Lochy Watykanu

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów

Lochy Watykanu – powieść André Gide.

  • – Czy to nie wstyd, kiedy się pomyśli, ile on zarabiał w „Dépêche” swymi bezbożnościami! I z tych paru groszy, jakie mu płaci dzisiaj „Pielgrzym” za jego litanie, jeszcze potrafi oddać trzy czwarte biednym.
    – Więc to jest kompletny święty!... – krzyknął Julius przerażony.
    – Och, niemożliwy jest ze swoją świętością!... O, masz, czy wiesz, co to jest takiego? – Weronika pobiegła w ciemny kąt, skąd wywlekła kojec: – To są dwa szczury, którym pan uczony wykłuł swojego czasu oczy.
    – Och, Weroniko, czemu do tego powracasz? Karmiłaś je wówczas, kiedy ja na nich eksperymentowałem; i ja ci to wymawiałem... Tak, Juliusie, za czasu moich zbrodni przez ciekawość naukową oślepiłem te biedne zwierzęta; troszczę się o nie teraz, to całkiem naturalne.
    – Chciałbym tylko, aby Kościół uważał również za naturalne zrobić dla ciebie to, co ty robisz dla tych szczurów, oślepiwszy cię tak samo.
    – Oślepiwszy, powiadasz! I ty to mówisz w ten sposób! Oświeciwszy, bracie, oświeciwszy.
    – Mówię o rzeczach konkretnych. Stan, w którym cię zostawiają, jest dla mnie czymś niedopuszczalnym. Kościół przyjął wobec ciebie zobowiązania. Trzebaż, aby ich dopełnił; dla swego honoru i dla naszej wiary.
    • Opis: rozmowa Juliusa i Weroniki o jej mężu Antymie
  • Na honor! Wy także umiecie wzywać lekarza, kiedy ktoś z rodziny zachoruje, ale kiedy chory wyzdrowieje, medycyna nie liczy się już za nic, to skutek modłów, któreście słali do nieba, podczas gdy lekarz was leczył.
    • Postać: Antym
  • Nie wystraczało mu, kiedy się wydawał tylko skromny; silił się uchodzić za cymbała. Mawiał, iż ludzi gubi to, że wolą popis od ćwiczenia i że nie umieją ukrywać swoich darów; ale mówił to tylko mnie jednemu. Z innymi trzymał się z dala, a nawet ze mną, jedynym na całej stancji, którym nie pogardzał. Z chwilą gdy mi się go udało rozgadać, stawał się nadzwyczaj wymowny; ale najczęściej chmurny i milczący, robił wówczas wrażenie, że przetrawia czarne zamiary, które byłbym chciał poznać. Kiedym go pytał: „Co pan tu robi?” (nikt z nas nie mówił mu na ty), odpowiadał: „Biorę rozmach”. Utrzymywał, że w życiu człowiek może się wydobyć z najtrudniejszych sytuacji, umiejąc sobie rzec w porę: „Pal sześć!” I ja to sobie powiedziałem w chwili ucieczki.
    • Opis: wypowiedź Lafcadio o Protosie
  • Nikt w Pau nie miał wiedzieć, dokąd się udaje; wziął tedy bilet tylko do Marsylii. Z Marsylii do Rzymu bilet trzeciej klasy kosztował tylko trzydzieści osiem franków czterdzieści centymów i zostawiał mu swobodę zatrzymywania się w drodze, z czego myślał skorzystać, aby uczynić zadość nie ciekawości obcych miejsc, która nigdy nie była u niego zbyt silna, ile swojej despotycznej potrzebie snu.(...) Zresztą, bawiła go ta podróż i to, że podróżuje wreszcie sam; do czterdziestego siódmego roku życia żył dotąd wciąż pod kuratelą, eskortowany zawsze przez żonę albo przez przyjaciela Blafaphasa.
  • W Bukareszcie salony mojej matki stały otworem dla towarzystwa najświetniejszego i, o ile mogę sądzić we wspomnieniu, najbardziej mieszanego; ale najczęściej bywali u niej wówczas mój wuj, książę Włodzimierz Biełkowski, i niejaki Ardengo Baldi, którego – nie wiem czemu – nigdy nie nazywałem swoim wujem. Interesy Rosji (chciałem rzec Polski) i Włoch zatrzymały ich w Bukareszcie przez trzy czy cztery lata. Każdy z nich nauczył mnie swego języka; to znaczy włoskiego i polskiego, bo co do rosyjskiego, o ile czytam w tym języku i rozumiem bez zbytniego trudu, nigdy nie mówiłem biegle. W towarzystwie, które przyjmowała moja matka, a które pieściło mnie i psuło, nie minął tydzień, abym nie miał sposobności ćwiczyć się w ten sposób w czterech czy pięciu językach, którymi mając trzynaście lat mówiłem już bez żadnego akcentu, prawie bez różnicy; ale po francusku najchętniej, bo to był język ojca i matka dbała o to, abym się go nauczył najpierwej.
    Biełkowski zajmował się mną dużo, jak wszyscy ci, którzy chcieli się przypodobać mojej matce; można by rzec, że to do mnie się zalecano. Ale co się jego tyczy, sądzę, że to nie było wyrachowanie, bo on zawsze szedł za swoją skłonnością, a miał je żywe i różnego rodzaju. Zajmował się mną nawet poza wiedzą mojej matki, a mnie bardzo pochlebiała ta szczególna sympatia, jaką mnie darzył. Ten dziwny człowiek zmienił z dnia na dzień nasze dość stateczne życie w jakiś szalony festyn. Nie, to dość powiedzieć, że on szedł za swoją pasją, on pędził za nią, rzucał się w nią, zmieniał każdą przyjemność w rodzaj szału.
    • Postać: Lafcadio Wluiki