Życia mego kwiat
Wygląd
Życia mego kwiat – tom poezji Marii Czaykowskiej, wydany pośmiertnie w 1921 roku.
- Berłem w ręku mi została pusta
Snów łodyga, owoc jej zerwany
Hen potoczył się – tylko drewniany
Pręt pozostał – łzy ócz, żądne usta.
- Chaos i zamęt – skąd żadna ścieżyna
Nie wiedzie prosto do życia podwoi.
- Do domu zdążam – gdzie nikt mnie nie czeka,
Nikt ze mną krzyża nie dźwignie sromoty,
Bo któżby zechciał w dzień jasnością złoty
Kwilić nad dolą jednego człowieka?
- Gdy własnej śmierci stanę oko w oko
Odetchnę z ulgą. Ciemnym drogowskazem
Do bram nicości był mi ból. Z nim razem
Łaknę się ciszą upoić głęboką.
- Gdzie gnieździ się rozpaczy jadowita, brzydka
Żmija – gdzie złych przeznaczeń rozpostarta księga.
- Idę przez mroków labirynt zawiły,
Złowróżbnych znaków zaklętą dziedzinę
Z pewnością dziwnie jasną, że tu zginę,
Bo z każdą chwilą słabną moje siły.
- Milczysz, choć może usta twe pragną spowiedzi.
Pracą uciszasz duszę w bolesnej rozterce…
I nie wiesz, że za szybą opodal – cię śledzi
Dwoje oczu i bije cudzoziemki serce.
- Na rusztowaniu niezdarnem i kruchem
Mym ideałom wznieść chciałam świątynię
- Nie wiem, dlaczego – gdy się słońce śmieje
Cierpienie staje w progu mego domu:
Przychodzi znikąd, pełza pokryjomu,
Snuje po kątach dawnych zdarzeń dzieje.
- Przegrałam. Wkoło współczujące twarze
Wpatrzone we mnie. Precz! ja się nie skarżę.
- Rzuć w proch uliczny bogactwo twej duszy!
I nie płacz po niej.
Wierz, że potęga gwiazd ciemność rozprószy,
Życie odsłoni.
- Skarbem mym – dusza pokutnica,
Która ból swój w głębinach ukryła,
Żary pragnień na popiół zgasiła,
Lodem wieje, jak głucha ciemnica.
- Smutku wzniosły, dostojny, wielki majestacie,
Któryś zszedł w mą szarzyznę w królewskiej koronie.
- Stłacza mi piersi znużenia wzrok szary
I w twarz złowieszczy ciska syk: Tyś moja…
- Stłukła się czara, złudzeń zdziałana skarbnicą;
Obojętność ster wzięła i czuwa – Śpij serce!
- Szare znużenie wlokąc ciężkie szaty
I skrzydeł swoich olbrzymi cień śniady,
Wkracza milczące wśród gwarnej biesiady
I rozpościera kir na stół bogaty.
- Śmiertelnie ranna własnych wysiłków głupotą
W ten dzień, co ociężały budzi się powoli…
- Widzę, jak życia mego kwiat w cieniu usycha…
Zakwitł późno – i znikąd opieka troskliwa
Nie wyjrzała ku niemu. Kwiat mój dogorywa;
- Za cmentarnym wzrósł murem – tam, gdzie nie dosięga
Z promieni srebrnych szczęścia ani jedna nitka,
- Że gmach mój runął – a ja w świat szeroki
Wygnana – noszę jadowitą zmorę
Pamięci, zbrojnej szponami ostremi…