji. W najgorszym wypadku – pierwszego i drugiego. Ostatecznie są tacy, którym się układa i żywią głębokie przekonanie, że to „pozytywne myślenie” i – jak mawiają – „wrodzony optymizm” mają w tym swój udział. Pozostaje mi życzyć im powodzenia i rozbudzać w sobie szlachetne odruchy współczucia. Ja tymczasem będę krakał dalej.
  • To „brak” motywuje do działania, każe i pozwala szukać. Napędza, ale jednocześnie nie daje spokoju, nie pozwala zapomnieć. I tak powinno być.
  • Żadnych iluminacji, jedynie mętny
    opis i lęk na każdej ze stron (nie bójmy się tego słowa
    i tak mówimy o nim za jego plecami). Na przednówku lata,
    kiedy okoliczne glinianki znów stają się wilgotnym grobem
    dla stosunkowo niewielu jeszcze chłopców, stosunkowo niewielu
    dziewcząt, kiedy nikt się nie pali do zmian, nikt nie rozlicza
    z pogubionych aureoli, a przecież coraz częściej łamie w krzyżu
    i piecze. U progu kolejnej fali upałów śmiertelność ciała domaga się
    odrobiny uwagi, na przykład: jego dłonie, niemal identyczne
    jak dłonie jego ojca, złośliwe znamię na sutki prawej piersi
    zostawia czerwoną plamkę na t-shirt’cie, płuca jak różowe urny
    i blizny, blizny, blizny, których nie chce przybywać, które bledną.
    Ważne żeby materia lgnęła do materii, ponieważ dni są policzone,
    a on nie jest święty (w końcu mówimy o nim za jego plecami).
    • Źródło: Drugi wiersz drogi, Dwutygodnik.com nr 94/2012.