Aleksandra Ziółkowska

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Aleksandra Ziółkowska-Boehm (także: Aleksandra Ziolkowska-Boehm; ur 1949) – polska pisarka.

Cytaty z utworów[edytuj]

Ingrid Bergman prywatnie[edytuj]

(Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013)

  • Moją ulubioną zwrotką słów piosenki As Time Goes By jest ostatnia – mówiąca, że od wieków powtarza się to samo – walka o sławę, marzenia o miłości. „It is the same old story, a fight for love and glory...”. Historie o miłości,o sławnych ludziach, zawsze znajdują chętnych słuchaczy...
    „The world will always welcome lovers...” Świat zawsze chce poznać kolejną opowieść o miłości. Jak napisałam we wprowadzeniu, niezależnie od upływającego czasu, nieważne, ile mamy lat, wszyscy lubimy opowieści o miłości i sławie.
  • Na przyjęciu odczytała piękne słowa Samuela Ullmana, które ponoć tak lubił też generał Douglas MacArthur.
    Mogą być moim mottem, mogą być mottem wielu:
    „Młodości nie mierzy się liczbą lat, ale świadomością umysłu. Tak długo, jak twoje serce dostaje impulsy radości i odwagi, reaguje na innego człowieka – tak długo jest się młodym. Kiedy wszystkie połączenia się przerwą i serce pokryje się śniegiem pesymizmu – wtedy jesteś stary i Bóg może się użalić nad twoją duszą”.
  • W sierpniu 1982 roku mieszkałam w Toronto, gdy prasa podała wiadomość o śmierci Ingrid Bergman.
    Wielu moich przyjaciół mówiło o tym ze smutkiem. Było nam wszystkim żal, jak zwykle, kiedy dowiadujemy się o odejściu ulubionych aktorów, pisarzy, artystów, kompozytorów, publicznych lub bardzo prywatnych osób. Podzielili się z nami własnym światem, talentem i każdy z nich stał się jak drogi przyjaciel, którego odejście się opłakuje.
    To bardzo ładna nagroda – taka ludzka pamięć i odczucia. Jeden z pięknych pośmiertnych „honorów”, oddanych ludziom, którzy wzbudzali nasze wzruszenia, wiele nam dali swoją sztuką, swoją pracą. Dla mnie Ingrid dołączyła do grupy osób publicznych (bo prywatne opłakujemy często do końca naszego życia), którzy byli mi drodzy, bo cząstka ich została w nas. Nawet czytanie po latach o śmierci trzydziestodziewięcioletniego Fryderyka Chopina, który zmarł sto lat przed moim urodzeniem, wywołuje u mnie myśl: taki talent odszedł, i tak przedwcześnie.
    • Źródło: s. 12
    • Zobacz też: żal
  • W swojej książce wspomnieniowej Ingrid przywołała interesującą wypowiedź Burgessa Mereditha, z którym grała w spektaklu Liliom i którego poznała w 1940 roku. Według jej wspomnień, Burgess był serdeczny i przyjazny. Napisała, że pomógł jej zrozumieć i pokochać amerykański charakter. Zwrócił jej uwagę na otwarte, przyjazne nastawienie Amerykanów do wszystkich wokoło. Ingrid podobało się także, że Amerykanie potrafią śmiać się z samych siebie. Uważała, że coś takiego byłoby bardzo trudne dla Szwedów, Włochów czy Francuzów. Amerykanie wydają się szczęśliwi, słysząc o sukcesach innych. Ingrid mówiła, że stanowią kompletne przeciwieństwo Szwedów, którzy według niej są zazdrośni i niezadowoleni, gdy się dowiedzą, że inni zarabiają więcej. W Ameryce ludzie są dumni z osiągniętego sukcesu i go nie ukrywają.
    • Źródło: s. 183
    • Zobacz też: Ameryka

Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon[edytuj]

(wyd. PIW, Warszawa 2004)

  • Losy koni, tak jak ludzi, zasługują na opowieść.
    • Źródło: Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon, Wyd. PIW, Warszawa 2009
    • Zobacz też: koń

Ulica Żółwiego Strumienia[edytuj]

(wyd. Twój Styl, Warszawa 2009)

  • Choć przysłowie mówi, że przyjaciół poznaje się w biedzie, to wiemy także, że i w radości, i w sukcesie. Nie wszystkim ludziom przychodzi łatwo słuchać o sukcesach zaprzyjaźnionych osób i cieszyć się wraz z nimi. Sukces może być niewielki, nie musi być oszałamiający, ale chcemy się nim cieszyć z najbliższymi osobami. Są jednak ludzie, którzy nas naprawdę lubią wtedy, gdy się z nami coś niedobrego dzieje. Okazują nam uwagę, sympatię i pomoc. Gdy wszystko idzie dobrze, zgrzytają zębami i potrafią obgadywać i zdradzać nas przed innymi. Jakby trudniej było wzbudzić radość z cudzego dobra, niż mu współczuć w nieszczęściu. Jakby to wymagało więcej charakteru.
  • Jest często w naszym życiu jedno wydarzenie, od którego wszystko się rozpoczyna i do którego wszystko powraca, jedno doświadczenie, które nadaje specjalną barwę psychiczną. Dzień, od którego widzi się inaczej świat i siebie, może to być choroba własna lub kogoś bliskiego, śmierć, miłość, urodzenie dziecka, przeżycie artystyczne, podróż, spotkanie. Potem, choć zdarzają się rzeczy większe i ważniejsze, wydarzenia odróżnia się na „przedtem” i „potem”.
  • Kiedy się zostaje matką, już nigdy w naszych myślach nie jesteśmy same. Myślimy o sobie i o dziecku, do końca naszych dni.
  • Koloryt polskich kolęd sprawił, że jako małej dziewczynce długo wydawało mi się, że Pan Jezus urodził się gdzieś w Polsce, w małej stajence na wsi. Pasterze zbudzeni przez aniołów i spieszący do szopy wydawali mi się polskimi parobkami. Boże Narodzenie wydawało mi się bardzo polskim świętem, z grudniowym mrozem, kożuchami, butami i czapami. Byłam zawiedziona dowiedziawszy się, że Pan Jezus przyszedł na świat w dalekim Betlejem, najmniejszym z miast Judy. Kiedy jako dorosła osoba zobaczyłam to miasto wydało mi się nadzwyczajne: zbudowane z białego i różowego kamienia, rozłożone na dwóch zboczach pokrytych winnicami, gajami figowymi, migdałowymi, drzewami granatów i oliwek. Byłam bardzo przejęta odwiedzając bazylikę Narodzenia prowadzącą do Groty Narodzenia. Wzruszyłam się jednak dopiero znajdując polskie akcenty w Palestynie, jak choćby: III i IV stację Drogi Krzyżowej w Jerozolimie, pomnik z płaskorzeźbami Matki Boskiej Częstochowskiej w Tyberiadzie na dziedzińcu kościoła św. Piotra Rybaka wzniesiony w 1945 roku przez żołnierzy 2. Korpusu, wizerunek polskiej Madonny w otoczeniu Mieszka I i Dąbrowki w sanktuarium Zwiastowania w Nazarecie.
  • Wiele osób pomaga nam przejść przez życie. Rodzina, przyjaciele, obcy, czasami przypadkowi ludzie. Ważne są też lektury, filmy i zasłyszane opowieści. Niemałą rolę w moim życiu odgrywają zwierzęta.
  • Dawniej gnębiła mnie czasami myśl na temat życia, że przefrymarczyłam swe najgorętsze życzenia na niezliczone małe pragnienia. Że życia nie ułożyłam sobie tak, jak chciałam, chociaż żyłam tak, jak chciałam.

Podróże z moją kotką[edytuj]

(Wyd. Nowy Świat, Wyd.Debit, Warszawa i Bielsko Biała 2004)

  • Chciałabym, by w czasie lektury moich opowieści o kotce Suzy każdemu czytającemu zrobiło się przyjemniej i weselej.
  • Suzy uważała nas wszystkich za jedną kocią rodzinę i dlatego każde pojawienie się nowego kota czy nowej osoby w domu uważała za zagrożenie i naruszenie już zajętego terytorium.
    • Zobacz też: kot

Kaja od Radosława, czyli Historia Hubalowego Krzyża[edytuj]

(Wyd. Muza, Warszawa 2006)

  • Czyli radość życia daje niedająca się niczym zahamować młodość i beztroska dwudziestu kilku lat?... a później do nas wszystkich (brzmi to jak stara i niemodna płyta) należy dbanie o teraźniejszość, by następnym pokoleniom lepiej się żyło. Zostajemy na straży przeszłości i staramy się ją uporządkować, tak jak to właśnie robię, snując swoją opowieść o „Kai od Radosława”, dzielnej, dumnej dziewczynie, którą kształtował „szeroki świat”. Tak jak jej siostra, która mając trzy lata, zaginęła w górach Ałtaju w Dżungarii, powiedziała potem Kirgizowi, że poszła zobaczyć „szeroki świat”.
  • Myślę, że różnimy się tym, jak odbieramy trudności, które na naszej drodze spotykamy, i jak z nimi walczymy. Właśnie tak uważam: że ludzie różnią się między sobą tym, jak radzą sobie z problemami. Czy one ich przygniotą, złamią, czy dadzą pretekst do usprawiedliwiania, wskazywania powodów, dlaczego życie było takie a nie inne, czy też zahartują, utwardzą, wzniosą, dadzą poczucie własnych możliwości, wyrobią charakter.

Lepszy dzien nie przyszedł już[edytuj]

(Wyd. Iskry, Warszawa 2012)

  • Oboje podziwialiśmy Polskę, że taka zielona. W Afryce tylko wysuszona trawa. Mnie się podobało, że gdy deszcz popadał, to ziemia szybko potem wyschła.
    • Źródło: Winnice Wartanowiczów na Podolu, [w: Lepszy dzień nie przyszedł już], Warszawa, Iskry 2012, str 128
    • Zobacz też: Polska
  • ... pamięta tyle obrazów, tyle poznała „nowych prawd”, o sytuacji, o człowieku, o sobie. Rosjanie mówili, że życie ludzkie jest nic nie warte, jednego człowieka mniej, nie ma różnicy. Mówili: – Niczewo, padachniosz. Nic się nie przejmuj, zdechniesz. Nie martw się, i tak koniec przewidziany. Nie widziano nic złego w tym, żeby donieść na drugiego, nawet bliskiego człowieka, na brata czy ojca – za kawałek chleba. Myślało się tylko o jedzeniu. Aby przeżyć do jutra, traciło się czasami człowieczeństwo. Głód tłumaczył wszelkie zachowania. Jedzenie było najważniejsze. Jak nie miało się co jeść, to zaczynało się chorować i umierało.
    • Źródło: Winnice Wartanowiczów na Podolu [w: Lepszy dzień nie przyszedł już], Warszawa, Iskry 2012, str 80
    • Zobacz też: Rosja
  • Po lasach pełno było cietrzewi. Tokowiska zaczynały się bardzo wczesną wiosną. Cietrzewie zaczynały tokować już w początkach marca. W tych miejscach robiło się z jedliny wygodne budki, wykopywało dół, by można było wygodnie nogi spuścić, obkładało się darnią, gałązkami, siadało jak na krześle i przez jedlinę obserwowało teren naokoło. Wszystko zaczynało się o drugiej, trzeciej nad ranem. Wpierw odzywał się cietrzew, który zwoływał inne, na Białorusi nazywany takawik. Zaczynał gruchać, potem raptownie słyszało się łopot skrzydeł przypominający klaskanie, brzmiało to tak: czuhsiii, czuhsiii. Pierwszy cietrzew rzucał jak gdyby wezwanie, po nim przylatywał drugi. Tokowiska bywały tak bogate, że zbierało się jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt par. Koguty prowadziły ze sobą walkę. Walczyły nie tylko parami, czasami w jednej gromadzie zbierało się trzech, czterech samców i jeden drugiego walił na wszystkie strony. Samiczki siadały oddzielnie, tak jak damy na turnieju, w jednym rzędzie i przyglądały się. Prawdopodobnie zwycięzca szedł potem po swoje laury i odbierał nagrodę. Wszystko to zaczynało się, kiedy jeszcze było całkiem ciemno, później dopiero robiło się szaro, jaśniej i jaśniej, aż do wschodu słońca. Jeżeli działo się to na dużej polanie, na którą zaczynały padać promienie wschodzącego słońca, to w momencie kiedy tarcza słoneczna wychylała się zza horyzontu, toki zamierały zupełnie. Ten, który je zwoływał i siedział na drzewie, także cichł, bitwa ustawała, wszystko nieruchomiało. Samce i samiczki, które siedziały wygodnie, zwracały się główkami do słońca i jakieś pół minuty, czasami minutę, trwała cisza. Sprawiało to przejmujące wrażenie, było coś nadzwyczajnego w patrzeniu na ten hołd oddawany słońcu. Później zaś znowu toczyła się walka. Wszystko trwało jeszcze około pół godziny, nie dłużej, po czym ptactwo odlatywało. Wcześniej, gdy jeszcze było szaro, jak ustrzeliło się jednego samca z walczącej pary, to często drugi wskakiwał na niego i walił go dziobem, aż i jego się ustrzeliło. Strzały początkowo nie płoszyły cietrzewi, dopiero kiedy słońce było wyżej, robiły na nich wrażenie, i po jednym, drugim strzale ptaki rozpierzchały się. Cichym przykazaniem myśliwych było, aby nie wychodzić z ukrycia, dopóki cietrzewie same się nie roproszyły. Żeby nie zapamiętały, że w budkach ukryci są ludzie. Jak już odleciały, wychodziło się, zabierało zabite sztuki i wracało do domu. Wieszało się je na kilka tygodni w przewiewnym miejscu, aby mięso skruszało. Na wielkanocnym stole zawsze był cietrzew.
    • Źródło: Z miejsca na miejsce [w: Lepszy dzień nie przyszedł już], Warszawa, Iskry 2012, str 214–215
    • Zobacz też: ptak
  • Pszczoły były wielkim umiłowaniem stryja Leona, kochał je i lubił miód. Ule były przeważnie typu Dadanta, najłatwiejsze w obsłudze. Były one kwadratowe, z podnoszonym dachem, którędy w okresie zbiorów miodu wsuwało się specjalne nadstawki. Nadstawka taka starczała ledwie na kilka dni, szybko bowiem napełniała się miodem i należało zakładać nową. Sad pełen był olbrzymich, szerokich lip, obsiewano go też specjalnie miododajnymi trawami. W okolicy rosły białe koniczyny, dużo łubinów, w lasach wrzos. Miodobranie zaczynało się w czerwcu, po zakończeniu kwitnienia sadów i łąk. Im wcześniejszy był miód, tym lepszy. Stryj rozsyłał go i sprzedawał po całej Polsce, dużo zabierali krewni. W domu, w glinianych dzbankach miód stał cały rok. Przede wszystkim jednak specjalnie pakowany w żelazne pudełka był sprzedawany klientom z różnych miast. Miód jesienny na pierniki kupował Toruń, wiosenny i lipcowy brał Wedel. Były miody wczesne, łąkowe, rzadziutkie, złotego koloru – te nigdy się nie scukrowały. Miód z akacji, aby się scukrzyć, musiał stać bardzo długo, i wtedy robił się podobny do drobnej, białej kaszki. Inne, późniejsze, to były miody lipcowe z lip i wrześniowe, z gryki i wrzosu. Lipcowy uchodził za najlepszy, natomiast z gryki i wrześniowy były gorsze. Kiedy miód twardniał, to na przykład gryczany ciemniał, lipcowy bielał. Wszystkie oczywiście różniły się smakiem. W okresie miodobrania, kiedy pracy było wiele, stryj wynajmował chłopców do pomocy. W specjalnym domku, zimą zastępującym stebnik, miód się wirowało. Tam przenosiło się ramki, odcinało się ciepłym nożem zasklepioną woszczynę i stawiało do centryfugi (wirówki), gdzie po wpływem kręcenia korbą miód wypryskiwał na ściany beczki i ściekał. Z dołu, kurkiem, zlewało się go do podstawionych garnków, na które nakładało się sita, aby nie wpadły odłamki woszczyny. W garnku mieściło się około szesnastu litrów miodu. Przez kilka dni garnek stał odkryty, aby miód odparował, dopiero potem zakładało się woskowy papier i zawiązywało wokół. Stryj miał biblioteczkę z książkami o pszczołach. Lubił pszczoły, a one jego. Kiedy któraś wleciała do domu, brał ją delikatnie w ręce i wynosił, nigdy go nie użądliła. Pracował gołymi rękoma, nie w rękawiczkach, mówił, że pszczoły nie lubią tego. Czasami wieczorem kładł się w sadzie i słuchał jak pracują, czy są zadowolone ze zbiorów. Mówił na przykład, że pszczoła umarła, nie zdechła; jeżeli ktoś opowiadał, że pszczoła ugryzła, odpowiadał zaczepnie: – Czy widział ktoś, aby pszczoła miała zęby do gryzienia?
    • Źródło: Z miejsca na miejsce, [w: Lepszy dzień nie przyszedł już], Warszawa, Iskry 2012, str 208–209
    • Zobacz też: pszczoły


Pisarskie delicje[edytuj]

(Bellona, Warszawa 2019)


Pisanie należy do świata magicznego, i wielu z nas chciałoby w nim zamieszkać. Nawet tylko znalezienie się w jego kręgu daje dużo wrażeń i uczy ... pokory. Dobre pisanie to połączenie ciekawej formy i treści. Kiedy sposób pokazania jest tak samo piękny jak opowiedziana historia – to zazwyczaj powstaje interesująca literatura. Każdy autor chciałby, by jego książka była ważna i oryginalna, by skłaniała do refleksji. Pisząc, chcemy przekazać innym nasze obserwacje, emocje, odczucia, wrażenia i fakty.

    • Źródło: s. 5
    • zobacz też: pisanie

Moje rozumienie pisania nie musi być zbieżne z przemyśleniami innych. Pisanie pojmuję - najogólniej mówiąc - niemal jako posłannictwo, służenie innym, ale i sobie: własnym upodobaniom czy wręcz fascynacjom. Czasami mówię: żeby mi życia starczyło, abym mogła spokojnie przemysleć, wysłuchać, poczytać, zrobic notatki, i wreszcie - napisać. Pisząc, za każdym razem jakbym reagowała na rzeczywistość, ludzi i na zdarzenia wokół siebie. Jakbym chciała odpowiedzieć na pytanie: "jakie jest nasze życie?". Opowieści innych zawsze mnie interesowały, chętnie je wysłuchuję i czasami chcę o nich także napisać. Również moje własne życie dostarcza mi emocji, które często są inspiracją. Piszę o tych dobrych, i o tych gorszych, i jest to rodzaj swoistej terapii, gdy dzielę się swoimi przemyśleniami i obserwacjami z innymi. Tak jak wszyscy, wciąż uczę się żyć potykając się nie raz i nie dwa. Chciałabym zrozumieć swoje życie i świat wkoło mnie, pisząc, przybliżam i w jakiejś mierze przyswajam sobie nowe i nieznane zjawiska.

    • Źródło: s. 9
    • Zobacz też: pisanie

Dwudziesty pierwszy wiek od samego początku należy do literatury faktu, i zapewne taki pozostanie. Gdy wchodzi się do amerykańskiej sieci księgarń Barnes and Noble widać przede wszystkim monografie, biografie, wspomnienia, omówienia, pamiętniki, dzienniki, wywiady, wyjaśnienia, relacje. Czytelnik współczesny oczekuje dokumentacji, jest głodny faktów, przekazów z pierwszej ręki. Chce śledzić, co się dzieje w świecie, który dzięki telewizji i głównie internetowi wszedł w nasze życie ze swoimi dylematami, problemami, katastrofami i biedą. Na temat wielu spraw i zjawisk pragniemy wiedziec więcej, czasami je zgłębić, lub choćby „coś” lepiej zrozumieć. Chcemy wiedzieć także o sprawach nam, Polakom, bliskim, o naszej historii, naszych wielkich postaciach, ale i o przeciętnym człowieku, by się z nim identyfikować. Może chcielibyśmy wyciągnąć nowe wnioski z naszej przeszłości, nawet wiedząc, że „historia lubi się powtarzać”.

    • Źródło: s. 11-12
    • Zobacz też: pisanie

Autorzy non-fiction mają swoisty kontrakt z czytelnikiem: nic nie wymyślamy. Wszystko, o czym piszemy, jest oparte na dokumentach, faktach, ustalonych relacjach, i autor winien o tym napisać czytelnikowi. Uważam, że mimo tych trudności, pole do kreatywności jest duże.

    • Źródło: s. 13
    • Zobacz też: pisanie

Pisarz, który wybiera literaturę faktu jako swój warsztat i tematykę zdaje sobie sprawę od początku, i z czasem coraz bardziej przekonuje się, przed jakimi staje zadaniami. Przede wszystkim, musi dbać, by jego przekaz zawierał prawdę – zarówno miejsca i czasu akcji, jak postaci, które pokazuje. Prawdziwe muszą być ich wybory i motywy działania, ich życie, dobry los, tragedia i ból, potknięcia, rozczarowania, upadki, jak i radości i satysfakcje. Różne są sposoby pokazania wybranego bohatera i jego losów, zdarzeń wokół. Trudność polega na tym, jak przekazać prawdę, która jest „moją prawdą” lub prawdą „innej osoby”. Czy jest jedna prawda?...To jest temat nieraz skomplikowany.

    • Źródło: s. 15-16
    • Zobacz też: pisanie

Ważne jest, aby autor umiał zaangażować, wciągnąć emocjonalnie czytelnika w tok swojej opowieści. Kreatywność piszącego polega na wyborze perspektywy, która jak oko kamery pozwala zatrzymać i skupić się na wybranym szczególe. Skupić tak, by zwrócić uwagę czytelnika. Podając szczegóły niejako wciąga się czytelnika w akcję, uruchamia jego wyobraźnię. Wstrzemięźliwość ma ważną rolę w opowiadaniu, może wykreować dramat i napięcie. Powiedzenie „za dużo” zabiera napięcie, gadulstwo narratora niszczy tekst.

    • Źródło: s. 17-18
    • Zobacz też: pisanie

Co powstrzymuje od pisania?... dziesiątki spraw, ludzie, świadomość, że tyle już napisano, że jakże wiele się pisze, że nieraz wręcz gadulstwo nas otacza. ...Ale jednocześnie jakże piękne i szlachetne jest przekonanie, że ktoś chce się podzielić się z innymi ważną sprawą.

    • Źródło: s. 32
    • Zobacz też: pisanie

Uważam, że każdy z nas ma swoją własną opowieść i może ją napisać opierając na własnym życiu. Każdy może napisać własne wspomnienie, biografię, pamiętnik czy historię rodzinną. Jak dalece chce, jak dalece potrafi, i czy będzie chciał i umiał poddać się dyscyplinie, to jest osobne zagadnienie.

    • Źródło: s. 32
    • Zobacz też: pisanie

Pisanie wymaga nieraz wielkiego poświęcenia. Zdarza się, że wszystko inne wkoło jest ważniejsze, jakby właściwsze. I zapewne często tak właśnie jest. Są i inne przypadki, kiedy trzeba umieć uciszyć głos w sobie, który przeszkadza, nieraz wręcz jest naszym wrogiem. Może nas buntować, może stawiać pytania: „komu - na co - po co?”, i może proponować wiele ciekawych zajęć i niemałych przyjemności. Także wygoda i lenistwo zawsze podpowiada oglądanie kolejnego programu telewizyjnego, który nas tak bardzo nie interesuje, szperanie w internecie, drzemkę, gadulstwo przez telefon, mówienie nieraz wciąż „o tym samym”.

    • Źródło: s. 32-33
    • Zobacz też: pisanie

Pisarz powinien być zaangażowany emocjonalnie w temat, ale nie pokazywać swoich uczuć. Jak mówię: emocje popychają mnie do pisania, ale potem tekst odkładam, by się „uleżał”.

    • Źródło: s. 34
    • Zobacz też: pisanie

Po jakimś czasie sięgam po niego i go cyzeluję, „udoskonalam”. Zabieram komentarze, wszelkie emocje szczególnie fatalnie brzmią po latach. Im trudniejszy temat, tym trzeba być oszczędniejszym w słowach, powściąliwszym, unikać przymiotników. Im poważniejszy, tym trzeba go podać spokojniej. Komentarz i różne odczucia powinien wywołać u siebie czytelnik w czasie lektury. Nie powinna być mu wskazana gotowa interpretacja, podsunięta i wypowiedziana przez narratora, pisarza. Trzeba podać obraz tak, by czytelnik sam wyciągnął wnioski. By wstrzymał oddech. Nie należy pisać gotowych komentarzy, czytelnik sam powinien się wzruszyć, zdziwić, zakłopotać, zastanowić, pomyśleć...Gdy to nie następuje, to znaczy, że „nie udało” mi się, nie potrafiłam. Nieraz pokazuję losy rozbitych wojennymi wypadkami rodzin, dramaty pojedyńczych osób. Wydawca amerykański napisał mi, że poprzez pokazane losy czytelnik się identyfikuje i wzrusza, i że tak się dzieje także dlatego, że nie wstawiam własnego komentarza.

    • Źródło: s. 34-35
    • Zobacz też: pisanie

Wypowiedzi[edytuj]

  • Ameryka ma wiele oblicz: inna jest na południu, inna na zachodzie, na pewno inna w Nowym Jorku. Od skrajnego konserwatyzmu po liberalizm. Ta różnorodność łącznie z klimatami daje wielkie urozmaicenie, a także poczucie, że wystarczy tu zmienić miejsce zamieszkania, by zmienił się cały świat wokół nas.
  • Bliskie są mi opowieści o życiu, sagi rodzinne. Lubię opowiedzieć o życiu ludzi, którzy umieli je przeżyć godnie, mimo trudności, mimo klęsk, wojen, wielu nieszczęść. Takich właśnie ludzi wybieram, są moimi i moich książek bohaterami. Wchodzą do szczególnego panteonu. Czytelnicy też ich kochają, co obserwuję z radością.
  • Bronię bardzo różnych Ameryk – Ameryki wynalazków na miarę Nobla, Ameryki wybitnych muzyków i znakomitych orkiestr, Ameryki literackiej, filmowej. Ameryki pomagającej ludziom zdolnym, pracowitym... Amerykanie nie wstydzą się mówić, o czym marzą, kim chcieliby być, mówią o swoich sukcesach, i jakoś to nie drażni. Polacy tego nie potrafią, a ja lubię taką szczególną prostolinijność. Bronię Ameryki pełnej kultury, otwartej, dającej ludziom szanse na nowe życie.
  • Gdybyśmy wszyscy posiedli sztukę słuchania, nie tylko pisarze i ich dzieła by na tym skorzystały, ale i związki rodzinne czy przyjaźni może byłyby głębsze.
    • Źródło: Max Fuzowski, „Newsweek”, Rozmowa z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, 10 grudnia 2009 [1]
  • Uważam, że wywiad ma dwa życia; jedno, kiedy na gorąco jest publikowany i drugie, gdy się później po niego sięga, by zacytować, przywołać jako świadectwo. Po latach może być ważnym dokumentem historycznym, jak np. rozmowa Melchiora Wańkowicza z Edwardem Rydzem-Śmigłym czy Józefem Beckiem.