Dziewice, do boju!

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Dziewice, do boju! – powieść obyczajowa Moniki Szwai w roku 2008, kontynuacja losów bohaterek zaprezentowanych w powieści Klub Mało Używanych Dziewic (2007).

A Ą B C Ć D E Ę F G H I J K L Ł M N Ń O Ó P Q R S Ś T U V W X Y Z Ź Ż

Information icon.svg Uwaga: W dalszej części znajdują się cytaty ze szczegółami fabuły lub z zakończenia utworu.

A[edytuj]

  • Agnieszka zastanowiła się głęboko. Kochała tego Jędrzeja czy go nie kochała? Może faktycznie zbyt beztrosko powiadomiła Alinę o jego wiarołomności… Trzeba było trochę pocierpieć, byłoby prawdopodobniej.
    – Kochałam, nie kochałam… Pewnie kochałam, ale przecież nie będę płakać po nim na środku sklepu.
  • Ale Bronik to Bronik. To nie Klub Dziewic Pchających Nos w Nieswoje Sprawy.
  • Alina i Agnieszka jechały krajową trójką do Świnoujścia, ciesząc się majem.
    – Zupełnie jak Kubuś Puchatek – powiedziała Agnieszka. – Pamiętacie może, kiedy Kubuś robił coś, ciesząc się majem? Bo ja tylko wiem, że się cieszył, w imiesłowie.
    – Ja już nie mam pojęcia, co to jest imiesłów – zachichotała Michalina, bardzo z siebie zadowolona. – Skończyłam z imiesłowami raz na zawsze, kiedy tylko odebrałam świadectwo maturalne. Że też chce ci się pamiętać takie rzeczy!
    – Dla mnie jak splunąć – prychnęła Agnieszka. – Zresztą byłam z tego kosa. Imiesłowy przymiotnikowe i przysłówkowe, przymiotnikowe czynne i bierne, a przysłówkowe współczesne i uprzednie. „Ciesząc” jest przysłówkowy współczesny.
    – Na mózg ci padło i zostało – osądziła Alina. – Że też chce ci się szare komórki zamulać takimi rzeczami.

B[edytuj]

  • Biedna, niemądra mama. Nie jest jej winą, że ma mózgu tyle co kura.
  • – Boże, jakie one są piękne, te ikony! – zwróciła się Alina do gospodarza z nabożnym podziwem w głosie. – To wszystko pan malował?
    – Ikony w zasadzie się pisze, nie maluje – uśmiechnął się.

C[edytuj]

  • – Całemu draństwu świata i tak nie dam rady.
    – Wiesz, jak mówią bracia Rosjanie? Wsiej wódki nie prapijosz, no striemitsja nada. Całej wódki nie wypijesz, ale starać się trzeba. Ukochane powiedzonko mojego ojca.
    – Ono ma ciąg dalszy…
    – Mój Boże, dama nie powinna go znać! Żadną miarą! No więc, dlaczego? Dlaczego nie chcesz się starać?
    – Z przyczyn praktycznych. Draństwo pozostanie draństwem, ani Rozbickich, ani Niepierowej w aniołów nie przerobię. A stracę na to mnóstwo energii, którą mogłabym przeznaczyć na zrobienie czegoś naprawdę pożytecznego. Tylko jeszcze nie wiem, czego. Ale wymyślę. Daj mi trochę czasu.
  • Całował ją jakiś facet w mundurze. Zdaje się, że zamierzał to robić do końca świata i o jeden dzień dłużej.
  • – Co chciałabyś robić wieczorem?
    – Dziecko.
  • (…) co do ikon (…) mimo że je sprzedaję, to w pewnym sensie są moją modlitwą. Bo, widzą panie, ja nie umiem i nie lubię się modlić metodą klepania wierszyków. Modlę się, malując ikonę. I każda z nich jest trochę częścią mnie samego.
  • – Cześć, mamo, co tu tak cudnie pachnie? Placek upiekłaś! Rewelacja!
    Pani Bożena najchętniej schowałaby resztę placka, bo ostatnimi czasy córka denerwowała ją straszliwie, ale było już za późno. Michalina wyczuła go nosem i bezbłędnie sięgnęła do szafki.
    – Z kruszonką! Bosko. Zrobić ci herbaty?
    – Chyba ty czegoś ode mnie chcesz. Kiedy to ostatnio z własnej woli robiłaś mi herbatę?
    – Dzisiaj rano, do śniadania – odparła bezczelnie Michalina, dławiąc się nieco ogromnym kęsem placka. – Zrobię ci. Sobie też zrobię.
    – O tej porze będziesz piła herbatę? Na noc?
    – Dopiero wpół do dwunastej.
    – O tej godzinie się wraca do domu… Michalina zniecierpliwiła się odrobinę.
    – Mamo, ja mam czterdzieści lat. Zresztą gdyby nie to, że Grzegorz jutro o piątej rano jedzie do Warszawy, to bym w ogóle nie
    – On ma na ciebie zły wpływ.
    – Moim zdaniem przeciwnie. A czemu tak twierdzisz?
    – Zrobiłaś się bezczelna. Kiedyś byś mi tak nie odpowiadała.
    – Człowiek dojrzewa. Podobno lepiej późno niż wcale.
  • – Czy panie zechcą teraz obejrzeć statek?
    Panie poczuły się mniej więcej tak, jakby właśnie z zaświatów wyłonił się król Jan Trzeci i zaproponował im, że je oprowadzi po pałacu w Wilanowie.

D[edytuj]

  • Dobrze jest się wygadać. Odreagować natychmiast po oberwaniu kłonicą.

E[edytuj]

  • Ewa lub Agnieszka na zmianę tłumaczyły założenia szkoły, opowiadały o autorskich programach wybitnych nauczycieli (…), roztaczały wizję szczęśliwego maturzysty, dla którego drzwi dowolnej uczelni stoją otworem. Podkreślały swój ambiwalentny stosunek do olimpiad, uprzedzając, że z tego powodu szkoła nigdy nie będzie przodowała w rankingach.
    – No i dobrze – zagrzmiał do słuchawki jeden z żądnych informacji tatusiów. – Szkoła ma się zajmować uczniami, a nie rankingami!
    Na to Agnieszka natychmiast poczęstowała go systemem tutorów sprawujących osobistą opiekę nad każdym uczniem.
    – Opłaca wam się to? – zdziwił się tatuś. – Wychowawca do każdego? – Sprawdziłam ten system w mojej poprzedniej szkole, to jest w szkole, gdzie byłam dyrektorką. Moja jest dopiero ta. Ale ręczę panu, to daje rezultaty. Uczniowie czują się bezpieczniejsi. Oczywiście pod warunkiem, że opiekun to opiekun, a nie stróż z kijem. My lubimy swoich uczniów, więc nie mam obaw, że coś tu nie wypali.

J[edytuj]

  • Ja będę pilnował, żeby to, co oni zrobią, nadawało się na szpital, a pani będzie czuwać, żeby nas nie oskubali. Co pani na to? No risk, no fan!
    – Nie wiem, czy dobrze rozumiem…
    – Nie ma ryzyka, nie ma zabawy…
    – To akurat rozumiem. Nie rozumiem całej reszty.
  • Jestem zwolennikiem solidnego przygotowania i uroczystego przecięcia wstęgi. A potem junacy do pracy, młoty do roboty.
  • – Jestem, dziewczynki. Mam dla was czekoladki, właśnie dostałem.
    – Ho, ho, klientki przynoszą ci czekoladki! Koniaczki też? Jak panu doktorowi, żeby uciął właściwą nogę?

K[edytuj]

  • Kochałam Andersena, jak byłam mała. Potem mi przeszło, bo był za smutny.
  • (…) ku rozczarowaniu Marceli znowu nie podarował jej erotycznego pachnidła, tylko bezosobowy album ze zdjęciami słynnych ogrodów angielskich; czy on jej, do cholery, zamierza ufundować biblioteczkę ogrodniczą?!

M[edytuj]

  • – Ma pan bliźniaki? – zainteresowała się Agnieszka.
    – Jarka i Leszka – ryknął śmiechem tatunio. – Nie, ja tylko tak straszę. Mam córkę i syna.
  • Miałam grypę. Matka mnie potraktowała, jakbym miała galopujące suchoty i raka płuc. Ona ostatnio pracuje z nowotworowymi dziećmi w szpitalu i wystarczy kichnąć, żeby dostawała szoku. Szczęście, że mnie wreszcie spuściła z łańcucha, bo już myślałam, że się przekręcę.
  • Michalina, rozśmieszona myślą, że mogłaby swoim miniaturowym pilniczkiem sterroryzować załogę samolotu, poczekała na Grzegorza, który przeszedł bez problemu i bez zdejmowania butów. Za Grzegorzem już wyła bramka, a jakiś byczek o wyglądzie świeżo dorobionego biznesmena robił awanturę facetom z ochrony.
    – Prawdopodobnie ma dziurawe skarpetki – zauważył Grzegorz. – A w nich niemyte nogi.
  • – Mieszka pan z mamą? – spytała chytrze Marcela. – I z kotem? Jak pan premier?
    – Jako miłośnik ptaków generalnie nie zgadzam się z kotami. Co do mamy, to owszem, dogadujemy się. Z wyjątkiem tych momentów, kiedy mama po raz kolejny usiłuje mnie wyswatać.
    Gej – pomyślała Marcela z pewnym żalem.
    – Jest pan wrogiem małżeństwa?
    – Nie, wrogiem nie, żadną miarą. Nawet miałem kiedyś żonę, ale nam nie wyszło.
  • Młody barman nie znał ani Noela Harta, ani Dave'a McCormicka. Był jednak bardzo przyjacielski i poradził Grzegorzowi, żeby poszukał w porcie rybackim niejakiego Jima Magee, bardzo już leciwego rybaka, który ma zwyczaj przesiadywać w barze z rybami i owocami morza na Main Street.
    – Bar się nazywa „Kitty Kellys”, tak samo jak ta sławna restauracja, byliście już? Nie? Musicie koniecznie. To za miastem, jak się jedzie na Slieve League. Restauracja, mówię. A co do baru, to Jim tam często jada, zwłaszcza odkąd stara Myrtle przestała znosić jego dziwactwa i przeniosła się do lepszego świata. Poznacie go bez trudności, bo to dziwak. Jest już prawie łysy, ale tego, co jeszcze ma, wystarcza mu na harcap. Zawsze ma chustkę wokół szyi, czerwoną albo czarną. No, czasami żółtą. Jim zna tutaj wszystkich, bo ma ze sto lat. No, dziewięćdziesiąt. Ten Noel, jakmutam, Hart, to wasz znajomy?
    Grzegorz nie widział powodu, żeby nie zaspokoić ciekawości życzliwego Irlandczyka. Zwłaszcza że młodzian był rudy…
    – To ojciec mojej przyjaciółki. Nie widzieli się od jej dzieciństwa.
    Barman wytrzeszczył intensywnie zielone oczy i byłby zasypał Grzegorza tysiącem pytań, a może i poleciał pogadać sobie z Michaliną, ale do baru weszła w tym momencie spora grupa japońskich turystów, żądnych natychmiastowej degustacji irlandzkiego piwa. Musiał więc zająć się laniem guinnessa oraz kilkenny (o innych irlandzkich piwach Japończycy nie słyszeli) i obsługiwaniem rozgadanych gości. Grzegorz podziękował gestem, zostawił na barze kilka euro i poszedł do Michaliny.
    Streścił jej pokrótce, czego się dowiedział i oboje skierowali się do drzwi.
    Już za nimi dogonił ich barman wymachujący Grzegorzowymi euro. Spojrzał na niego z wyrzutem i wcisnął mu pieniądze do ręki.
    – Nie mógłbym! Nie mógłbym! Mam nadzieję, że pani – tu ukłonił się Michalinie – znajdzie ojca. Tak musi być po prostu! Nie może być inaczej. Co za historia! Muszę wracać do moich Japończyków. Życzę pani powodzenia. Proszę mi koniecznie powiedzieć, kiedy wam się uda. Muszę uciekać! Slàn!
    – Slàn – odpowiedziała machinalnie.
    Grzegorz zdumiał się.
    – Mówisz po irlandzku?
    – Po irlandzku? Ach, oczywiście, że nie. Zapamiętałam tylko dwa słowa: slàn i slainte. „Cześć” i „zdrówko”. On nam powiedział „cześć”.
    – A „zdrówko” powiemy sobie w tym barze, do którego cię zapraszam na piwko. Chodź. Coś mi mówi, że czeka na nas Jim Magee.
    Michalina tylko westchnęła.

N[edytuj]

  • Na własny temat czasami wiemy najmniej (…).
  • Następnego dnia kapitan Mokrzycki przyszedł się pożegnać. Przytaszczył z sobą jakiś monstrualny bukiet „wielowarzywny”, jak określała podobne wiązanki Michalina. Przegląd kwiaciarni.
  • Nauczyciel, w odróżnieniu od ucznia, jest dorosły. Musi umieć hamować emocje.
    – A jeżeli uczeń dyskutuje?
    Agnieszka roześmiała się mimo woli. Tatuś drążył jak kret!
    – Bardzo dobrze, niech dyskutuje. Przecież mnie nie pobije na argumenty. Proszę pana, ja nie mogę wyjść z siebie w kontakcie z uczniem, bo niech pan sam pomyśli: przy całym szacunku dla niego, czy jesteśmy równymi partnerami w dyskusji? Nie, bo za mną stoi zarówno wiedza, jak doświadczenie. Oczywiście, w niektórych dziedzinach, na przykład związanych z elektroniką czy Internetem, on może wiedzieć więcej niż ja. Wtedy ja go słucham. Ale tylko wybiórczo. Generalnie ja jestem mądrzejsza. Więc nie będę kopała słabszego, tylko mu wytłumaczę, co i jak.
  • (…) nawiasem mówiąc, on się po rozwodzie ze swoją Kaczmarkową ożenił?
    – Chyba z flotą – prychnęła Alina. – Face jest nieprzytomnie zakochany w żaglowcach.
  • (…) nie ma złej pogody, tylko są fotografowie, którzy nie umieją patrzeć.
  • Nie można jednakowo kochać wszystkich (…).
  • Niebezpiecznie jest wystawiać charakter na zbyt ciężką próbę (…). Może nie wytrzymać.
  • – Niech pani opowiada – rozkazała pani Róża i wyłączyła Mostowiakom fonię.
    – Moje przyjaciółki są wariatki – powiedziała czule Agnieszka.
    – Bardzo korzystnie – zauważyła pani Róża. – Tylko z wariatami człowiek się nie nudzi.
  • Nigdy nie jest za późno na nowe doświadczenia.

O[edytuj]

  • – Odstroiłam się jak stróż w Boże Ciało – sarknęła w stronę Agnieszki, bujającej się z chytrym wyrazem twarzy w fotelu. – To przez panią. Nie czuję się swobodnie.
    – Nie wiem czemu, bo wygląda pani świetnie. – Agnieszka dyplomatycznie przemilczała swoje pierwsze wrażenie: pani Róża przypominała jej wyrośniętego dragona po amatorsku przebranego za łagodną staruszkę. – Ten kapelutek jest rozkoszny. Szkoda, że nie ma pani na nim ogródka warzywnego. Wie pani, bakłażan, dwa ogórki, cebulka i pęczek marchewki. Z nacią.
    – Musi wystarczyć kwiatowy. Poza tym co to za ogródek, dwie marne różyczki. Nawet bez przybrania.
  • (…) oglądam politykę w telewizji! Tę Monikę Olejnik i „Skaner polityczny”, tylko nie wiem, co to jest skaner, te wszystkie raporty i „Warto rozmawiać” z tym dziwnym facetem, co wygląda jak ksiądz w przebraniu, a właściwie to jak przedwojenny tajniak, co się przebrał za księdza, który dla niepoznaki nie nosi koloratki… i „Lożę prasową”, i całą resztę! „Szkło kontaktowe”! Najbardziej lubię „Szkło kontaktowe”, ci dwaj to są zgrywusy! A jak była fałszywka na premiera, to się raz dwa wyjaśniło!
  • – On jest poligamiczny?
    – Tak, bąk lubi mieć haremik. Nie dam głowy, czy nasz przyjaciel, nazwałem go Teodorem, nawiasem mówiąc, no więc nie dam głowy, czy Teodor nie ma jeszcze jakiejś panienki w okolicy. Panienki, o której ja nic nie wiem. W zasięgu moich obserwacji z pani gruszy są dwa gniazda i dwie panienki. Kasia i Basia.
    – Tak je pan nazwał?
    – Dla lepszego odróżnienia. I teraz mam dla pani dobrą wiadomość: zarówno Kasia, jak i Basia złożyły jajka. Będziemy mieli młode bączki.
    – Co za korzystne wydarzenie. Pan to traktuje bardzo osobiście?
    – Jakbym sam je zrobił, te jajka. O, przepraszam. Ale naprawdę jestem szczęśliwy. Bąk jest rzadkim ptakiem, chyba to już mówiłem poprzednim razem. Do Teodora jestem przywiązany, bo ganiam za nim od kilku lat. Do tej pory nie wiedziałem o jego podwójnym życiu, oczywiście, przypuszczałem, że może takowe mieć, ale nie wiedziałem. A tu proszę. Dwa domki, dwie żonki, dwa komplety jajeczek!
    – Gratuluję.
  • – On się nie zachowywał jak epuzer…
    Michalina nie wiedziała, co to znaczy epuzer.
    – Agniecha, ty nas już obraziłaś czy jeszcze nie?
    – Jeszcze nie do końca. Epuzer to jest starający się o damę. Albo coś w tym rodzaju. Mnie się wydaje, że on jest w rozkroku. Jerzy, znaczy. W szpagacie wręcz.
    – Chce jej i nie chce?
  • – Ona chyba w gruncie rzeczy nigdy nie była tak naprawdę, sercem z nami związana. My jak ci trzej muszkieterowie…
    – Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! – zawołały Alina i Agnieszka jednocześnie. Misia z oburzeniem pokręciła głową.
    – W książce oni tak nie mówią. To w filmie wymyślili… żeby się głupszym widzom łatwiej utrwaliło.

P[edytuj]

  • – Pierwsze młode powinny się na dniach zaczynać usamodzielniać – powiedział nieco marząco. – Pod koniec miesiąca opuszczą gniazda. To fantastyczne, nie? Ludzkie potomstwo rośnie latami.
    – Ale za to żyjemy też latami – mruknęła Marcelina, zastanawiając się, czy ten jego naiwny entuzjazm podoba się jej, czy raczej nie. – Miał pan kiedyś własne dzieci?
    – Nic o tym nie wiem. Chyba że w terenie.
  • Po raz pierwszy z taką siłą dotarło do Michaliny, że jest w ojczyźnie swojego ojca. W jakimś sensie więc i swojej własnej. Wróciła do domu? Jak to jest możliwe, że dopiero teraz?
    Być może w tym momencie przestały istnieć ostatki władzy, jaką miała nad Michaliną matka.
    Jestem wolna – pomyślała. – Cokolwiek miałoby się wydarzyć, jestem wolna.
  • Praca społeczna jest zjawiskiem niemoralnym (…).

S[edytuj]

  • Smok też wydał jej się jakiś dziwny. Trochę pocieszyło ją, że potrafi ziać ogniem, jak na smoka przystało, natomiast bardzo rozśmieszyło, że potwora działa, kiedy się do niej wyśle eseme-sa.
    Poprosiła Agnieszkę o wysłanie takowego, a sama zamarła w oczekiwaniu.
    Niestety, smok ani zipnął.
    – Może jeszcze raz? – zaproponowała pani Róża markotnie. Strasznie chciała zobaczyć, jak smok się uaktywnia.
    Agnieszka kiwnęła głową i wydobyła komórkę z kieszeni. W tym samym momencie komórka pisnęła dwa razy.
    – Odbiorę, dobrze?
    Spojrzała na ekranik i znienacka wybuchnęła serdecznym śmiechem.
    – Z czego się pani tak cieszy?
    – Smok odpowiedział – zachichotała. – Niech pani sama zobaczy.
    – Będę musiała wyciągać okulary. Nie chce mi się. Niech pani czyta!
    Agnieszka otarła załzawione oczy i przeczytała z wyświetlacza:
    – „Przepraszam, zepsułem się, nie mogę ziać. Sorry, I broke down, I can't blaze. Uwagi możesz przekazać… You can send your claims to gazownia@krakow.ksg.pl Smok”,
    – Niemożliwe!
    Tym razem pani Róża popłakała się z radości. Kiedy jej przeszedł atak śmiechu, oświadczyła:
    – Już nigdy nie powiem, że Krakusy nie mają poczucia humoru.
  • (…) sypiam z Grzesiem, to mi jego inteligencja przechodzi do organizmu… przez osmozę.

T[edytuj]

  • – Trzeba patrzeć, gdzie ludzie siedzą – powiedziała Michalina tonem bywalczyni fast foodów. – Jak ludzi nie ma, znaczy żarcie niedobre.
  • Twoja mama jest chora na nienawiść (…).
  • – Twój ojciec mówi do mnie „dzieci” – mruknął Grzegorz. – Misiu kochana, czasami mam jeszcze kompleksy. Jestem od niego niewiele młodszy. Powiedz mi natychmiast prawdę, w tej tu romantycznej scenerii… zanim sceneria się nie zwinie i nie odpłynie… Dlaczego na mnie lecisz?
    – Zrobiłeś mi dziecko i teraz już za późno zadawać takie głupie pytania. Ale powiem ci, Grzesiu. Powiem.
    Przytuliła się do mego i spojrzała mu głęboko w okulary.
    – Inteligencja jest sexy, Grzesiu.

U[edytuj]

  • (…) u nas stopnie nie są karą ani nagrodą. Są informacją o poziomie wykształcenia ucznia. Nie mają w sobie nic osobistego, jeśli można to tak określić.

W[edytuj]

  • – Wpadaj. Chcesz, to po ciebie przyjadę, może matka pożyczy mi brykę, a jak nie, to może autobuskiem…
    – Masz prawo jazdy? – Niezupełnie…
    – No to nie będziesz jeździł żadnym samochodem! Jeszcze tego brakowało, żeby ci prawko odebrali!
    – Przecież właśnie mi nie odbiorą!
  • Wszyscy popełniamy błędy, dorośli też. Zadaniem opiekuna jest pomóc się dzieciakowi wyplątać, a nie wyznaczać mu kary. Zadośćuczynienie, tak. Przeprosiny, tak. Kara – nie. Kary są bez sensu. W kontaktach z uczniami używamy wyłącznie argumentów.
  • Wśród niezidentyfikowanych pętała się niepozorna szatyneczka, niewysoka, trochę jakby myszata, ubrana w elegancką szarą garsonkę, która tę myszatość pogłębiała. Alina chętnie wzięłaby kobitkę do fryzjera, kosmetyczki, wizażystki – a przynajmniej pokazałaby jej, jak się należy malować – i prawdopodobnie zrobiłaby z niej człowieka. Należało jednak przypuszczać, że Myszata nie chciałaby skorzystać z pomocy w tej dziedzinie. Takie Myszate chronią swoją myszatość i panicznie boją się czegokolwiek, co mogłoby je myszatości pozbawić. A jakby tak oddać tę szarą garsonkę na PCK, niezależnie od jej doskonałej jakości, Myszata zaś ubrać w jasny granacik albo ciemny chaberek, dołożyć jej jasnoczerwoną apaszeczkę… te włosięta przyciąć, żeby tak nie zwisały smętnie, dowalić im koloru, czy może nawet kilku kolorów… odrobineczka obcasów, nawet niedużo, trzy, cztery centymetry, byle tak nie szurała małymi nóżkami po ziemi jakby miała platfusy. Torbę ma za wielką, co z tego, że takie się nosi, jak się ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu, to się nie nosi. O połowę mniejsza i czerwona, do tej apaszki. Noo, czółenka też by mogły być czerwone. Torba, apaszka i czółenka w jednym odcieniu czerwieni i jednak jasny granacik, nie chaberek. (…) doktor Orzechowski, który zdążył już wygłosić uroczyste powitanie, zabrał się do przedstawiania wszystkich po kolei i właśnie dochodzi do Myszatej. Maja Orzechowska. (…) Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa.
    Żona. Jak to żona? (…) Jakim cudem Krystian Orzechowski, który wygląda jak wzorzec hollywoodzkiego gwiazdora, może mieć taką sierotowatą żonę? Czy jej nie jest głupio?
  • – Uważa pani, że on na mnie leci?
    Starsza pani uczyniła gest oburzenia.
    – Wy, młodzi, to też macie za wyrażenia! Leci! Patrzył w panią jak w tęczę!
    – To świetnie. Lubię, kiedy faceci patrzą we mnie jak w tęczę. Tylko jeszcze nigdy nic z tego nie wynikło – dodała w myślach.

Ż[edytuj]

  • Życie mamy prawdopodobnie jedno i jeśli je zmarnujemy, możemy nie dostać drugiej szansy.