Sens życia według Monty Pythona

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Skocz do: nawigacja, szukaj

Sens życia według Monty Pythona – powstały w roku 1983 pełnometrażowy film grupy Monty Pythona. Tłumaczenie: Tomasz Beksiński.

Uwaga: W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne.

Część I: Cud narodzin[edytuj]

  • Kobieta tuż po porodzie: Chłopiec czy dziewczynka?
    – Chyba za wcześnie narzucać mu rolę społeczną?
  • Gdy Marcin Luter w 1517 roku przybił swe tezy do drzwi kościoła być może nie do końca zdawał sobie sprawę ze znaczenia swego czynu, lecz właśnie dzięki niemu 400 lat później mogę wkładać na mojego jasia, co mi się żywnie spodoba.
    • Opis: Wypowiedź w czasie rozmowy Anglika z żoną na temat zakazu stosowania prezerwatyw w Kościele katolickim
  • Sperma jest święta
    Sperma dobra jest
    Kiedy się marnuje
    Pan Bóg gniewa się

Część II: Wychowanie i nauka[edytuj]

  • Podziękujmy Bogu. O, Panie! Ach, jesteś taki wielki, taki absolutnie ogromny. O kurczę, naprawdę jesteśmy pod wrażeniem, tu, na dole. Wybacz nam, o Panie, te nasze okropne pochlebstwa i wazeliniarstwo pierwszej klasy, ale jesteś taki silny i taki, no, super.
  • Złapaliśmy dwóch chłopców na nacieraniu szkolnego kormorana olejkiem lnianym. Pewnie niektórzy z was myślą, że kormoran nie odgrywa ważnej roli w życiu szkoły, ale chciałbym wam przypomnieć, że został nam ofiarowany przez radę miasta Sudbury dla uczczenia dni Imperium, kiedy wspominamy nazwiska tych wszystkich walecznych mieszkańców okręgu Sudbury, którzy tak dzielnie oddali życie, by utrzymać Chiny pod panowaniem brytyjskim. Tak więc od tej chwili do kormorana nie wolno się zbliżać. (chwila zadumy) Jenkins, podobno twoja matka zmarła. (po czym zwraca się do kapelana i, wraz z innymi zebranymi w sali, śpiewa poniższą pieśń)
  • O, miłosierny Panie,
    W piekarniku nie piecz nas
    Na ruszcie nie przypiekaj,
    Nie wtykaj rożna w zad
    Sosem chilli nie polewaj
    I w ketchupie nie top nas
    Nie smaż nas na patelni,
    Dodając gorący tłuszcz
    Nie gotuj nas w ukropie,
    W szybkowarze nie duś już
    Ani w mikrofalach
    Nie podgrzewaj swoich sług

Część III: Walka[edytuj]

  • – Mamy wielkie straty. Dywizja C rozbita, w pododdziale F około stu zabitych. W sumie straciliśmy około stu pięćdziesięciu. Przepraszam, że podaję liczby w przybliżeniu, ale...
    – Rzecz w tym sierżancie, że mamy tu pewien problem. Jeden z oficerów stracił nogę.
    – Niemożliwe!
  • Lepiej niż w domu. W domu aresztują cię za zabójstwo, tutaj dają ci karabin i pokazują, jak go używać. Zabiłem piętnastu tych łotrów. W domu by mnie powiesili, a tu dadzą mi, kurwa, medal!

Część IV: Wiek średni[edytuj]

  • (małżeństwo w średnim wieku siedzi w restauracji hotelu na Hawajach. Podchodzi kelner i podaje menu)
    Kelner: Dobry wieczór. Chcą państwo o czymś porozmawiać?
    Mężczyzna: Byłoby wspaniale.
    Kelner: Dziś polecamy mniejszości.
    Mężczyzna: Zapowiada się ciekawie.
    Kobieta:(spogląda w menu i pokazuje je kelnerowi) A o czym jest ta konwersacja?
    Kelner: Futbol. Można rozmawiać o sobotnich meczach, albo wspominać mistrzostwa świata.
    Mężczyzna: A ta tutaj?
    Kelner: To filozofia.
    Kobieta: Czy to sport?
    Kelner: Nie, raczej próba dojścia do jakiejś sensownej hipotezy tłumaczącej sens życia.
    Mężczyzna: Brzmi wspaniale. Chciałabyś porozmawiać o sensie życia, kochanie?
    Kobieta: Czemu nie?
    Mężczyzna: Dwa razy filozofia.
    Kelner: Numer pokoju?
    Mężczyzna: 259
    (kelner notuje nr pokoju i chce odchodzić)
    Mężczyzna:(do kelnera) A jak mamy...
    Kelner: Państwo sobie życzą, abym zaczął?
    Mężczyzna: Bylibyśmy wdzięczni.
    Kelner: Czy zastanawiali się państwo, dlaczego są tutaj?
    Mężczyzna: Bo w Miami byliśmy rok temu, a w Kalifornii dwa lata wcześniej...
    Kelner: Chodzi mi o to, dlaczego znajdujemy się tu, na tej planecie?
    Mężczyzna: Nie.
    Kelner: Dobrze więc. A czy kiedykolwiek interesowało to pana?
    Mężczyzna: Nie.
    Kelner:(zaczyna zdradzać objawy zdenerwowania; po chwili się uspokaja) Świetnie. No więc, na przestrzeni dziejów wielu próbowało znaleźć rozwiązanie zagadki istnienia. Nazywamy ich filozofami.
    Kobieta: A o nich właśnie mamy rozmawiać?
    Kelner: Słusznie.
    Kobieta: To dobre!
    Kelner: Najwyraźniej państwo załapali. Oto karty konwersacyjne. Dowiedzą się z nich państwo o metodach filozoficznych i poznają nazwiska filozofów. Proszę bardzo, życzę przyjemnej konwersacji.
    Kobieta:(do mężczyzny o kelnerze) Jest bardzo miły. (spogląda w kartę) Nie wiedziałam, że Schopenhauer był filozofem.
    Mężczyzna: O, tak! To ten, którego nazwisko zaczyna się na „s”. Podobnie jak Nietzsche.
    Kobieta: „Nietzsche” zaczyna się na „s”?
    Mężczyzna: „S” jest w Nietzschem.
    Kobieta: Rzeczywiście, jest. Czy każdy filozof ma „s” w nazwisku?
    Mężczyzna: Większość chyba ma.
    Kobieta: Czy to znaczy, że Salena Jones jest filozofem?
    Mężczyzna: Racja. Bardzo możliwe. Śpiewa o sensie życia.
    Kobieta: Ale chyba sama nie pisze swoich piosenek?
    Mężczyzna: Nie. Ale może Schopenhauer dla niej tworzy?
    Kobieta: Nie, Burt Bacharach.
    Mężczyzna: Ale u Burta Bacharacha nie ma „s”.
    Kobieta: Ani u Hala Davida.
    Mężczyzna: Kto to jest Hal David?
    Kobieta: Autor tekstów. Burt komponuje muzykę, ale teraz ożenił się z Carole Bayer Sager.
    Mężczyzna: Kelner! Ta konwersacja nie jest najlepsza.
    Kelner: Strasznie mi przykro. Mamy dziś jedną, której nie ma w karcie. Coś w rodzaju specjalności zakładu: „Transplantacja żywotnych organów”.
    Mężczyzna: Transplantacja żywotnych organów? A cóż to takiego?

Część V: Transplantacja żywych organów[edytuj]

  • Ilekroć życie panią rani, proszę pani
    A wszystko wokół to dno
    Bo ludzie są głupi i robią na złość
    Pani zaś czuje, że ma już dość
    Pamiętajmy, że żyjemy na planecie, co wiruje
    900 mil na godzinę kręci się
    I podobno orbituje 19 mil w sekundę
    wokół Słońca, co energii źródłem jest
    Słońce, ty i ja i wszystkie gwiazdy
    miliony mil robią w jeden dzień
    Na kosmicznym nieboskłonie przez galaktykę sobie mkną,
    która Mleczną Drogą zowie się
    Ta galaktyka składa się ze stu miliardów gwiazd.
    I ma rozpiętość stu tysięcy świetlnych lat
    W środku wybrzuszona i bardzo gruba jest,
    choć szerokości w latach świetlnych mało ma
    Daleka bardzo droga od jej centrum dzieli nas,
    a okrążenie jej trwa miliony lat
    A tylko jedną jest z milionów miliardów
    galaktyk tworzących cały świat
    A wszechświat się rozciąga i rozrasta, i rozrasta,
    we wszystkich kierunkach, jakie są
    Tak daleko jak chce z prędkością światła mknie,
    Dwanaście milionów mil w minutę, naprzód wciąż
    Więc pamiętaj, gdy niepewnie i bezradnie czujesz się,
    że niewielką masz szansę wrócić tu
    I módl się, żebyś znalazł w Kosmosie lepszy świat,
    bo na Ziemi ubóstwo jest i smród.
  • – Tak? (otwiera drzwi frontowe, wchodzi dwóch facetów)
    – Czołem. Możemy wziąć pańską wątrobę?
    – Co?
    – Wątrobę. To jeden z ważniejszych organów w pańskim brzuchu. Jest czerwono – brunatna i...
    – Wiem, co to takiego, ale wciąż jej używam.
    – Dość tego. Bez kpin. (sięga do kieszeni mężczyzny) Co to jest?
    – Karta honorowego dawcy wątroby.
    – Musimy coś jeszcze wyjaśniać?
    – Zobowiązałem się ją oddać dopiero po śmierci.
    – Spoko. Niejednemu już wyjmowaliśmy wątrobę; nie przeżył nikt.

Część VI: Jesień życia[edytuj]

  • Widzicie? (wskazuje na mały domek w oddali) Tam się urodziłem. Pewnego dnia mama wzięła mnie na kolana i powiedziała: „Gaston, mój synku, świat jest piękny. Musisz wyjść mu na przeciw, kochać każdego. Postaraj się wszystkich uszczęśliwić i zawsze nieś z sobą pokój i radość”. A więc zostałem kelnerem. (na twarzy pojawia się zażenowanie, po czym dodaje usprawiedliwiającym tonem) Wiem, że to żadna filozofia, ale... (mówi ze zdenerwowaniem) Pierdolcie się! Mogę sobie żyć, jak mi się spodoba. Odpierdolcie się! Nie łaźcie za mną! (wymachuje rękoma, grożąc widzowi, po czym odchodzi w stronę domku)'

Część VII: Śmierć[edytuj]

  • (wietrzna pogoda, personifikacja Śmierci puka do drzwi domostwa; po dłuższej chwili otwiera gospodarz)
    Gospodarz: Słucham? (patrzy na kosę) Chodzi o żywopłot? Przykro mi, ale...
    Śmierć: Zbieram czarne żniwo.
    Gospodarz: Co?
    Śmierć: Jestem Ponurym Kosiarzem.
    Gospodarz: To widać.
    Śmierć: Jestem Śmierć.
    Gospodarz: Tak, ale mamy gości z Ameryki na kolacji.
    Gospodyni: (z głębi domu) Kto to, kochanie?
    Gospodarz: Jakiś pan Śmierć przyszedł coś skosić. Chyba nie potrzebujemy jego usług.
    Gospodyni: (podchodząc do drzwi) Witamy. Nie każ mu tak stać. Zaproś go do środka.
    Gospodarz: To nie jest odpowiedni moment.
    Gospodyni: Ależ prosimy. Niech pan wstąpi na drinka. (otwiera szerzej drzwi) Proszę.
    (akcja przenosi się do wnętrza domostwa, gdzie przy zastawionym stole siedzą goście)
    Gospodyni: (do gości) Przyszedł człowiek z wioski. (do Śmierci) Proszę wejść. (przedstawia gości) Pan Howard Katzenberg z Filadelfii, jego żona, Debbie. A to Jeremy i Fiona Smythe z Portland.
    Fiona: Dobry wieczór.
    Gospodyni: (przedstawiając) To pan Śmierć.
    (Śmierć podchodzi do stołu, na twarzach gości widać zdziwienie)
    Gospodyni: (do męża) Nalej panu drinka, kochanie. (do gości) Pan Śmierć jest kosiarzem.
    Śmierć: Ponurym Kosiarzem.
    Gospodyni: (żartując) Nic dziwnego, przy takiej pogodzie. (śmieje się wraz z gośćmi)
    Howard: Chyba niewiele pan dzisiaj skosił, panie Śmierć.
    Śmierć: Jestem Ponurym Kosiarzem.
    Gospodarz: (do gości) Niezbyt rozmowny. (do Śmierci) Pański drink.
    Gospodyni: Proszę usiąść.
    Debbie: Rozmawialiśmy właśnie o problemach trzeciego świata...
    (Śmierć przewraca kieliszek z winem, na twarzach gości pojawia się zdziwienie)
    Gospodyni: (lekko zaskoczona) Woli pan białe? Niestety, piwa nie mamy.
    Jeremy: To naprawdę dobre wino.
    Śmierć: Nie jestem z tego świata. (mówiąc to, prznika przez stół i staje w jego środku)
    Goście: Wielki Boże!
    Śmierć: Jestem Śmierć.
    Debbie: Niesamowite. (pogodnie, jakby traktując całe zdarzenie w kategoriach żartu) Dopiero co rozmawialiśmy o śmierci.
    Gospodyni: Właśnie. Czy śmierć to naprawdę koniec?
    Debbie: Tak twierdzi Howard, mój mąż. Nie lubi podpierać się słowami takimi jak „dusza” czy „duch”.
    Śmierć: Nic nie rozumiecie.
    Debbie: No, nie. Faktycznie nie.
    Howard: Coś panu powiem.
    Śmierć: Wy nie...
    Howard: Chwileczkę. Pragnę podkreślić niezwykłe znaczenie tego doświadczenia.
    Gospodyni: Bardzo się cieszymy, że pan wpadł.
    Howard: Pozwolicie mi skończyć?
    Debbie: Panie Śmierć, czy istnieje życie pozagrobowe?
    Howard: Kochanie, pozwól mi...
    Gospodyni: Może napije się pan sherry?
    Howard: Chcę coś powiedzieć...
    Śmierć: (zdenerwowanym głosem) Cisza!
    Howard: Czy mogę coś powiedzieć?
    Śmierć: (krzycząc) Milczeć! Przyszedłem po was.
    Gospodyni: (niepewnym głosem) To znaczy...
    Śmierć: Zabieram was. Przybyłem tu w tym celu. (gospodyni łapie się za pierś i siada) Jestem Śmierć.
    Gospodarz: On wyraźnie psuje nam wieczór.
    Howard: Nie sądzę. Pozwól, że powiem, co myślę. Moim zdaniem to bardzo pouczające doświadczenie.
    Śmierć: (ze zdenerwowaniem) Zamknij się! Milcz, Amerykaninie! (wskazując kością palca wskazującego na Howarda) Bez przerwy gadacie, wy Amerykanie. Gadacie i gadacie. Mówicie: „pozwól, że coś ci powiem” albo: „chcę właśnie powiedzieć”. Teraz jesteście martwi, więc stulcie gęby.
    Howard: (z niedowierzaniem) Martwi?
    Śmierć: Martwi.
    Gospodyni: Wszyscy?
    Śmierć: Wszyscy.
    Gospodarz: (ze zdenerwowaniem) Słuchaj pan! Wchodzisz tu nieproszony, tłuczesz kieliszki, i oznajmiasz, jakby nigdy nic, że jesteśmy martwi! Przypominam, że jesteś gościem w tym domu!
    Śmierć: (wsadzając gospodarzowi palec wskazujący w oko) Siedź cicho! Wy, angole, jesteście tacy, kurwa, pompatyczni. Żaden z was nie ma jaj. (gospodyni, grana przez mężczyznę, otwiera usta ze zdziwienia)
    Debbie: (pogodnie) Mogę o coś spytać? Jak mogliśmy wszyscy umrzeć jednocześnie? (na twarzach pozostałych maluje się to samo pytanie)
    Śmierć: (wskazując palcem przyczynę) Sałatka z łososia.
    Gospodarz: Kochanie, czyżbyś podała łososia z konserwy?
    Gospodyni: Jest mi śmiertelnie głupio.
    Śmierć: Czas nadszedł. Chodźcie. Chodźcie za mną.
    (Śmierć wychodzi ze stołu i udaje się w kierunku wyjścia; gospodarz wyciąga z komody pistolet i strzela do Śmierci, ta obraca się do niego)
    Gospodarz: (przestraszony) Chciałem tylko sprawdzić. Przepraszam.
    Śmierć: Chodźcie za mną. Natychmiast. (przesuwa ręką w powietrzu, goście opadają, po czym z ciał wychodzą dusze) Idziemy.
    Dusza gospodyni: Sprzedawca obiecał załatwić świeżego łososia. Zawsze był bardzo solidny.
    Dusza Debbie: Ale ja nie jadłam sałatki...
  • Jest Gwiazdka w niebie,
    słychać dzieci śpiew
    Jest Gwiazdka w niebie,
    dźwięk dzwonów niesie się
    Jest Gwiazdka w niebie
    I choć z góry pada śnieg,
    jest ciepła noc
    i każdy gość w krawacie bawi się
    Jest Gwiazdka w niebie,
    w telewizji leci film
    Musical co godzinę,
    oraz Szczęki, części trzy
    Prezenty dla każdego są
    i niespodzianek moc –
    Walkman Sony, słuchawki hi – fi
    i gier video stos
    Jest Gwiazdka, jest Gwiazdka w niebie!
    Hip, hip, hip, hip hurra!
    Codziennie jest Gwiazdka
    Jest Gwiazdka w niebie, hip, hip, hip, hip hurra!
    Codziennie jest...
    • Opis: piosenka finałowa, śpiewana w niebie, gdzie znaleźli się wszyscy bohaterowie filmu. W czasie jej wykonywania powracający dzwon przewraca anioła, podnoszona przez Józefa Maria dziurawi głową dach szopki betlejemskiej, trzej królowie wędrują z wózkami sklepowymi pełnymi prezentów, a wykonawca piosenki chwyta kobiety grające aniołki za plastikowe piersi oraz klepie po pośladkach

Koniec filmu[edytuj]

  • I na tym kończymy film. Czas na sens życia. (Dziewczyna wnosi do studia złotą kopertę i podaje spikerce; ta otwiera ją, wyjmuje kartkę i czyta, najpierw sama dla siebie). To nic nadzwyczajnego: „Bądź miły dla ludzi, nie obżeraj się, czytaj książki, chadzaj na spacery i próbuj żyć w zgodzie z ludźmi innych wyznań i narodowości”. (Odrzuca kartkę z tekstem). Na koniec mamy jeszcze kilka świńskich zdjęć penisów, żeby wkurzyć cenzorów i wywołać trochę kontrowersji, gdyż tylko w ten sposób można zmusić publiczność, aby ruszyła swoje jebane dupska od magnetowidów i skłonić ją do pójścia do kina. Rodzinna rozrywka? Bzdura. Wszyscy chcą tylko świństw. Ludzie rżną się piłami łańcuchowymi, spedaleni senatorowie dźgają opiekunki do dzieci, straż obywatelska dusi kurczęta, krytycy teatralni mordują kozły – mutanty. Po co komu jakieś kino. Oto na czym stoimy. Czas na finałową melodię. Dobranoc. (Pojawia się muzyka z czołówki „Latającego cyrku”).
    • Opis: spikerka na końcu filmu.

Zobacz też[edytuj]